105. Nie rozpoznaję świata, czyli gwałtowny powrót do rzeczywistości

Słowa dzisiaj krzyczą.

Wydzierają się wewnątrz czaszki jak opętane. A raczej jak tłumione przez całkiem długi czas.

Przynajmniej piszę notkę.

Mój mózg ostatnio jest jak jedna wielka zapora. Dawkuje słowa po trochę, a całe hektolitry zwierzeń zatrzymuje po drugiej stronie. W tym momencie tama pęka.

Niewiarygodne, że zawsze moja nieobecność na blogu spowodowana jest złym okresem w życiu. Oczywiście, w ciągu tych kilku miesięcy wydarzyły się również rzeczy niesamowite i sprawiające mi ogromną radość. Dlaczego więc mam zamiar pisać o samych przykrych przemyśleniach? O tym, co dobrego dzieje się u mnie w życiu wiedzą wszyscy. Nie ukrywam tego, bo pudełku na żywe szczęście nie mieści się na wąskim dnie mojego serca.

Czuję, że ktoś zamknął mnie w klatce. Nie mogę się wydostać, bo nie umiem krzyczeć. Ten wpis to mój krzyk o ratunek. Inaczej nie potrafię. Mogę o tym powiedzieć ludziom, ale po co, skoro i tak nikt nie jest w stanie mi pomóc. Dlatego decyduję się na bloga. Mam pewność, że przeczyta to przynajmniej 20 osób, ale nie będę musiała wytrzymywać ich łamiących spojrzeń.

To kolejne rozliczenie. Może ruszę po tym do przodu.

Wrzesień. Czekam na niego, bo będzie początkiem czegoś nowego. Przerażającego, ale jednak czegoś poukładanego.

Moim problemem ostatnio jest to, że nie poznaję świata.

Mam wrażenie, że od początku wakacji coś zmieniło się bezpowrotnie i już nigdy nie będę w stanie stwierdzić, że jest na tej planecie coś/ktoś, co/kogo znam i czego/kogo jestem pewna.

Wszyscy się pozmieniali. Mój pies nie jest już tą samą Siapą, co kiedyś. Ludzie ze szkoły poumierali. Boję się, że nie dogadam się z nimi za tydzień. Nie widziałam ich całe wieki. Najbliższe mi osoby są bardzo daleko. Brakuje mi R. Jej nieobecność sprawiła, że jej także nie rozpoznaję. Mama wygląda jak ta sama mama, ale nie wiem kim się stała. Szukam kontaktu z M., bo ona od zawsze była zagadką. Może chociaż ona się nie zmieniła… Przytłacza mnie świadomość, że czasem nie rozpoznaję też A.

Są na tym świecie tylko dwaj mężczyźni, których, mam wrażenie, mój poszarpany mózg rozpoznaje. Wiem już nawet dlaczego. Obaj są maksymalnie podobni do mnie.

Rozumiem się z T. bez słów. Czasem wystarczy jedno hasło, a już śmiejemy się do łez. Rozumie moje głupawki i idiotyczne zachowania. Zna mnie bardzo dobrze i ja jego też. Słucha moich rozpraw na temat ludzi mądrych i ich bólu egzystencjalnego. Czuję, że kiedy patrzę na niego, widzę cząstkę siebie. W końcu to on mnie urodził. Nie przeszkadza mi, że czasem się nie odzywa, że ma podły humor, bo wiem, że i tak mogę na niego liczyć. Jestem świadoma, że to boli, kiedy opisuję relację z T., ale to dlatego, iż cieszy mnie jej niezmienność. Mimo wszystko, jestem zaskoczona kiedy wychodzi sam na spacer.

W te wakacje dostałam ogromny skarb i to taki przez duże S. Był przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia. To z nim rozbijałam się po Krakowie tramwajami. To z nim próbowałam pierwszy raz różnych rodzajów alkoholu. To z nim śmiałam się jak kretyn i łaziłam po stołach. To jego ramię podtrzymywało mnie, kiedy narzekałam po pijaku. To on wie, kiedy zaraz się rozpłaczę. To on wie, kiedy przestać się ze mnie śmiać. Zna wszystkie granice, bo wcześniej udało mu się je przekroczyć. W te wakacje dostał paszport pełnoprawnego przyjaciula, bo mnie nie opuścił. Czasem mam wrażenie, że jest jak czekolada, czyli nie zadaje pytań, on po prostu rozumie. Myślę, że to właśnie pozwala zaklasyfikować go do tej nielicznej grupy ludzi, których rozpoznaję. S. należy do tego świata.

Pozostali są dziwni i nieprzewidywalni. Patrzysz na nich, ale wiesz, że nikt ci nie pomoże. Kiedy pozwalasz nieść się fali dobrej zabawy, doceniasz ich. Oni też potrzebują się śmiać i balować. Ale zmiana w ich oczach… Masz wrażenie, że nie istnieją i zaczynasz się bać, że to niebo co wisi nad tobą zaraz spadnie z całym ekwipunkiem gwiazd.

