97. Okiem krytyka, czyli „Szubienica”

„Szubienica” to horror lipca z zeszłego roku, który miałam nie przyjemność zobaczyć przedwczoraj. A skoro ostatnio na zajęcia dziennikarskie musiałam wykazać się zdolnością pisania recenzji krytycznych, stwierdziłam, że „Szubienica” nie może zostać pominięta.

Warto już na samym początku wspomnieć, że film to totalne dno, zmarnowana godzina i co tam jeszcze chcecie. Ale ogląda się i tak, po to, żeby sprawdzić czego się nie lubi… Jak każdy widz współczesnego kina mam już lekki przesyt współczesnymi horrorami. Uwierzcie, obejrzenie „Lśnienia” było dla mnie jak balsam dla duszy. Skąd taka opinia? Winowajcą jest znana wszystkim seria „Paranormal activity”, która ma już chyba 6 części. Możliwe, że obejrzałam 3, albo 4. Nie jestem pewna, bo każda jest zaskakująco podobna do poprzedniej. Kiedy przy pierwszej części się bałam, to przy kolejnej już lekko nudziłam.

Tak samo jest z „Szubienicą”. Nie wnosi ona nic nowego. Niczym też nie zachwyca. Współczesny widz na nowo został zbombardowany koncepcją found footage. Na początku to musiało być oryginalne, ale teraz dużo jest horrorów, które kurczowo trzymają się tego typu realizacji. Jedyną zaletą są sceny ubarwione filtrami, czyli ujęcia na korytarzach i w piwnicach. Efekt wywoływany przez nagrywanie kamerami bohaterów jest całkiem niezły.

Może co nieco o fabule? Uczniowie liceum mają zamiar wystawić sztukę pt. „Szubienica”. Dwadzieścia lat wcześniej w czasie tego samego przedstawienia zginął aktor o imieniu Charlie. Główny bohater nie chce dopuścić aby spektakl się odbył, więc w nocy wyrusza ze swoimi znajomymi zniszczyć dekoracje. Ta część filmu rozkręca się właściwie przez większość czasu. Tutaj nie byłam w stanie się skupić, bo ujęcia nie pokazywały nic konkretnego, a równie dobrze takie rozwinięcie fabuły można by zmieścić w 10 minutach. Nuda, nuda, nuda… Wtem na ekranie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Po obejrzeniu przynajmniej jednej części „Paranormal activity” wiemy już, że nie jest to nic szczególnego. Uczniowie zostają zamknięci w szkole, jeden z nich zostaje ranny. Pojawia się jakiś kat, którego postać wcale nie jest jakość szczególnie zamaskowana (co jeszcze bardziej psuje klimat) ani ponadwymiarowa. Widz zasłania oczy poduszką, a kiedy ponownie spogląda na ekran okazuje się, że trzech z czterech bohaterów zginęło.

Ciężko mi to w jakikolwiek sposób skomentować. Może podzielę całość na plusy i minusy.

Zalety :

  • W momencie rozkręcenia się fabuły widz nie jest w stanie oderwać oczu od ekranu,
  • Sam motyw pojawienia się kata również jest ciekawy i ma przynajmniej jakiś sens,
  • Scena prawie finałowa jest zdecydowanie najlepsza: Na scenie jest dwójka żywych osób, ale co jakiś czas w kamerze pojawia się również inna postać.

Wady:

  • Tragicznie słaba gra aktorów,
  • Bardzo długo rozkręcająca się akcja, więc zanim dojdzie do sceny przełomu widz może zasnąć,
  • Przeniesienie postaci Charliego do świata ludzi (pod koniec przypominało to już bardziej „Piłę” niż horror z mocami paranormalnymi)
  • Przereklamowany już found footage,
  • W trailerze pojawiły się sceny finałowe, co wskazuje na beznadziejność tego filmu,
  • Wszyscy zginęli – jakże oryginalne rozwiązanie,

Teraz to wygląda jeszcze gorzej niż pięć minut po obejrzeniu tego horroru. Myślę, że gdybym zobaczyła go drugi raz to umarłabym ze śmiechu albo z nudy. Jedyne co ratuje ten film przed plakietką „totalna porażka” to reżyserzy amatorzy. Mając świadomość tego, że „Szubienicę” kręciło dwóch fanów gatunku z ograniczonym budżetem i kadrą aktorską jesteśmy w stanie zapomnieć im chociaż połowę błędów. Nie oznacza to wcale, że film jest geniuszem młodych twórców. Nie jest ani trochę oryginalny i nie nadaje się do polecenia.

szubienica

Dobrze, że „Szubienica” trwa tylko godzinę i 20 minut (ostatnie 20 minut trwa dobra akcja…), bo inaczej byłoby jeszcze gorzej niż jest. A i tak dobrze nie jest.

Czego uczy „Szubienica”? Żeby nie chodzić w nocy do szkoły? Raczej nie…
Już wiem! Żeby przenigdy więcej nie oglądać już współczesnych horrorów na miarę „Paranormal activity”…

Ciekawostka nic nie wnosząca do mojej recenzji: Imię każdej postaci jest równocześnie imieniem aktora, który tę rolę odtwarza.

Słowo zakończenia: nie oglądajcie „Szubienicy”, bo szkoda waszego cennego życia. A za tą godzinę można przeczytać wszystkie notatki z francuskiego, napisać notkę na bloga, zagrać z rodziną w grę planszową, pójść na łyżwy, porobić sobie 58 dziwnych zdjęć na Snapchacie i wiele, wiele innych.

Pozdrawiam

/Siwa

 

5 Komentarze

  1. Jak dla mnie „Szubienica” powinien być filmem instruktażowym do poradnika „Jak NIE robić horrorów”.
    Niestety, rok 2015 obfitował w niezbyt udane produkcje tego gatunku (weźmy pod uwagę chociażby fatalny „Sinister II, którego z takim przejęciem oczekiwałam). Mam nadzieję, że rok 2016 będzie już dużo lepszy…

  2. Że też się nie boisz oglądać horrorów sama.. :D
    Ja bym się bała. Taka już ironia losu, że czytać horrory mogę w dużych ilościach ale oglądać sama za nic w świecie. Nie widziałam Szubienicy ani o niej nie słyszałam – wychodzi na to, ze nic jednak nie straciłam.
    Mnie się jedynie, ze współczesnych horrorów, podobał Sinister. Reszty nie oceniam, bo po prostu bardzo rzadko się decyduje na tego typy film :)

    • A kto powiedział, że sama oglądałam? Racja, nie wspomniałam we wpisie, że byli ze mną K. i N. Ale przy nich każdy horror jest komedią, no chyba, że K. ustanowi sobie za główny cel wieczoru przestraszenie mnie. I tak oglądam większość horrorów, a właściwie prawie każdy film oglądam z kimś. Najlepsze jest oglądanie filmów z T. (co i tak zdarza mi się rzadko), bo ona boi się wszystkiego 1000000 razy bardziej niż ja. :)

  3. Nie lubię horrorów, nudzą mnie. Chyba właśnie potwierdziłaś moją teorię o beznadziejności współczesnych filmów z tego gatunku…niestety…
    Paranormal oglądałam z kuzynką, też nie wiem ile części i które dokładnie, wiem tylko, że przewijałyśmy dni i oglądałyśmy tylko noce bo tam, można powiedzieć, coś jeszcze się działo ;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.