105. Nie rozpoznaję świata, czyli gwałtowny powrót do rzeczywistości

Słowa dzisiaj krzyczą.

Wydzierają się wewnątrz czaszki jak opętane. A raczej jak tłumione przez całkiem długi czas.

Przynajmniej piszę notkę.

Mój mózg ostatnio jest jak jedna wielka zapora. Dawkuje słowa po trochę, a całe hektolitry zwierzeń zatrzymuje po drugiej stronie. W tym momencie tama pęka.

Niewiarygodne, że zawsze moja nieobecność na blogu spowodowana jest złym okresem w życiu. Oczywiście, w ciągu tych kilku miesięcy wydarzyły się również rzeczy niesamowite i sprawiające mi ogromną radość. Dlaczego więc mam zamiar pisać o samych przykrych przemyśleniach? O tym, co dobrego dzieje się u mnie w życiu wiedzą wszyscy. Nie ukrywam tego, bo pudełku na żywe szczęście nie mieści się na wąskim dnie mojego serca.

Czuję, że ktoś zamknął mnie w klatce. Nie mogę się wydostać, bo nie umiem krzyczeć. Ten wpis to mój krzyk o ratunek. Inaczej nie potrafię. Mogę o tym powiedzieć ludziom, ale po co, skoro i tak nikt nie jest w stanie mi pomóc. Dlatego decyduję się na bloga. Mam pewność, że przeczyta to przynajmniej 20 osób, ale nie będę musiała wytrzymywać ich łamiących spojrzeń.

To kolejne rozliczenie. Może ruszę po tym do przodu.

Wrzesień. Czekam na niego, bo będzie początkiem czegoś nowego. Przerażającego, ale jednak czegoś poukładanego.

Moim problemem ostatnio jest to, że nie poznaję świata.

Mam wrażenie, że od początku wakacji coś zmieniło się bezpowrotnie i już nigdy nie będę w stanie stwierdzić, że jest na tej planecie coś/ktoś, co/kogo znam i czego/kogo jestem pewna.

Wszyscy się pozmieniali. Mój pies nie jest już tą samą Siapą, co kiedyś. Ludzie ze szkoły poumierali. Boję się, że nie dogadam się z nimi za tydzień. Nie widziałam ich całe wieki. Najbliższe mi osoby są bardzo daleko. Brakuje mi R. Jej nieobecność sprawiła, że jej także nie rozpoznaję. Mama wygląda jak ta sama mama, ale nie wiem kim się stała. Szukam kontaktu z M., bo ona od zawsze była zagadką. Może chociaż ona się nie zmieniła… Przytłacza mnie świadomość, że czasem nie rozpoznaję też A.

Są na tym świecie tylko dwaj mężczyźni, których, mam wrażenie, mój poszarpany mózg rozpoznaje. Wiem już nawet dlaczego. Obaj są maksymalnie podobni do mnie.

Rozumiem się z T. bez słów. Czasem wystarczy jedno hasło, a już śmiejemy się do łez. Rozumie moje głupawki i idiotyczne zachowania. Zna mnie bardzo dobrze i ja jego też. Słucha moich rozpraw na temat ludzi mądrych i ich bólu egzystencjalnego. Czuję, że kiedy patrzę na niego, widzę cząstkę siebie. W końcu to on mnie urodził. Nie przeszkadza mi, że czasem się nie odzywa, że ma podły humor, bo wiem, że i tak mogę na niego liczyć. Jestem świadoma, że to boli, kiedy opisuję relację z T., ale to dlatego, iż cieszy mnie jej niezmienność. Mimo wszystko, jestem zaskoczona kiedy wychodzi sam na spacer.

W te wakacje dostałam ogromny skarb i to taki przez duże S. Był przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia. To z nim rozbijałam się po Krakowie tramwajami. To z nim próbowałam pierwszy raz różnych rodzajów alkoholu. To z nim śmiałam się jak kretyn i łaziłam po stołach. To jego ramię podtrzymywało mnie, kiedy narzekałam po pijaku. To on wie, kiedy zaraz się rozpłaczę. To on wie, kiedy przestać się ze mnie śmiać. Zna wszystkie granice, bo wcześniej udało mu się je przekroczyć. W te wakacje dostał paszport pełnoprawnego przyjaciula, bo mnie nie opuścił. Czasem mam wrażenie, że jest jak czekolada, czyli nie zadaje pytań, on po prostu rozumie. Myślę, że to właśnie pozwala zaklasyfikować go do tej nielicznej grupy ludzi, których rozpoznaję. S. należy do tego świata.

Pozostali są dziwni i nieprzewidywalni. Patrzysz na nich, ale wiesz, że nikt ci nie pomoże. Kiedy pozwalasz nieść się fali dobrej zabawy, doceniasz ich. Oni też potrzebują się śmiać i balować. Ale zmiana w ich oczach… Masz wrażenie, że nie istnieją i zaczynasz się bać, że to niebo co wisi nad tobą zaraz spadnie z całym ekwipunkiem gwiazd.

Możliwe, że to ja się zmieniłam. To jest wręcz pewne.

Możliwe, że oni nie rozpoznają mnie tak samo jak ja ich. To wręcz pewne.

Możliwe, że boję się ludzi, bo się zmieniłam. To wręcz pewne.

Możliwe, że oszalałam. To wręcz pewne, bo czuję się jak zasrany schizofrenik.

Możliwe, że kiedyś umrę. To pewne.

Słowa nie bawią się dzisiaj w rymowanki. Nie układają się w moich dłoniach delikatnie. Są ciężkie jak kamienie i jestem pewna, że przygniotą dzisiaj nie jedną osobę. Ale te słowa tak głośno krzyczą, że chcę, żeby zostały uwolnione, nawet jeśli ma się to stać tu i teraz w tej blogosferze.

W te wakacje otrzymałam jeszcze jeden prezent.

Diagnozę.

Wspaniała, jak na ponad 6 lat męki.

Czułam, że odnalazłam dom. Ludzi, którzy mają to samo. To było piękne uczucie przeczytać o swoim życiu na kartach wikipedii.

W prezencie dostałam potwora. Darmowy. Jestem niskim procentem populacji, któremu się to zdarzyło.

Wybraniec… Brzmi ciekawie.

W prezencie dostałam potwora. Nigdy nie odejdzie.

„Naucz się z tym żyć” – piszą na forach. To właśnie próbuję robić od ostatnich kilku lat.

W prezencie dostałam potwora. Który ma nazwę. To najlepsze co mi się przydarzyło, bo dużo łatwiej walczyć z czymś co możesz zawołać po imieniu.

Mój potwór ma nazwę. A kiedy już ją odnalazłam, zupełnie przez przypadek, czułam, że to mi pomoże. Teraz mogę przywołać swojego potwora za każdym razem, kiedy daje o sobie znać. Pomyślałam, że skoro wiem, skąd wzięły się wszystkie moje lęki, fobie i fizyczne objawy, tego, że zwariowałam, to MUSI BYĆ LEPIEJ. Rzeczywiście, kiedy poczytałam, co ludzie teraz przechodzą, mogę śmiało stwierdzić, że mam to za sobą.

Chciałabym żyć dalej bez lęku. Bez paniki. Bez zamykania oczu i ukrywania twarzy w dłoniach. Bez patrzenia pod nogi i rejestrowania części ciała. Bez szukania elementów stałych. Bez drapania się do blizn. Bez chęci ucieczki.

Mój ukochany potwór wydawał się już być na uwięzi, żebym mogła powiedzieć, że przez 6 lat darmowych praktyk udało mi się go oswoić. Ale on zrobił super trik i zamiast atakować moje ciało, które doskonale zna już powidoki, śnieg optyczny, zmiany perspektywy i zamianę świata w planszę dla miniaturowych ludzików, postanowił pokazać mi, że mój umysł jest niczym. I udało mu się. Od kilku tygodni mam dziką ochotę rzucić się pod pociąg (szkoda, że nie jadą) tylko dlatego, że nie rozpoznaję ludzi. Patrzę do lustra i boję się, że tam nie będzie mnie. Patrzę na najbliższych i mój umysł przypomina mi sytuację sprzed 6 lat, kiedy widząc mamę w moim pokoju uświadomiłam sobie, że to obca osoba, która tak naprawdę nigdy mi nie pomoże. Dlatego to piszę. Bo wiem, że jestem skazana, żeby zostać z tym sama. Nikt mi nie pomoże. Ale zamiast odkrywać to po kawałku, ta informacja przygniotła mnie nagle, w tym momencie. Potwór, zwany depersonalizacją i derealizacją chce pozbawić mnie woli walki. I tak już dużo wytrzymałam.

