91. „Rozumieny się bez słów” i słowa ode mnie dla małpy.

Na początku chciałabym Wam polecić ciekawy film – jeden z nowszych. Przepraszam, za tak niewiarygodnie inną formę opisywania na moim blogu, ale tak mnie naszło na uporządkowanie.

91 - 1

Tytuł: „Rozumiemy się bez słów”

Gatunek, produkcja: Francuska komedia z 2014 r. (świat) – To dość istotne, bo nie wszystkie francuskie komedie są śmieszne.

Opis fabuły: Jest to historia rodziny Belier, żyjącej sobie spokojnie na wsi i prowadzącej własne gospodarstwo. Matka, ojciec i ich syn są osobami głucho-niemymi. Jedyną w pełni sprawną osobą jest tam córka, Paula. Poznajemy właściwie całkiem dobrze prosperującą rodzinę. Niepełnosprawne osoby nie ograniczają się tam w niczym, wiodą spokojne życie. Oczywiście w kontaktach z zewnętrznym światem pomaga im odpowiedzialna Paula. Dziewczyna, jak to nastolatka, znajduje jednak własną drogę życia. Przez chłopaka, który jej się podoba zapisuje się do chóru szkolnego i odkrywa, że ma świetny głos. Żaden z członków rodziny nie mógł jej tego nigdy powiedzieć. Paula staje więc przed trudnymi wyborami – czy wyjechać do Paryża, do wymarzonej szkoły śpiewu, czy zostać w domu i pomagać rodzicom, zwłaszcza kiedy jej ojciec rozkręca swoją kampanię wyborczą.

Moje odczucia: Muszę przyznać, że cały wątek miłosny jest bardzo płytki i przewidywalny. No, ale coś musi przecież być nie tak, a czyż nie każda nastolatka ma chłopaka, który jej się podoba? (Odpowiadając na to retoryczne pytanie (brawa za łamanie zasad): Nie, nie każda nastolatka musi być zakochana.) Muszę przyznać, że pomimo tego wzruszyłam się kilka razy. Myślę, że główną rolę odegrała tutaj muzyka i bardzo dobre wykonanie piosenek. Na uznanie zasługuje scena śpiewu dla ojca, a później, w trakcie przesłuchania, śpiew dla rodziców. Także scena pokazana z perspektywy rodziców wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Cóż, ogólnie rzec biorąc: fabuła oklepana i totalnie przewidywalna, portret nastolatki mało oryginalny (pomijam doskonałe opanowanie języka migowego). Mimo tego, ten film sprawił, że na jednej scenie łzy płynęły jak rzeka, a w kolejnej śmiałam się jak opętana. Bardzo przystępny humor, ciekawe żarty dotyczące samej niepełnosprawności Belierów. Na pochwałę zasługuje także sam temat filmu, bardzo rzadko poruszany. Pokazał on tak naprawdę, że ludzie głucho-niemi też mogą normalnie żyć i to my jesteśmy nienormalni, że boimy się z nimi zadawać.

Ocena (w skali 1-10): 8 – zdecydowanie polecam, każdemu i tym, którzy chcą się pośmiać i tym, którzy chcą popłakać, szukającym czegoś lekkiego, ale i poruszającego ważnego tematu.

To by było tyle odnośnie notki. Teraz przejdziemy do drugiej części.

Otóż Zielona Małpa nominowała mnie do Liebster Blog Award. Wyraziłam chęć wzięcia udziału w tej akcji, podaję więc odpowiedzi na pytania:

1. Jakie miasto jest twoim zdaniem najpiękniejsze?

Tą konkurencję zdecydowanie wygrywa włoskie Urbino, ze względu na klimat tych ciasnych uliczek i malutkich domków, przyciśniętych do siebie. To jedyne miasto, w którym lubię się gubić, jest jak jeden wielki labirynt.

2. Co zazwyczaj robisz w deszczowe dni?

Hmm.. o 6:30 wychodzę z psem na spacer, bla bla bla… Właściwie robię wszystko to, co zawsze. Omijam tylko aktywności związane z dobrą pogodą. Sprzątam tyle samo, uczę się tyle samo. Chciałabym, żeby deszczowe weekendy wyglądały jak te z obrazka – herbatka, kocyk i książka (w zastępstwie blog lub film), ale niestety rzeczywistość jest największym mordercą marzeń.

3. Dlaczego lubisz blogowanie?

Bo mogę tu wyrazić siebie i mogę poznać wielu różnych ludzi. To chyba najkrótsza odpowiedź na to pytanie.

4. Kawa z mlekiem czy bez? Z cukrem czy bez?

Jeśli już kawa to koniecznie rozpuszczalna z mlekiem i duużo cukru. Tylko taką uznaję, no chyba, że jest trzecia w nocy, oglądam z K. i N. film, a w półce tylko parzona…

5. Bez czego nie ruszasz się z domu?

Bez telefonu. Tak. To przykre.