Możliwe, że to ja się zmieniłam. To jest wręcz pewne.

Możliwe, że oni nie rozpoznają mnie tak samo jak ja ich. To wręcz pewne.

Możliwe, że boję się ludzi, bo się zmieniłam. To wręcz pewne.

Możliwe, że oszalałam. To wręcz pewne, bo czuję się jak zasrany schizofrenik.

Możliwe, że kiedyś umrę. To pewne.

Słowa nie bawią się dzisiaj w rymowanki. Nie układają się w moich dłoniach delikatnie. Są ciężkie jak kamienie i jestem pewna, że przygniotą dzisiaj nie jedną osobę. Ale te słowa tak głośno krzyczą, że chcę, żeby zostały uwolnione, nawet jeśli ma się to stać tu i teraz w tej blogosferze.

W te wakacje otrzymałam jeszcze jeden prezent.

Diagnozę.

Wspaniała, jak na ponad 6 lat męki.

Czułam, że odnalazłam dom. Ludzi, którzy mają to samo. To było piękne uczucie przeczytać o swoim życiu na kartach wikipedii.

W prezencie dostałam potwora. Darmowy. Jestem niskim procentem populacji, któremu się to zdarzyło.

Wybraniec… Brzmi ciekawie.

W prezencie dostałam potwora. Nigdy nie odejdzie.

„Naucz się z tym żyć” – piszą na forach. To właśnie próbuję robić od ostatnich kilku lat.

W prezencie dostałam potwora. Który ma nazwę. To najlepsze co mi się przydarzyło, bo dużo łatwiej walczyć z czymś co możesz zawołać po imieniu.

Mój potwór ma nazwę. A kiedy już ją odnalazłam, zupełnie przez przypadek, czułam, że to mi pomoże. Teraz mogę przywołać swojego potwora za każdym razem, kiedy daje o sobie znać. Pomyślałam, że skoro wiem, skąd wzięły się wszystkie moje lęki, fobie i fizyczne objawy, tego, że zwariowałam, to MUSI BYĆ LEPIEJ. Rzeczywiście, kiedy poczytałam, co ludzie teraz przechodzą, mogę śmiało stwierdzić, że mam to za sobą.

Chciałabym żyć dalej bez lęku. Bez paniki. Bez zamykania oczu i ukrywania twarzy w dłoniach. Bez patrzenia pod nogi i rejestrowania części ciała. Bez szukania elementów stałych. Bez drapania się do blizn. Bez chęci ucieczki.

Mój ukochany potwór wydawał się już być na uwięzi, żebym mogła powiedzieć, że przez 6 lat darmowych praktyk udało mi się go oswoić. Ale on zrobił super trik i zamiast atakować moje ciało, które doskonale zna już powidoki, śnieg optyczny, zmiany perspektywy i zamianę świata w planszę dla miniaturowych ludzików, postanowił pokazać mi, że mój umysł jest niczym. I udało mu się. Od kilku tygodni mam dziką ochotę rzucić się pod pociąg (szkoda, że nie jadą) tylko dlatego, że nie rozpoznaję ludzi. Patrzę do lustra i boję się, że tam nie będzie mnie. Patrzę na najbliższych i mój umysł przypomina mi sytuację sprzed 6 lat, kiedy widząc mamę w moim pokoju uświadomiłam sobie, że to obca osoba, która tak naprawdę nigdy mi nie pomoże. Dlatego to piszę. Bo wiem, że jestem skazana, żeby zostać z tym sama. Nikt mi nie pomoże. Ale zamiast odkrywać to po kawałku, ta informacja przygniotła mnie nagle, w tym momencie. Potwór, zwany depersonalizacją i derealizacją chce pozbawić mnie woli walki. I tak już dużo wytrzymałam.

Świadomość, że jesteś sam na świecie i nierozpoznawanie najbliższych zabijają mnie od środka.

W tej sytuacji, kiedy atakowany jest tylko mój umysł nikt nie może nawet domyślić się, że coś jest nie tak. Pomimo tego, że moje myśli krzyczą, to nikt ich nie słyszy, kiedy mnie przytula.

Chciałabym wyjść na zewnątrz i nie bać się, że niebo spadnie mi na głowę.

Jutro już tego nie przeczytam, bo same wspomnienia budzą we mnie trwogę.

Czuję, że A. by mnie zrozumiała. Ona też ma w głowie jakieś gówniane zaburzenia. „My, odmieńcy, musimy trzymać się razem” Tylko, że ona siedzi z H. i są już prawie małżeństwem.