Świadomość, że jesteś sam na świecie i nierozpoznawanie najbliższych zabijają mnie od środka.

W tej sytuacji, kiedy atakowany jest tylko mój umysł nikt nie może nawet domyślić się, że coś jest nie tak. Pomimo tego, że moje myśli krzyczą, to nikt ich nie słyszy, kiedy mnie przytula.

Chciałabym wyjść na zewnątrz i nie bać się, że niebo spadnie mi na głowę.

Jutro już tego nie przeczytam, bo same wspomnienia budzą we mnie trwogę.

Czuję, że A. by mnie zrozumiała. Ona też ma w głowie jakieś gówniane zaburzenia. „My, odmieńcy, musimy trzymać się razem” Tylko, że ona siedzi z H. i są już prawie małżeństwem.

Jest mi lepiej, kiedy pomyślę sobie, co jest już za mną. Nie. Nie było warto. Nie chciałam tego potwora. Teraz przynajmniej wiem, że jestem normalna, a to TYLKO zaburzenia psychopatologiczne. Jeśli mam wątpliwości wchodzę na fora internetowe, gdzie opisują moje ostatnie 6 lat strachu. Jacyś ludzie ekscytują się, że inni mają coś takiego w głowie. Jest fajnie, dopóki nie okazuje się, że to spotkało ciebie.

Przynajmniej nie czuję się już jak dziwak i wariatka. Strach, tak samo jak  niewiedza sprawiały, że momentami było bardzo ciężko. Dotarłam aż tutaj, żeby dowiedzieć się, że żaden z psychologów, ani nawet psychiatra mnie nie rozumieli. „Biedne, małe, strachliwe dziecko”.

Nic nie jest uporządkowane.

Wszystko wisi na włosku, bo zwaliło się na mnie dwa miesiące temu z niesamowitą siłą i nie zdążyłam przywyknąć do tego ciężaru.

Może kiedyś odciążę zmęczony umysł i odsunę zasłonę szarości sprzed oczu.

A na razie nie chcę tylko spanikować.

Brawo, nie ma to jak bać się paniki.

To dobry krok, żeby usiąść na ziemi, podkurczyć nogi, zamknąć oczy i zasłonić uszy.

„Nie dorwiesz mnie świecie za nic w świecie”!

W odpowiedzi słyszę doskonale znane pytanie. Głos niski i kpiąco spokojny pyta: „Ale jesteś pewna, że to istnieje”?

Kurtyna opada i nie podniesie się więcej.

Wystarczający wgląd do mojej głowy.

Mogłabym powiedzieć teraz, żebyście się nie przejmowali, bo tak naprawdę nic się nie dzieje.

Dwa dni temu, a może trochę więcej, byłam na poczcie. Czekałam na mamę, więc usiadłam za regałem i wzięłam do ręki książę „Bóg nigdy nie mruga”. Natrafiłam tam na mądrą sentencję, z której wynikało, że problem, który jest dla nas tragedią dzisiaj, za 5 lat nie będzie miał znaczenia. Nie warto więc się tym przejmować.

To nieprawda. Pięć lat temu też pewnie miałam załamanie. Też czułam się pobita i niezrozumiana.

Czasem wydaje mi się, że fizyczne cierpienie przyniosło by mi od ludzi więcej zrozumienia. Niestety, moje zaburzenia, jako pole walki, wybrały sobie moją głowę.

Kończę te wakacje prawie pokonana. Mimo tego, że mam przy sobie chłopaka, rodzinę, przyjaciula i znajomych. Ale nie mam siły na nic.

Zapadam się w świecie książki, bo nie chcę już myśleć o tym, jak bardzo nie rozpoznaję własnego.

I czekam.

Czekam, aż w końcu przestanę patrzeć na ludzi ze strachem, że zamienią się w potwory. Czekam, aż najbliżsi znowu wrócą na stare miejsca.

Może po tym dzisiejszym krzyku jutro nastanie cisza. W świecie na pewno. Nie wiem jak w mojej głowie, ale potrzebuję pewnego rodzaju oczyszczenia. A ta notka (kolejna z cyklu „pozwólcie mi sobie ponarzekać, bo móóój jest ten kawałek podłogi”) ma dla mnie wymiar katharsis.

Ale nie pytaj mnie, co u mnie.

I tak w świetle lamp powiem ci, że mam się świetnie.

Ostatnio kłamanie wychodzi mi doskonale.

Nie pytaj mnie, jak się czuję.

Bo uczucia to właśnie to, co najczęściej koloryzuję i ubarwiam. S. doskonale o tym wiedział od samego początku. A potem to przerosło nawet mnie.

Nie pytaj mnie, co się dzieje.

Bo i tak z uśmiechem na ustach odpowiem ci, że wszystko w porządku.

Zachowujmy się tak, jakby to się nigdy nie wydarzyło.

Siedem lat w niepamięć, dwa miesiące w nieistnienie, 1 728 słów do zapomnienia.

/Siwa

P.S. Ale spokojnie. Widzimy się we wrześniu.

104. Krótki przepis na dotrwanie do końca roku

Do końca roku jest już bliżej niż dalej. W końcu czekają nad już tylko 4 tygodnie nauki, czy może raczej „nauki”. W gruncie rzeczy właśnie te ostatnie dni są dla Nas, uczniów, najgorsze. Z jednej strony nie mamy powodów, aby nie chodzić do szkoły, bo nie ma żadnych konkretnych lekcji. A z drugiej strony nie ma też powodów, żeby pojawiać się w szkole, bo … nie ma żadnych konkretnych lekcji. Siedzimy więc w ławkach, nie robiąc właściwie nic i walczymy w pokusą urwania się z ostatniej, przedostatniej, w ostateczności drugiej lekcji z rana. Dzisiejsza notka pokaże Wam kilka sposobów na przetrwanie tego okresu nudy. Dlatego dzisiejszy wpis dedykuję uczniom :)

1. Matematyka

Sposobem na przetrwanie może być liczenie … wszystkiego. Tygodni, dni, godzin lekcyjnych i minut pozostałych do końca roku, tygodnia, dnia, czy lekcji. Jeśli dostatecznie skupicie się na liczeniu to minie Wam połowa lekcji. A później ani się nie obejrzycie, a do wakacji pozostanie wam tylko 28 godzin lekcyjnych.

2. Historia

Zamiast myśleć o tym, co mógłbyś zrobić z tym czasem, który bezczynnie spędzasz w szkole skup się na przeszłości. Wyobraź sobie ile już dni spędziłeś w tej szkole. Pomyśl, co uważałeś we wrześniu i jak Twoje zdanie zmieniło się do końca pierwszego semestru. Roztrząsanie przeszłości w tym wypadku jest dobrym pomysłem, ponieważ sprawi, że zapomnisz o tym, co robisz w szkole. Na dodatek nasze zmiany w myśleniu i zachowaniu zmieniają się z roku na rok, jak nie z miesiąca na miesiąc, więc zawsze może to być interesująca wędrówka wzdłuż ścieżki przemiany twojego charakteru i osobowości. Poza tym spędziłeś już w budynku szkoły 9 miesięcy. Zdążysz ogarnąć to wszystko w miesiąc.

3. Zajęcia interpretacyjne

Wersję z rozszerzoną historią swojego życia możesz zamienić na dokładną analizę stanu psychologicznego Twojej klasy. Twój nauczyciel przynudza? Zamiast ostentacyjnie spać na ławce, pomyśl jakie błędy popełnia w swojej przemowie. Skończyłeś pisać nudną pracę klasową? Zamiast patrzeć bezmyślnie w okno, popatrz co mają na sobie Twoi koledzy i oceń, kto z nich najlepiej dobiera kolory. Skoro już mowa o ubraniach i nudzie, to zestawianie części garderoby innych ludzi z własnymi „stylówkami” może być ciekawym zajęciem, zajmującym co najmniej 3 lekcje. Poddaj analizie sylwetki psychologiczne innych ludzi lub ich wygląd zewnętrzny. Myśl o tym, co ci się podoba, co chciałbyś od nich przejąć. Na pewno nie zmarnujesz czasu w szkole, a wręcz się ubogacisz, budując swój styl i osobowość.