6. Gdzie chcesz być za 10 lat?

Chcę siedzieć w swoim przytulnie urządzonym mieszkanku i opracowywać wywiad, który robiłam w południe. (Za 10 lat od teraz jest godz. 19:58.) Właśnie tam chciałabym być.

7. Jaka jest twoja absolutnie ulubiona potrawa?

Spaghetti. Robione przez moją siostrę, albo takie typowo włoskie.

8. Gdybyś mogła stać się mistrzem w jednej dziedzinie, to jaką dziedzinę byś wybrała?

Zdecydowanie pisanie – notek, artykułów, opowiadań, wywiadów, powieści, prozy i innych. Wydaje mi się, że mam już zadatki…

9. Jesteś introwertkiem czy ekstrawertkiem?

Chyba ekstrawertykiem. Nie mogłabym żyć bez ludzi, chociaż czasem działają mi na nerwy.

10. Jakiej muzyki lubisz słuchać, gdy jest ci smutno?

Nie jest to jakiś specyficzny gatunek np. muzyka klasyczna. Piosenka (nie ważna czy to pop, ballada rockowa, klasyka czy electro) musi mieć w sobie małą dozę smutku i być spokojna.

11. Jakich rzeczy nie jadasz?

Od ponad roku nie jem stałych pozycji: fast-foodów (typu żarcie z Mc’D, KFC itd.), chipsów, pomidorów (ale tego nigdy nie lubiłam), pierogów ruskich, barszczu, żelków kwaśnych i w gruncie rzeczy wieeelu wieeelu innych. Nie mogę się tylko przemóc i zrezygnować z czekolady.

To by było na tyle. Niestety nie nominuję nikogo, bo razem z Zieloną Małpą czytamy prawie te same blogi, więc większość była już nominowana, ale dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tej zabawie.

Ale się rozpisałam…

Gdybyście mieli jakieś fajne pytanie dla mnie to z chęcią odpowiem Wam w komentarzach.

To na razie. :)

91-2

Pozdrowienia specjalne dla Zielonej Małpy Naczelnej oraz wszystkich czytelników (pomijam tutaj Arletę, bo byli byście zazdrośni, że dwa razy pod rząd ją pozdrawiam). :D

/Siwa

1. http://cotucotam.pl/kalisz/film/rozumiemy-sie-bez-slow

90. Pozdrowienia z Krakowa.

Nie wiem jaki dokładnie koncept miałam na napisanie tej notki, ale coś tam było. Myślę, że to miała być notka z przesłaniem, albo taka, w której znowu udowadniam, że może być lepiej. A może połączymy dydaktyzm z marzycielstwem i zrobię mix?

W ubiegłą sobotę byłam u mojej siostry w Krakowie. Tego jak było, nie będę komentować. Ale w pewnym momencie mieliśmy dylemat (aaa, zapomniałam wspomnieć, że był z nami P., kolega siostry z liceum), bo zabrakło nam oleju koniecznego do zrobienia babeczek. Kto normalny nie ma w domu oleju? Otóż, zaskoczę was, 3 na 4 badanych nie odczuwa wewnętrznej potrzeby posiadania w domu zapasu oleju. Wpadłam więc na pomysł, żeby przejść się po innych mieszkaniach i popytać sąsiadów, czyli sposób pt. „pożyczy pani cukru?”. Oczywiście, padło na mnie, jako, że byłam tam tylko na niecałe 24 godziny.

W pierwszym mieszkaniu kobieta, na oko, 30-letnia, z małym dzieckiem. Oleju oczywiście miała co kot napłakał. W drugim mieszkaniu – i tu właśnie sedno całej sprawy – młody chłopak. Stawiam, że student, lat maksymalnie 20. Blondyn, uśmiechnięty już od progu, całkiem nie brzydki, nie źle ubrany. Zaprosił mnie do środka i pieczołowicie przeszukiwał kuchni w poszukiwaniu oleju. Takowego nie znalazł, ale dowiedziałam się za to, że jego brat ma na imię Andrzej. Nie widzicie tu związku…? Chłopak zadzwonił do swojego brata pytając, czy posiada w mieszkaniu olej. Odtąd zaczęłam go nazywać „brat Andrzeja”, szkoda tylko, że samego Andrzeja na oczy nie widziałam… Ja zrezygnowana, że muszę szukać dalej i zostawić go samego, on – jeszcze bardziej. No ale, cóż, cieszę się, że nie  zabrakło mi języka w gębie. Dzięki Bogu, student (już nie tak interesujący) w trzecim mieszkaniu miał olej. Chwała mu za to, bo babeczki były pyszne (Dzięki, P.!).