Jest mi lepiej, kiedy pomyślę sobie, co jest już za mną. Nie. Nie było warto. Nie chciałam tego potwora. Teraz przynajmniej wiem, że jestem normalna, a to TYLKO zaburzenia psychopatologiczne. Jeśli mam wątpliwości wchodzę na fora internetowe, gdzie opisują moje ostatnie 6 lat strachu. Jacyś ludzie ekscytują się, że inni mają coś takiego w głowie. Jest fajnie, dopóki nie okazuje się, że to spotkało ciebie.

Przynajmniej nie czuję się już jak dziwak i wariatka. Strach, tak samo jak  niewiedza sprawiały, że momentami było bardzo ciężko. Dotarłam aż tutaj, żeby dowiedzieć się, że żaden z psychologów, ani nawet psychiatra mnie nie rozumieli. „Biedne, małe, strachliwe dziecko”.

Nic nie jest uporządkowane.

Wszystko wisi na włosku, bo zwaliło się na mnie dwa miesiące temu z niesamowitą siłą i nie zdążyłam przywyknąć do tego ciężaru.

Może kiedyś odciążę zmęczony umysł i odsunę zasłonę szarości sprzed oczu.

A na razie nie chcę tylko spanikować.

Brawo, nie ma to jak bać się paniki.

To dobry krok, żeby usiąść na ziemi, podkurczyć nogi, zamknąć oczy i zasłonić uszy.

„Nie dorwiesz mnie świecie za nic w świecie”!

W odpowiedzi słyszę doskonale znane pytanie. Głos niski i kpiąco spokojny pyta: „Ale jesteś pewna, że to istnieje”?

Kurtyna opada i nie podniesie się więcej.

Wystarczający wgląd do mojej głowy.

Mogłabym powiedzieć teraz, żebyście się nie przejmowali, bo tak naprawdę nic się nie dzieje.

Dwa dni temu, a może trochę więcej, byłam na poczcie. Czekałam na mamę, więc usiadłam za regałem i wzięłam do ręki książę „Bóg nigdy nie mruga”. Natrafiłam tam na mądrą sentencję, z której wynikało, że problem, który jest dla nas tragedią dzisiaj, za 5 lat nie będzie miał znaczenia. Nie warto więc się tym przejmować.

To nieprawda. Pięć lat temu też pewnie miałam załamanie. Też czułam się pobita i niezrozumiana.

Czasem wydaje mi się, że fizyczne cierpienie przyniosło by mi od ludzi więcej zrozumienia. Niestety, moje zaburzenia, jako pole walki, wybrały sobie moją głowę.

Kończę te wakacje prawie pokonana. Mimo tego, że mam przy sobie chłopaka, rodzinę, przyjaciula i znajomych. Ale nie mam siły na nic.

Zapadam się w świecie książki, bo nie chcę już myśleć o tym, jak bardzo nie rozpoznaję własnego.

I czekam.

Czekam, aż w końcu przestanę patrzeć na ludzi ze strachem, że zamienią się w potwory. Czekam, aż najbliżsi znowu wrócą na stare miejsca.

Może po tym dzisiejszym krzyku jutro nastanie cisza. W świecie na pewno. Nie wiem jak w mojej głowie, ale potrzebuję pewnego rodzaju oczyszczenia. A ta notka (kolejna z cyklu „pozwólcie mi sobie ponarzekać, bo móóój jest ten kawałek podłogi”) ma dla mnie wymiar katharsis.

Ale nie pytaj mnie, co u mnie.

I tak w świetle lamp powiem ci, że mam się świetnie.

Ostatnio kłamanie wychodzi mi doskonale.

Nie pytaj mnie, jak się czuję.

Bo uczucia to właśnie to, co najczęściej koloryzuję i ubarwiam. S. doskonale o tym wiedział od samego początku. A potem to przerosło nawet mnie.

Nie pytaj mnie, co się dzieje.

Bo i tak z uśmiechem na ustach odpowiem ci, że wszystko w porządku.

Zachowujmy się tak, jakby to się nigdy nie wydarzyło.

Siedem lat w niepamięć, dwa miesiące w nieistnienie, 1 728 słów do zapomnienia.

/Siwa

P.S. Ale spokojnie. Widzimy się we wrześniu.

3 Komentarze

  1. Zupełnie Cię rozumiem, też mam problem z mówieniem o tym co mi siedzi w głowie. Wolę wszystko co negatywne napisać. Tak jest łatwiej, bezpieczniej, anonimowo. Nikt Cię z tego nie rozlicza, nikt nie wypomina.
    Pozdrawiam cieplutko, 3maj się!

  2. Komentarz jest zbędny, naprawdę.
    Powiem tylko tyle, odezwij się, kiedy tylko będziesz miała ochotę, pamiętaj!
    Znam cię krótko, ale mam wrażenie, jakby to była wieczność. Cokolwiek siedzi w twojej głowie, przetrwasz to! I dużo cierpliwości życzę!
    3M SIĘ! ♥

Odpowiedz na „~LeseratteAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.