4. PLANimetria

Luźne zastępstwa, czy lekcje przyrody to doskonały czas, aby poświęcić go na planowanie. Myśl o tym, co będziesz robił w wakacje, jak spożytkujesz te dwa miesiące. Zapisz sobie na kartce najważniejsze cele, które postarasz się zrealizować. To może być przeczytanie jakiejś wartościowej książki, nauczenie się nowego języka, wyrobienie sobie formy, odwiedzenie kuzynki z linii praciotecznego dziadka szwagra babki Marcelki, albo podróż na Malediwy, tudzież do Zamościa. Jeśli uwierzysz, że zrobisz coś pożytecznego ze swoim wolnym czasem, to uda Ci się to zrobić. A przy okazji, planując już w czerwcu, będziesz pewny, że jesteś doskonale przygotowany na różne okoliczności i wykorzystanie różnych opcji osiągnięcia celu.

5. Religia

No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że Siły Sprawcze przyspieszą godziny i dni, a następnego dnia obudzisz się wolny jak ptak .

A do tego czasu trzymam gorąco za Was kciuki, że wytrwacie ten czas nic nie robienia. ;-)

P.S. Mam nadzieję, że „czas stracony” niedługo nadrobię i w wakacje będę się pojawiać częściej na moim blogu oraz będę więcej czytać Waszych notek.

Pozdrawiam serdecznie <3

/Siwa

103. Pożądany cudzoziemiec, czyli o trudnych tematach

Jeśli daliście się zwieść pierwszemu wrażeniu, jakie wywarł na Was tytuł, to chcę zaznaczyć, że się mylicie. WPIS NIE JEST O UCHODŹCACH.

Krótka geneza tytułu: Wpis jest recenzją filmu „Syn Szawła”. Jego bohater nazywa się Szaweł (Saul) Auslander, co tłumaczy się jako pożądany (Saul) cudzoziemiec (Auslander). Jest to film, który przedstawia historię członka Sonderkommando w Auschwitz-Birkenau. Holocaust, to właśnie „trudny temat”.

Na „Syna Szawła” wybrałam się w piątek wraz z K., N. i jeszcze jednym superbohaterem. Osobiście podziwiam ich wytrzymałość i stalowe nerwy. Nie mieli oni zbytniej okazji do rozrywki na tym filmie i prelekcja również nie należała do najłatwiejszych. Ale dzielnie wytrzymali 3 godzinie w sali studyjnej mniejszej niż mój pokój. Na dodatek nawet nie kręcili nosami, że najmłodszy uczestnik dyskusji (wyłączając nas) miał blisko 45 lat. Wiem, że wyjścia do kina ze mną nie należą do najłatwiejszych…

Na szczęście dla mnie po filmie odbyła się krótka prelekcja. Dyskusja toczyła się nie tylko wokół akcji filmu. Pojawiały się też kontrowersyjne zdania (co mi się podobało), ale również argumenty, których autorów podejrzewam o lekką głupotę, tudzież ignorancję (a to już zupełnie mi się nie podobało). Ostatecznie, wiele rzeczy zostało wyjaśnionych, cała symbolika filmu nabrała klarowności i już nie czułam się taka zdezorientowana. Dlaczego to mówię? Bo chcę Wam wszystkim polecić chodzenie na filmy z prelekcjami, ponieważ po nich nie da się powiedzieć „ten film był głupi”.

Ale do rzeczy.
Szaweł jest węgierskim Żydem. Pracuje w Sonderkommando i wie, że za kilka miesięcy podzieli los swoich rodaków. Pewnego dnia Szaweł jest świadkiem niesamowitego wydarzenia, gdzie młody chłopiec przeżył zagazowanie. Doktor SS uśmierca go jednak na miejscu, a Żyd bierze chłopca za swojego syna. Od tej pory stara się godnie pochować ciało dziecka. Robi to wbrew obozowym zakazom i wszystkim zasadom logiki.

1

„Syn Szawła” nie jest filmem TYLKO o holocauście. To przede wszystkim film o obronie godności człowieka, zachowania człowieczeństwa w obozowych warunkach. To historia człowieka postawionego w sytuacji granicznej, który znajduje punkt zaczepienia, pozwalający mu przetrwać. Jest to również film o obronie wiary i tradycji żydowskich. To dzieło na długo pozostaje w pamięci. W trakcie projekcji człowiek czuje, że nie wypada mu wziąć łyka napoju, nie wypada się poprawić, nie wypada rozmawiać. Nawet po projekcji pozostaje pewnego rodzaju brak komfortu życia. Widząc te okrutne obozowe warunki, miałam wrażenie, że nie wypada mi jeść ani nawet myć się, kiedy dotarłam do domu. Żaden film o holocauście nie jest łatwy. Ale po tym na nowo zaczęłam doceniać wolność, jaką mam i dobrobyt, w którym przyszło mi żyć.

Na uwagę zasługuje sposób prowadzenia kamery (za to zresztą film zdobył Brązową Żabę). Praktycznie przez cały czas trwania akcji kamera stoi za plecami Szawła, pokazuje go z profilu lub wskazuje na niego. To Saul jest tu głównym bohaterem i pokazuje to zamazywanie drugiego planu. Warto również zauważyć, że twórcy filmu postawili na muzykę diegetyczną, co pozwala na doświadczenie jeszcze większych doznań estetycznych.

Najważniejsze jest jednak to, że reżyser nie stroni od ciężkich tematów i nie daje nam komfortu odizolowania się od problemu. Na pewno wielu widzów będzie zszokowanych ilością nagich ciał, które traktuje się jak przedmioty. Wlecze się je po ziemi, ustawia w wielkie kopce, pali w krematoriach… Mamy tutaj do czynienia z zupełnym brakiem szacunku dla godności ludzkiej. A Laszlo Nemes nie boi się mówić o tym wprost. Osobiście ogromne wrażenie wywarła na mnie jedna z początkowych scen, kiedy Saul wraz z reszta Sonderkommando przytrzymują drzwi od łaźni. Panicze krzyki i uderzenia w drzwi ludzi, którzy giną przez zagazowanie, do tej pory znajdują się gdzieś w kącie mojej głowy.

Słowem zakończenia – polecam ten film dla ludzi wrażliwych na ludzką krzywdę, ale odpornych na mocne obrazy. Wydaje mi się, ze potwierdzeniem genialności tego filmu jest Oscar, który epika filmowa zdobyła w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. Jeśli już oglądaliście ten film to podzielcie się swoimi wrażeniami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji to podsuńcie tytuł jakiegoś dzieła o podobnej tematyce, który również wywarł na Was ogromne wrażenie.

/Siwa

1.
http://www.filmweb.pl/film/Syn+Szaw%C5%82a-2015-725060

102. Oddech Julii i Pierd Julii, czyli rzetelna recenzja trylogii…

Obiecałam sobie, że napiszę notkę dzisiaj, choćby skały srały, a Natalie bekały.

Po dłuższej przerwie chciałabym rzucić Wam coś na luźno. Zdecydowałam się więc na recenzję serii książek. I nagle (jakoś przez miesiąc nie miałam takiego natchnienia) znalazły się jeszcze dwa inne tematy, o których chciałabym napisać. No cóż, mam czas, świat się jeszcze nie kończy (ale w sumie listopad już blisko).

Słowem wstępu; postaram się Wam przybliżyć czym jest seria książek „Dotyk Julii”.

Autorką trylogii jest Tehereh Mafi, której zarówno imię jak i nazwisko nic mi nie mówi, ale wydaje mi się, że dobrze wiedzieć, kto to napisał.

W skład trylogii wchodzą: „Dotyk Julii”, „Sekret Julii” oraz „Dar Julii”. Dodatkiem do całej serii jest „Julia. Trzy tajemnice”, z którą jeszcze się nie zapoznałam, ale myślę, że zrobię to w niedługim czasie.

julia 1

Powieść opowiada o losach Juli Ferrars, siedemnastolatki obdarzonej niezwykłą mocą. W gruncie rzeczy nie jest ona aż taka niezwykła, kiedy spojrzy się na to, że świat w powieść T. Mafi jest ciemną wizją przyszłości. Zasoby naturalne Ziemi zostały wyczerpane, zwierzęta wyginęły, nad światem przejął władzę Komitet Odnowy, a pozostała ludność musi walczyć o przetrwanie w systemie totalitarnym. Julia jednak ma bardzo mały kontakt ze światem, ponieważ przed ponad 200 dni przebywała w zamkniętym ośrodku dla umysłowo chorych. Więzienie, spartańskie warunki i brak kontaktu z ludźmi sprawiły, że Julia jest aspołeczna, niepewna swoich działań i bardzo bojaźliwa.