Wniosek z całej historii: Nie bójcie się zrobić z siebie idiotów, zwłaszcza w obcym miejscu. Może głupie chodzenie po mieszkaniach i pytanie o olej/cukier/sól sprawi, że poznacie nowych ludzi, albo chociaż na nich popatrzycie. Czasem warto nie myśleć i nawiązać chociażby chwilowy kontakt z innymi osobami. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że Was nie zapamiętają. (No chyba, że będą tacy podekscytowani każdą osobą jak ja i napiszą o tym na blogu).

Chyba zapomniałam zakończyć moją pyszną historię… Otóż, później chcieliśmy podziękować dawcy oleju i bratu Andrzeja babeczkami, ale dwukrotnie nie zastałam żadnego w mieszkaniu. (Możliwe, że bali się, że znowu chcę coś pożyczyć). Więc, wyjeżdżając z Krakowa zostawiłam im urocze karteczki na drzwiach. Teraz wydaje mi się to lekkomyślne, ale ja sama cieszyłabym się jak debil, jeśli mnie przydarzyłaby się taka sytuacja. :D

Kurde, chyba nie skończę dzisiaj… Mam ochotę opisać Wam WSZYSTKO. Obawiam się tylko, że osoby z poza Internetu wszystko słyszały już co najmniej dwa razy.

Nie chcąc więc przynudzać przejdę do chwalenia się. Otóż, od następnego numeru (listopad-grudzień) gazetka licealna „Paranoja” ma nową redaktor naczelna. I będzie nią nie kto inny jak ja. Musicie sobie wyobrazić, jak bardzo się cieszę, skoro piszę o tym tutaj. (Szczegół, że dowiedziałam się tego już w czerwcu…) Mam nadzieję, że uda mi się wywiązać ze swoich obowiązków i nie zawieść samej siebie.

Może tutaj skończę swoje wywody, bo obiecałam Arl., że wyślę jej notatki, a krucho u mnie z pamięcią jeśli chodzi o wysyłanie czegokolwiek… (Najserdeczniej pozdrawiam Turka i Ewę, pokrzywdzoną wczoraj przez mój brak mózgu!)

(Zdjęcie z wycieczki z Klaudią wariatką :* ) klausia

Pozdrawiam, ale teraz wszystkich czytających.

/Siwa

89. Jestem

Na wstępie dziękuję za ostatni odzew po notce 88. Zwłaszcza moim znajomym, którzy sami pytali mnie co się dzieje. Żaden komentarz nie pozostawał mi także obojętny. Jezu, zaczynam jakbym właśnie miała umrzeć. Ale wcale tak nie jest.

Ostatnio Pyśka spytała mnie „to kiedy zmartwychwstaniesz?”. Wydaje mi się, że teraz mogłabym powiedzieć jej, że już. Może północ to nie jest dobry moment na pisanie notki, ale ja potrzebuję powiedzieć, że JESTEM.

Jestem już spokojniejsza, może bardziej uśmiechnięta. Jestem wciąż tak samo zajęta, ale teraz na szczęście tylko przez jakieś wyjazdy i spotkania. Nauka w tym tygodniu musi sobie mnie odpuścić. Jutro (jak to czytacie, to pewnie dzisiaj) jadę z Turkiem na wycieczkę do Wrocławia. Mam nadzieję, że będzie fajnie, ale nawet nie chcę myśleć o nadrabianiu materiału…
W ogóle wszystko ostatnio się jakoś układa. Wszystko, dokładnie jak puzzle, łączy się w całość.
Po podwórku, już w sumie od sierpnia, biega moja mała miłość. Taak, jakoś zapomniałam się pochwalić. Nareszcie mam mojego ukochanego WIELKIEGO pieska (dzięki mamo i tato, że spełniliście moje marzenie). Jak na razie nie jest ona taka wielka, ale rośnie z tygodnia na tydzień. Niestety, jej zęby również, a moje dłonie wyglądają jakbym się pocięła kartką papieru. Pomimo tego wszystkiego kocham ją bardzo. Mam nadzieję, że kiedyś ona „powie” mi to samo jak dorośnie. Yyy.. chyba zapomniałam wspomnieć, że to owczarek niemiecki długowłosy i wabi się SIAPA. Tutaj macie jedno z jej pierwszych zdjęć.

piesekWięc, droga Pysiu, ze spokojnym sercem mogę Ci powiedzieć – teraz zmartwychwstałam.

P.S. A co do tytułu to polecam polski film „Jestem”. Oceniam 5/10 i w sumie odradzam osobom, które nie lubią analizować i wolą np. filmy akcji itd..

Ogółem pozdrawiam.

ja i arleta

/Siwa