Wydaje mi się, że w tym momencie warto wspomnieć, że Julia została zamknięta w tym ośrodku, ponieważ JEJ DOTYK ZABIJA. Nikt (prawie) nie może jej dotknąć. Zamknęła się więc w sobie i wytworzyła wokół siebie grubą powłokę z napisem „potwór”. Analizowała także każdy szczegół, każda chwilę, która się jej przydarzała. Uwielbiała także skrupulatnie liczyć.

Julią interesuje się syn przywódcy Komitetu Odnowy, Aaron Warner, który pragnie wykorzystać ją do swoich celów. W pierwszej części jest on przedstawiony w sposób bardzo negatywny, co w zupełności rekompensuje trzecia część.

Równocześnie z pomocą Julii rusza niby-znajomy żołnierz, Adam. Tutaj nawiązuje się płomienny romans, bo chłopak jest pierwszą osobą, która może jej dotknąć. Para kochanków ucieka przed armią Warnera i z pomocą żołnierza Kenjego trafiają do Punktu Omega, czyli zorganizowanej społeczności, próbującej wprowadzić nowy porządek na Ziemi i pokonać KO.

Jak na razie wszyscy ograniają?
Mam nadzieję, że tak.

W drugiej części poznajemy Julię, która całym światem uczyniła Adama i trzyma się tylko i wyłącznie jego. W trzeciej części jest dużo powiązań do Warnera i wojny KO z przeciwnym zrzeszeniem.

julia 2

To by było tyle jeśli chodzi o fabułę. W tym miejscu pragnę gorąco podziękować T., która zaraziła mnie zapałem do przeczytania całej tej serii.

Rozpatrzymy ją teraz z dwóch perspektyw:

NA PLUS:

  • czyta się ją bardzo, bardzo szybko ze względu na dużą ilość rozdziałów i dobrą czcionkę,
  • akcja toczy się dosyć szybko,
  • postać Kenjego, który jest tutaj głosem rozsądku przy zachowaniu dużej dawki humoru,
  • ciekawie zarysowane postacie; Julia, której mentalność jest tak różna od mojej, Warner, człowiek-zagadka, Adam, wieczny bojownik i wiele wiele innych,
  • nie ma zbyt wielu opisów, ale od razu można wyczuć klimat sytuacji,
  • mistrzowskie opisy uczuć, głębia i plastyczność, którą udaje się stworzyć autorce jest czymś wyjątkowym we współczesnej literaturze,

NA MINUS:

  • główna bohaterka. Denerwowała zarówno mnie, jak i T. W gruncie rzeczy to ciepła klucha uwielbiająca rozwodzić się nad swoimi uczuciami i niewyżyta seksualnie laska, która nie wie, co to znaczy kogoś kochać. Przez tą nienawiść i irytację do Julii Ferrars przeczytałam trzy książki o jej losach. Za to ukłony w stronę autorki.
  • bardzo widoczna alegoreza. Tam albo jest się dobrym, albo złym. Jednak to stanowisko zmienia się pomiędzy pierwszą, a trzecią częścią. Na początku ulegamy pewnym stereotypom, aby na samym końcu dowiedzieć się, że były one błędne.
  • tragiczny wątek erotyczny. Moim zdaniem to było najgorsze, co znalazło się w tej książce. Julia nie może nikogo dotknąć, za wyjątkiem Adama (rozwiązanie tego zagadnienia znajdziecie w drugiej części). Z tego powodu siedemnastolatka rzuca się na niego jak wygłodniała orka na fokę. Wszędzie opisuje, jak to obecność, słowa, czy dotyk Adama jej nie podniecają. W pewnym momencie sama nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czuję śmierdzący oddech Adama na karku. Wydaje mi się, że myślenie tylko o zaspokojeniu swoich potrzeb seksualnych w stanie otwartej wojny w kraju i w ciężkich warunkach życiowych jest lekko nie na miejscu. Najgorsze jest jednak to, że Julia fantazjuje tylko o jednym mężczyźnie.

Postać Julii niewiarygodnie mnie irytowała i do trzeciej części nie udało mi się jej zrozumieć. Jednak sposób, w jaki napisana jest powieść jest bardzo dobry. Cały świat trzyma się kupy, magiczne zdolności, które posiedli młodzi ludzie mają sens. Do tego ogólnie nie mam zastrzeżeń.

Myślę, że daję takie mocne 6,5 na 10. W końcu po coś całą trylogię przeczytałam. Wam też radzę się z nią zapoznać, bo emocje, jakie wzbudza zachowanie Julii są nie do opisania. Będziecie mieli o czym dyskutować ze znajomymi. Nie chcę Wam proponować tylko dobrych książek do czytania, bo trzeba mieć też porównanie ze słabszymi. Dlatego wszyscy, którzy nie piszą matury w tym roku, nie wychowują dwójki małych dzieci i nie mają problemów ze wzrokiem powinni czym prędzej przeczytać chociaż pierwszą część. Zajmuje to maksymalnie 5 dni, a daje dużo satysfakcji.

julia 3

Pozdrawiam serdecznie

/Siwa

1. http://zainfekowana-ksiazka.blogspot.com/2014/08/sekret-julii-tahereh-mafi.html
2. http://www.wachamksiazki.pl/poczekalnia/169

3. http://secret-books.blogspot.com/2014/07/sekret-julii-tahereh-mafi.html

101. Za narodowy kotlet schabowy

Witam  Was serdecznie w marcu. Dzisiaj, coś nowego na moim blogu, ponieważ przedstawię Wam w skrócie recenzję programu rozrywkowego. Nie, to nie oznacza, że się staczam. Piszę, bo serce mi tak podpowiada…

Rzadko zdarza mi się oglądać telewizję, bo za każdym razem, kiedy szukam czegoś konkretnego trafiam na nowe reinterpretacje „Szkoły” tudzież „Szpitala”… No cóż, szkoda słów. Ale wczoraj nareszcie udało mi się obejrzeć coś ciekawego i na dodatek z całą rodziną.

Sobotni wieczór to czas powrotu na antenę po prawie 4-letniej przerwie programu „Kocham cię, Polsko!”. Pamiętam, jak dawno, dawno temu oglądałyśmy go z mamą. To było coś na kształt „1 z 10″ dla mnie i dla siostry, bo każda prawidłowa odpowiedź udzielona przez nas była ogromnym osiągnięciem.

A teraz? Wstyd się przyznać, ale emocje dalej takie same. Właściwie, kiedy tylko zobaczyłam, że tata ogląda „Kocham cię, Polsko!” nie mogłam tego tak zostawić. Rozsiadłam się wygodnie (mój ortopeda nie byłby dumny z mojej pokrzywionej pozycji) i stwierdziłam, że obejrzę chociaż fragment.

Z przykrością odnotowałam fakt, że Maćka Kurzajewskiego zastąpiła Barbara o tragicznym nazwisku, czyli Kurdej-Szatan. Tę uroczą blondynkę uwielbia połowa Polski. Ja należę do tej drugiej części… Wydawała mi się ona zbyt mało charyzmatyczna do prowadzenia tego programu. Przecież tu nie chodzi tylko o ładną buźkę! Zmiana nastąpiła również w kapitanach drużyn. Zniknęła Katarzyna Zielińska. Mama z kolei ucieszyła się, że nie musi oglądać twarzy Marzeny Rogalskiej. Nie powiem, też nie darzyłam jej zbytnią sympatią za zbyt cięty język. Joanna Koroniewska, która zastąpiła panią Rogalską w ostatnich latach emisji programu, także nie pojawiła się w nowej edycji. Ich miejsce zajął Tomasz Kamel i Maciej Musiał. Bilans Maćków się zgadza. A ja jestem obojętnie nastawiona do nowych kapitanów. Nie pałam do nich sympatią, ale nie przeszkadzają mi. Grunt, to że umieją zachować się jak my należy i sprawiają, że atmosfera w studiu jest pełna radości. Teraz już rozumiem, że każdemu trzeba dać szansę. Nawet pani Kurdej-Szatan.

A co do atmosfery, to wczorajszego wieczoru bawiliśmy się wyjątkowo wspaniale. Widok Musiała przy polskich siatkarzach był wręcz komiczny. Wyważony żart kapitanów, błyskotliwe uwagi uczestników sprawiły, że czułam się jakbym oglądała program o wielkiej rodzinie. W niektórych momentach śmialiśmy się w głos, w innych czułam jak stresuję się przed każdą szansą na zdobycie punktu bez względu na drużynę (no dobra, może przy polskich siatkarzach zaciskałam kciuki trochę mocniej, ale można powiedzieć, że imponował mi ich wzrost). Kiedy udało mi się odpowiednio oszacować liczbę, albo odpowiedzieć dobrze na któreś pytanie byłam bardzo szczęśliwa (straciłam trochę szacunek do Kayah, która musiała pytać o publiczność zarówno przy utworze Wisławy Szymborskiej, jak i słynnej piosence Marka Grechuty – po piosenkarce spodziewałam się czegoś lepszego).

W tym momencie odżyła moja sentymentalna część osobowości. Bardzo cieszę się, że program wrócił na antenę. Nie tylko przez kolejną możliwość zobaczenia zmagań polskich gwiazd, nie przez moje dobre wspomnienia, ale przede wszystkim przez wartości, jakie propaguje „Kocham cię, Polsko!”. Nareszcie jest to coś mądrego, dostarczanego w przyjemnej formie rozrywki. Wiele można się nauczyć, wiele dowiedzieć. Program ogląda się bez zmęczenia i wręcz nie ma ochoty się oderwać od ekranu. Możemy się pochwalić własną tradycją, kulturą, historią. Kilka innych krajów, w tym nawet nasi sąsiedzi, mają podobne programy, ale to nawet dobrze. Lepiej mieć „Kocham cię, Polsko!” i dowiedzieć się czegoś o swoim kraju, niż oglądać tysięczny odcinek kolejnego reality-show ściągniętego z amerykańskich stacji telewizyjnych.

all składPozdrawiam serdecznie.

/Siwa

Zdjęcie ze strony
http://plejada.pl/newsy/kocham-cie-polsko-2016-zobaczcie-zdjecia-z-1-odcinka/8ncb5q

100. Tysięcy momentów z życia.

T. dzwoni do mnie i pyta:
-Masz czas gadać? Co tam?
Zostawiam niedokończoną kolację i idę pogadać z nią przez 5 minut. Wracam po pół godzinie. Kolacja już dawno wystygła.Radość, dużo radości, że ją mam (T., nie kolację).

Promocja tomiku wierszy mojej znajomej. Przed budynkiem czeka na mnie E., która kolejny raz wygląda jak gwiazda. Mała sala, cała wykonana z drewnianych materiałów. E. gra tam na skrzypach dwa utwory. Jest miło. Lubię patrzeć jak gra i robi dziwne miny, jakby chciała ziewnąć, ale nie mogła.
Zachwycenie, dużo zachwycenia.

Treser podchodzi do mnie i siedzącego wciąż psa. Właśnie odprowadził czekoladowego labradora do właścicielki.
-Jeden komentarz. – odnosi się do próby grzeczności mojego psa. – Brawo!
Siapa jest szczęśliwa jak nigdy. I nie obchodzi ją już żaden labrador.
Duma, dużo dumy.

Tata prowadzi auto skupiając się na ulicy oświetlonej latarniami.
-Rozumiesz o co chodzi w tej piosence? – moje słowa brutalnie przedzierają się przez jego zasłony zamyślenia.
-Nie. – odpowiada krótko i zwięźle.
-Mhm.. – mruczę tylko.
Śmiech, dużo śmiechu. Śmieję się nawet w domu, kiedy ściągam buty.

Wchodzę do autobusu, a Mt. znowu stoi jako jedyny. Podchodzę do niego i bardzo mu współczuję, bo ja za pół kilometra będę miała miejsce, kiedy chłopak po lewej wysiądzie. Ale w końcu siadamy razem. Już któryś raz pod rząd. I rozmawiamy, albo nie. Najpierw to ja się śmiałam. Teraz również on się uśmiecha bardzo szeroko i czasem zaśmieje się bardzo szczerze.
Radosne poranki, dużo radosnych poranków.

N. kroi banany u nas w kuchni.
-Robimy sałatkę owocową z kiwi. Zrobić ci porcję bez? – pyta mnie.
-Nie, powybieram sobie.
P. patrzy zdumiona.
-Dlaczego miałaby nie jeść kiwi? – zwraca się do N.
N. patrzy na nią, trzymając nóż w ręce.
-Bo ona nie lubi kiwi. – odpowiada bez wahania.
Przyjaciele, dużo prawdziwych przyjaciół.

Festiwal Młodych Talentów. Razem z E. siedzimy na balkonie. Z góry doskonale widać scenę. Nad naszymi głowami znajduje się jedyne źródło światła, ogromny reflektor. Blask jego światła jest taki ciepły. Wszystko wokół czarne i ciche. Tylko scena i ludzie, którzy śpiewają i tańczą. Czasem bardzo delikatnie, czasem żywiołowo. A kiedy kończą, razem z E. drzemy się i głośno klaszczemy.
Talenty, dużo talentów.

Razem z T. stoimy w pięknym miejscu w mieście. Ta uliczka jest tak cudowna, że obie mamy ochotę przenieść się tu natychmiast. Tylko gromady gołębi wzbudzają podejrzenie T. Przyszłyśmy tu robić zrobić parę ujęć potrzebnych dla ludzi na wysokich stanowiskach. Wszystko, co ma wyjść pięknie okazuje się być paskudne. Jedyne dobre ujęcia to te, na których się wydurniam, śmieję, jestem sobą. Ale T. ma cierpliwość, chociaż rezygnuje z wizji dobrego, pożywnego obiadu. Później trzymam jej drożdżówkę z budyniem w dłoniach i podsuwam jej pod nos.
-Weź sobie gryza jak chcesz. – mówię z pełnymi ustami.
-Aleś ty szczodra. – odpowiada, próbując ugryźć własny obiad. Zdjęcia, dużo zdjęć.

Podziemia kina, gdzie kiedyś mieściła się restauracja. E., Ch. i ja idziemy na zaplecze przez drzwi bez klamek. Wchodzimy do pomieszczeń socjalnych, gdzie śmierdzi pająkami i środkami chemicznymi osiadłymi na wszędobylskich płytkach. E. wygląda jak anioł w swojej białej sukience do ziemi. Ale to ona pierwsza wchodzi do ciemnych pomieszczeń. Kiedy jeden magazyn przechodzi w drugi i nic już nie widać, włączam latarkę. E. znajduje ogromne rury oblepione folią aluminiową. To koniec labiryntu, dotarłyśmy do końca, ale wszystkie trzy mamy ochotę na jeszcze. Ch. przechodzi szybko obok mnie, co automatycznie sprawia, że mam ochotę krzyczeć i uciekać. Unikała tylko ściany, robiąc przeskok.
Zakamarki, dużo zakamarków.

M. robi dla mnie herbatę i opowiada o zbliżających się kartkówkach i sprawdzianach. W końcu siadamy na jej łóżku i śmiejemy się tak szczerze, że po chwili bolą mnie policzki od uśmiechania się. Super jest przychodzić do niej tylko na herbatę.
Wieczory, dużo zaparowanych wieczorów.

Podziemia kina. E. gra na skrzypach. Tylko dla mnie i dla K. Ta druga zahipnotyzowana jest palcami naszej koleżanki, które poruszają się tak szybko, jak maleńkie robaczki. A ja nie mogę oderwać wzroku od smyczka, który zdaje się głaskać struny.
Pasja, dużo prawdziwej pasji.

Ubrana w buty tak brudne, że nie widać już ich koloru, leginsy, na których widać odciśnięte paski błota i kurtkę, która tak bardzo śmierdzi psem, że z powodzeniem mogłaby go udawać, idę w las. Siapa ciągnie mnie w głąb lasu. 30 metrów od drogi asfaltowej. Boję się, że poślizgnę się na śniegu i co pięć minut zerkam na wszystkie strony, żeby przekonać się, że jesteśmy tu same. I jak na złość nie ma żadnego mordercy z siekierą. Tylko gałęzie trzaskają, ptaki wzbijają się w powietrze, a ostatnie jeszcze krople deszczu głośno opadają na ściółkę. Dobrze, że przynajmniej mój pies jest odważny.
Paranoje, dużo dziwnych paranoi.

Oczy już prawie zamknięte. Pocieram je zniecierpliwiona. Drażniące światło monitora wypala mi źrenice. Nogi bolą mnie po całodziennym bieganiu. Palce straciły już opuszki na rzecz twardych nakładek stukających po klawiaturze. A w myślach przewijają mi się wszystkie rolki z ostatnich trzech dni. Pełno ludzi, pełno emocji, pełno wydarzeń, pełno tajemniczych miejsc. To najlepsze co mnie ostatnio spotyka. Myślę, że spełnienie jest wtedy, kiedy kładę się do spania i myśląc o minionym dniu przywołuję najwięcej dobrych wspomnień.
To ogromne szczęście. Ogromne szczęście jest też wtedy, kiedy bez względu na sytuację i osobę, z którą przebywam śmieję się tak szczerze, że aż boli mnie brzuch. Zaczął się Wielki Post. Wszyscy się smucą, a ja zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej. Sama do siebie, sama do wspomnień, sama z siebie. Co niektórzy moi przyjaciele i znajomi chwytają ten rodzaj żartu i też się śmieją jak szaleńcy.
Śmiejmy się wszyscy. Niech ten czas będzie piękny, bo w myśl zasady Zenona z Kitionu jutro na pewno nie będzie już tak fajnie jak dzisiaj. Bo po spokoju przychodzi burza, a po dniu – noc.

jaoida

Pozdrawiam czule (dzięki A., za takie pozdrowienia)

/Siwa

99. Co robiłam w ferie, i dlaczego oglądałam filmy?

W Małopolsce właśnie dzisiaj kończą się ferie.

W Małopolsce właśnie dzisiaj kończą się ferie.

W Małopolsce właśnie dzisiaj kończą się ferie.

Musiałam to powtórzyć 3 razy, żeby się oswoić z tą myślą.
I tak jestem super zadowolona, bo byłam w kilku fajnych miejscach i spotkałam się z super osobami. Cały czas przewijała się standardowa dwójka K. i N. Przynajmniej jedno z nich odwiedzało mnie codziennie, albo gdzieś widzieliśmy się przez przypadek. Tak mnie rozpuścili, że tęsknie za nimi już po jednym dniu.

Ale do rzeczy. Blogowi ludzie, poza jedną osobą, nie bardzo kojarzą ani tego, z kim się spotykałam, ani ich to za bardzo nie interesuje. A co wszystkich interesuje? FILMY! Tak, to jest lekarstwo na wszystko.

Lackofideas (Serialomaniaczka, dla niewtajemniczonych, której blog macie na pasku po prawej stronie) ogląda seriale, a ja za nią nadrabiam filmy. Dzisiaj więc specjalnie dla Was i dla Niej 10 filmów które widziałam we ferie. To niesamowite, że było ich akurat tyle. Ale nie martwcie się, bo nie będę się o nich rozpisywać.

Loft już od dawna był na mojej liście i obejrzałam go jako pierwszego sama. I bardzo dobrze, bo wciągnął mnie na maksa, a żeby zrozumieć musiałam się skupić. Krótko o fabule: Pięciu mężczyzn wynajmuje apartament do pieprzenie się na boku. Pewnego dnia znajdują tam martwą kobietę i muszą wykminić, który z nich to zrobił. Akcja toczy się w ciągu jednego dnia, a rozwiązanie jest najdalsze od waszych początkowych myśli. Zdecydowane POLECAM dla tego filmu.

Drogówka, czyli polski film z polskimi przekleństwami. Tylko tyle zapamiętałam. Uwierzcie mi na słowo, że nie połapałam się ani trochę o co tam chodziło. Myślę, że musiałabym to obejrzeć przynajmniej 4 razy. Bardzo trudny w odbiorze. Sceny czasami są obrzydliwe. Mam nadzieję, że są to przerysowane ujęcia polskiej policji, bo jeśli nie, to jest naprawdę źle. Tego filmu akurat NIE POLECAM, no chyba, że ktoś z czytających widział i zrozumiał…

Klub dla wybrańców obejrzałam tylko ze względu na Sama Claflina, więc jeśli Wy nie kochacie nikogo z obsady – nie oglądajcie. Fabułę musiałam K. tłumaczyć dwa razy. (Zapamiętać: nigdy nie oglądaj filmów z napisami z K.) Wyobraźcie sobie uniwersytet w Wielkiej Brytanii, w którym działa właśnie taki Riot Club i przyjmuje tam tylko arystokratyczną młodzież. To co robią jego członkowie może przyprawić niektórych o zawał serca. Zakończenie też niczego sobie. Gdyby nie było tam Claflina stwierdziłabym, że film jest słaby, a przynajmniej ma dziwną tematykę. WARTO więc oswoić się z nią, bo przeniknięcie do mentalności arystokratycznych dupków nie było łatwe.

Droga Krzyżowa to film z 2014 r. Kto z Was widział? Zgaduję, że mało. Większość z Was ma zapewne skojarzenia z Jezusem i chrześcijaństwem. No cóż, blisko, ale jednak daleko. Jest to historia młodej dziewczyny, która wraz z całą rodziną należy do formacji Św. Pawła (nie uznają oni reform „posoborowych”).Film odpowiada na pytania jak daleko wiara może ingerować w życie człowieka? Czy rodzice, a w tym konkretnym przypadku matka, ma prawo poświęcać życie własnego dziecka? Ogólnie bardzo mocny film. Dodatkowe plusy za dokładnie 14 fragmentów akcji, odpowiadających Drodze Krzyżowej Jezusa i za brak muzyki. POLECAM  zarówno wierzącym (mi okropnie przypadł do gustu, pomimo tego, że pokazuje szokującą stronę wiary) jak i ateistom, bo opowiada o głębokim problemie nastolatki.

Wyznania zakupoholiczki preferuję w wydaniu książkowym. Fabuła jest zdecydowanie okrojona, ale wciąż bardzo kolorowa. Jest to lekka komedia o kobiecie, która nie mogła przestać kupować. Film do rozładowania napięcia, pośmiania się i obejrzenia tylko raz. Nie najgorszy, aczkolwiek doceniam go tylko dlatego, że oglądałam go z nowo poznaną J.

Więzień labiryntu, czyli prawdziwa petarda wśród filmów ostatnich czasów. Zaskoczył mnie tym, jak dobry jest. Patrząc na to, że „Igrzyska śmierci”, „Dawca pamięci” i „Więzień labiryntu: wydają się być okrutnie podobne, jestem w ciężkim szoku. Okazało się, że zamknięcie kilkunastu nastolatków w ogromnym labiryncie nie do przejścia ma jednak jakiś sens. Końcówka sprawia, że ma się ochotę obejrzeć drugą część już i zaraz! Jestem już umówiona z M. na „Więzień labiryntu: Próby ognia”. Taki mały spojlerek dla zachęconych owym filmem – Spokojnie, uda im się wyjść z labiryntu.

Ugotowany z kolei zaskoczył mnie barkiem zaskoczenia. No bo co my tu mamy: Bradley Cooper, jakaś „blądi”, czyli wątek miłosny jest. Kuchnia, jedzonko, mistrzowie, krzyki, czyli prawie jak u Amaro. Problemy z narkotykami są, picie jest, wrogowie są, zemsta w amerykańskim stylu jest. Czyli opowieść o życiu kucharza od kuchni. Typowy amerykański film, z typowym happyendem. Cieszę się, że nie straciłam kasy na bilety i obejrzałam go na internecie. Zabawił mnie przez ponad półtorej godziny i wywołał u mnie i u N. ogromny głód. NIE POLECAM więc oglądać go bez przygotowanego zapasu jedzenia.

Pokój czeka jeszcze w Polsce na premierę, ale powiem Wam, że musicie na to iść. Jest to doskonały dramat, którego głównym problemem są porwania. Jednak początek filmu wcale na to nie wskazuje. Wydaje mi się, że tutaj muszę przedstawić Wam fabułę. Poznajecie 5-letniego Jacka i jego mamę, którzy żyją w małym pokoju w jednym oknem dachowym. Ma (mama) wmawia chłopakowi, że pokój jest całym światem. Rządzą w nim określone prawa i zasady. Pewnego dnia Ma mówi jednak Jackowi prawdę i tylko on jest w stanie wyrwać ich z tego małego świata. Jesteśmy świadkami tego, jak Jack klimatyzuje się w prawdziwym świecie pełnym ludzi i już nie takim przytulnym. Ze spokojem sumienia mogę go nazwać dramatem doskonałym. Zdecydowanie POLECAM obejrzeć go jeszcze zanim będzie w kinach, chociażby ze względu na genialną grę aktorską Tremblay’a

American Beauty, czy jak określiła to A. „American Ugliness”. Film ten opowiada o skomplikowanej patologii normalnych ludzi, żyjących blisko siebie. Główny wątek krąży wokół Lestera, przechodzącego kryzys wieku średniego, który zaczyna interesować się koleżanką jego córki. Stary film z 1999r, który można zaliczyć do klasyki kina. I powiem Wam, że zasługuje na taki tytuł. Chociaż do końca filmu czekałam, aż Lester przeleci tą blondynę i tak było fajnie. W czasie filmu poznajemy trudne relacje międzyludzkie i nie do końca zdrową psychikę zwykłych ludzi. Zarówno ja, jak i Filmweb POLECA.

Niania to komedia fantasy dla dzieci, którą miałam okazję obejrzeć Młodą. Ona patrzyła na ten film przez pryzmat magicznych zdolności niani McPhee, a ja szukałam w rozumach małych dzieci uszkodzeń spowodowanych śmiercią matki i teraźniejszym stanem rzeczy. W połowie filmu zaczęłam się jednak nudzić, bo happyend nie ominął również tej produkcji, ale czego się dziwić. Przecież to bajka dla dzieci. POLECAM dla samej kreacji Emmy Thompson i dla roli Thomasa Brodie-Sangstera, który był tam jeszcze ładny i uroczy.

Zostawiam Was z tymi filmami, a w zamian możecie mi podrzucić kilka ciekawych tytułów, które poznaliście przez ferie. Sorry, zapomniałam, że nie wszyscy mieli ferie. Spróbuję dzisiaj zasnąć wcześniej, żeby w tym tygodniu być w miarę wyspana w szkole.

Pozdrawiam ostatniego dnia ferii.

/Siwa

98. Lodowiskowy survival, czyli poradnik dla średnio zaawansowanych.

Jeśli popatrzycie teraz za okno, to możliwe, że zobaczycie śnieg.

To oznacza, że przyszła zima.

Nareszcie możemy ze spokojem sumienia iść na lodowisko, bo przy ujemnych temperaturach raczej się nie roztopi.

Więc dzisiaj o lodowisku to i owo.

Zaczynajmy.

 

Ludzie chodzą na lodowiska po to, aby się rozerwać, spotkać ze znajomymi czy chociażby się poruszać. Obstawiam, że większość z Was jest średnio zaawansowana w jeździe na łyżwach. I to właśnie ten etap jest najgorszy z możliwych, bo na lodowisku musimy unikać prawie wszystkich typów łyżwiarzy. Jakich i dlaczego? Postaram się Wam to w krótkim czasie wyjaśnić.

Pierwszy typ, to nowicjusze. Cechą charakterystyczną tej grupy jest przylepienie się jedną dłonią do barierki. Nie istnieje możliwość oderwania jej pod żadnym pozorem. Omijanie osób, które zatrzymały się przy barierce przez nowicjuszy zawsze kończy się przytulasem. Trzeba im wybaczyć, bo przecież nie mogą oderwać dłoni od barierki. Unikanie nowicjuszy nie jest trudnym zadaniem. Wystarczy nie zatrzymywać się zbyt długo przy bandzie i nie wjeżdżać w nich, kiedy chcecie się zatrzymać. Banał!

Gorzej jest z grupą zaawansowanych nowicjuszy. Te osobniki oddalają się od barierki zaledwie na metr. Dłoń wciąż tęskni za jej dotykiem. Poruszają się w zawrotnym tempie babci, przechodzącej przez przejście dla pieszych. Ich nogi są pewne jak nóżki 8-miesięcznego bobasa. W każdej chwili mogą się przewrócić bez specjalnego powodu. Najlepiej trzymać się od nich na dwa metry, aby zareagować, kiedy wywiną orła. Poza tym nie są zbytnio szkodliwą grupą.

Z kolei małe dzieci stwarzają niewyobrażalne katastrofy na lodowisku. Kiedy widzisz małego brzdąca ledwo posuwającego na malusieńkich łyżewkach może Ci się wydawać, że to urocze. Nic bardziej mylnego! Jeśli przewróci się tuż pod Twoimi nogami, to jego paluszki prawdopodobnie mogą skończyć w ambulansie, położone w pudełeczku zaraz obok ogołoconej dłoni. Straszne, czyż nie? Dzieci, które nie umieją jeździć ZAWSZE powinny mieć ze sobą rodziców, aby Ci mogli je podnieść, jeśli się przewróci. Czasem zdarzają się jednak typowi XXI-wieczni rodzice, którzy puszczają malucha samego, albo kilka metrów od siebie. Trudno unikać takich dzieci, bo są wszędzie. A jak coś im się stanie, to ten rodzic, który jeszcze chwilę temu oddalił się od dziecka przyjedzie Ci wpierdzielić… Nic fajnego.

Warto rozróżnić dzieci, które są pierwszy raz na łyżwach, które opisywałam przed chwilą oraz dzieci, które spokojnie możemy już określić jako zawodowców. To małe popylacze, które narobią Ci wstydu, bo one umieją jeździć tyłem. Kiedy jedzie taki przy Tobie lepiej się zatrzymaj, bo w jeździe na lodzie i tak przegrasz. Te dzieciaki sprawnie manewrują pomiędzy nogami dorosłych. Łatwo je jednak pomylić z pierwszą grupą. Nigdy nie jesteśmy przygotowani na to, że dziecko wyjedzie Ci przed samymi łyżwami.

Jedna z najbardziej strasznych grup to cwaniaki. Zazwyczaj to osobniki płci męskiej, którzy przychodzą, aby „wyrwać jakieś foczki”. Problem w tym, że oni opanowanie stania na łyżwach nazywają jazda. Takie cwaniaki najczęściej działają w grupach. Są w stanie przejechać przez środek lodowiska, wjechać prosto na Ciebie, a potem jeszcze cisną z tego beke. Nie fajnie… Z racji, że poziom ich inteligencji sięga ujemnego poziomu nie zrozumieją żadnej perswazji, a Twoje krzyki i wyklinanie zrozumieją jako pochwałę.

Jednak zdecydowanie największe problemy na lodzie stwarzają tzw. dysmózgi. Są to osoby, które nie rozróżniają kierunku jazdy. Jeżdżą pod prąd, a ty modlisz się, żeby wyjść cało z kraksy. Nie wiem czy ich jazda wynika z brawury, głupoty, czy serio nie odróżniają kierunków jazdy. Takich ludzi najlepiej przewrócić od razu i „lekko” im wytłumaczyć, że na tym lodowisku obowiązuje ruch jednostronny.

Na każdym lodowisku znajdzie się jakiś swagman, który przyszedł tam, aby „podszlifować swoją super jazdę”, albo „pojeździć dla szpanu”. Ich terytorium ogranicza się do środka lodowiska. Czasem tylko przejeżdżają pomiędzy ludźmi, aby napędzić im strachu. Ich łyżwy mają magiczne zdolności jazdy tyłem, skakania, latania itd.To raczej oni uważają na nas, przeciętniaczków. Grunt to nie zazdrościć, kiedy widzi się takiego kolesia i nie zajeżdżać mu drogi, bo upadek może być bolesny. Podstawowa zasada jak ich unikać: pod żadnym pozorem nie wolno wyjeżdżać na sam środek lodowiska.

To już wszystkie typy łyżwiarzy. Wniosek jest więc prosty. Jeśli idziesz na lodowisko raz na rok, jeździsz pewnie, ale jak ktoś pyta czy umiesz, to zawsze zaprzeczasz, to oznacza, że jesteś PRZECIĘTNIACZKIEM. Jak ja xD

Podsumowując:
Każda z tych grup powinna mieć osobne lodowisko…
Przeciętniaczki muszą unikać wszystkich.

Najlepiej nie chodzić na łyżwy.

Oczywiście, że chodzić! Łyżwy są super. Tylko przy -4^C zamarzał mi język.

12540255_1021203511284774_2064625022_nJakie były Wasze najciekawsze przygody na lodowisku? Z jakim typem ludzi mieliście okazję się spotkać? :)

Pozdrawiam Madzię, gwiazdę nowego zdjęcia ^^

/Siwa

97. Okiem krytyka, czyli „Szubienica”

„Szubienica” to horror lipca z zeszłego roku, który miałam nie przyjemność zobaczyć przedwczoraj. A skoro ostatnio na zajęcia dziennikarskie musiałam wykazać się zdolnością pisania recenzji krytycznych, stwierdziłam, że „Szubienica” nie może zostać pominięta.

Warto już na samym początku wspomnieć, że film to totalne dno, zmarnowana godzina i co tam jeszcze chcecie. Ale ogląda się i tak, po to, żeby sprawdzić czego się nie lubi… Jak każdy widz współczesnego kina mam już lekki przesyt współczesnymi horrorami. Uwierzcie, obejrzenie „Lśnienia” było dla mnie jak balsam dla duszy. Skąd taka opinia? Winowajcą jest znana wszystkim seria „Paranormal activity”, która ma już chyba 6 części. Możliwe, że obejrzałam 3, albo 4. Nie jestem pewna, bo każda jest zaskakująco podobna do poprzedniej. Kiedy przy pierwszej części się bałam, to przy kolejnej już lekko nudziłam.

Tak samo jest z „Szubienicą”. Nie wnosi ona nic nowego. Niczym też nie zachwyca. Współczesny widz na nowo został zbombardowany koncepcją found footage. Na początku to musiało być oryginalne, ale teraz dużo jest horrorów, które kurczowo trzymają się tego typu realizacji. Jedyną zaletą są sceny ubarwione filtrami, czyli ujęcia na korytarzach i w piwnicach. Efekt wywoływany przez nagrywanie kamerami bohaterów jest całkiem niezły.

Może co nieco o fabule? Uczniowie liceum mają zamiar wystawić sztukę pt. „Szubienica”. Dwadzieścia lat wcześniej w czasie tego samego przedstawienia zginął aktor o imieniu Charlie. Główny bohater nie chce dopuścić aby spektakl się odbył, więc w nocy wyrusza ze swoimi znajomymi zniszczyć dekoracje. Ta część filmu rozkręca się właściwie przez większość czasu. Tutaj nie byłam w stanie się skupić, bo ujęcia nie pokazywały nic konkretnego, a równie dobrze takie rozwinięcie fabuły można by zmieścić w 10 minutach. Nuda, nuda, nuda… Wtem na ekranie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Po obejrzeniu przynajmniej jednej części „Paranormal activity” wiemy już, że nie jest to nic szczególnego. Uczniowie zostają zamknięci w szkole, jeden z nich zostaje ranny. Pojawia się jakiś kat, którego postać wcale nie jest jakość szczególnie zamaskowana (co jeszcze bardziej psuje klimat) ani ponadwymiarowa. Widz zasłania oczy poduszką, a kiedy ponownie spogląda na ekran okazuje się, że trzech z czterech bohaterów zginęło.

Ciężko mi to w jakikolwiek sposób skomentować. Może podzielę całość na plusy i minusy.

Zalety :

  • W momencie rozkręcenia się fabuły widz nie jest w stanie oderwać oczu od ekranu,
  • Sam motyw pojawienia się kata również jest ciekawy i ma przynajmniej jakiś sens,
  • Scena prawie finałowa jest zdecydowanie najlepsza: Na scenie jest dwójka żywych osób, ale co jakiś czas w kamerze pojawia się również inna postać.

Wady:

  • Tragicznie słaba gra aktorów,
  • Bardzo długo rozkręcająca się akcja, więc zanim dojdzie do sceny przełomu widz może zasnąć,
  • Przeniesienie postaci Charliego do świata ludzi (pod koniec przypominało to już bardziej „Piłę” niż horror z mocami paranormalnymi)
  • Przereklamowany już found footage,
  • W trailerze pojawiły się sceny finałowe, co wskazuje na beznadziejność tego filmu,
  • Wszyscy zginęli – jakże oryginalne rozwiązanie,

Teraz to wygląda jeszcze gorzej niż pięć minut po obejrzeniu tego horroru. Myślę, że gdybym zobaczyła go drugi raz to umarłabym ze śmiechu albo z nudy. Jedyne co ratuje ten film przed plakietką „totalna porażka” to reżyserzy amatorzy. Mając świadomość tego, że „Szubienicę” kręciło dwóch fanów gatunku z ograniczonym budżetem i kadrą aktorską jesteśmy w stanie zapomnieć im chociaż połowę błędów. Nie oznacza to wcale, że film jest geniuszem młodych twórców. Nie jest ani trochę oryginalny i nie nadaje się do polecenia.

szubienica

Dobrze, że „Szubienica” trwa tylko godzinę i 20 minut (ostatnie 20 minut trwa dobra akcja…), bo inaczej byłoby jeszcze gorzej niż jest. A i tak dobrze nie jest.

Czego uczy „Szubienica”? Żeby nie chodzić w nocy do szkoły? Raczej nie…
Już wiem! Żeby przenigdy więcej nie oglądać już współczesnych horrorów na miarę „Paranormal activity”…

Ciekawostka nic nie wnosząca do mojej recenzji: Imię każdej postaci jest równocześnie imieniem aktora, który tę rolę odtwarza.

Słowo zakończenia: nie oglądajcie „Szubienicy”, bo szkoda waszego cennego życia. A za tą godzinę można przeczytać wszystkie notatki z francuskiego, napisać notkę na bloga, zagrać z rodziną w grę planszową, pójść na łyżwy, porobić sobie 58 dziwnych zdjęć na Snapchacie i wiele, wiele innych.

Pozdrawiam

/Siwa

 

96. Kolejne opakowanie po wyciągach.

Wpis w tym wyjątkowym dniu zadedykowany jest moim przyjaciołom: K. i N. Za wszystkie filmy, za to, że nawet najgorszy tydzień kończy się, kiedy przychodzicie w piątek, za wyjadanie mi jedzenia z lodówki, za Wasze otwarte ramiona, za wsparcie, za śmiech, za to, że mnie słuchacie, wspieracie i pomagacie rozwiązywać wszystkie problemy. Dziękuję, że zawsze mogę na Was liczyć. Powtórzmy ten rok jeszcze raz <3

Z każdym rokiem jest tak, jak z opakowaniami po gumkach do aparatu (tzw. wyciągiam). Aparaci i aparatki zrozumieją… Kiedy kończy się jedno opakowanie, nikt po nim nie płacze, tylko wyciąga kolejne.

Nowy rok to nowe postanowienia. Oczywiście 2016 postanowień, że schudniesz, że się będziesz uczyć… Bez sensu. Dla sprostowania; postanowienia są w porządku, chociaż  preferowałabym raczej osiągnięcia. Bez zbędnych rozczarowań. Nie widzę więc potrzeby wypisywania tego, co planuję. Za to powspominam trochę ten stary już 2015 rok. Oczywiście w skrócie, bo jakbym miała opisywać każdą historię to zajęłoby mi to przynajmniej kolejny rok. Nie mogę też wszystkim podziękować, bo na każdą osobę poświęciłabym jedną notkę. :lol:

Dlatego jeszcze raz; dzięki dwa zero jeden pięć

20151231_072618Za każdy piękny poranek, za każde słońce, za czyste niebo.

20151217_173057.jak-zmniejszyc-fotke_plZa każdą magiczną chwilę.

20151230_230134Za każdą chwilę spokoju.

20151231_072642.jak-zmniejszyc-fotke_pl20151129_143059~2.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie spełnione marzenia, i za ludzi, którzy je spełniają.
Za każdą bestię, która nie chce wyjść na zewnątrz.

20160101_143523.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie podróże.

Snapchat-5686250883042051104Za tych prawdziwych i szalonych.

20151231_19383220151231_193632

 

 

 

 

Za M., z którą spędziłam ostatni dzień. Dzięki 2015, że przywróciłeś mi ją na nowo.

 

20151231_235204Za dobre i złe chwile. Chociaż wolałabym zapamiętać tylko te dobre.

Boże
Jeśli to czytasz
To chcę
Żebyś wiedział
Że doceniam to
Co mi dajesz.

 

Nie wiem czego Wam wszystkim życzyć. Napiszcie w komentarzach, co byście chcieli usłyszeć w ramach życzeń :)

Pozdrawiam noworocznie

/Siwa