103. Pożądany cudzoziemiec, czyli o trudnych tematach

Jeśli daliście się zwieść pierwszemu wrażeniu, jakie wywarł na Was tytuł, to chcę zaznaczyć, że się mylicie. WPIS NIE JEST O UCHODŹCACH.

Krótka geneza tytułu: Wpis jest recenzją filmu „Syn Szawła”. Jego bohater nazywa się Szaweł (Saul) Auslander, co tłumaczy się jako pożądany (Saul) cudzoziemiec (Auslander). Jest to film, który przedstawia historię członka Sonderkommando w Auschwitz-Birkenau. Holocaust, to właśnie „trudny temat”.

Na „Syna Szawła” wybrałam się w piątek wraz z K., N. i jeszcze jednym superbohaterem. Osobiście podziwiam ich wytrzymałość i stalowe nerwy. Nie mieli oni zbytniej okazji do rozrywki na tym filmie i prelekcja również nie należała do najłatwiejszych. Ale dzielnie wytrzymali 3 godzinie w sali studyjnej mniejszej niż mój pokój. Na dodatek nawet nie kręcili nosami, że najmłodszy uczestnik dyskusji (wyłączając nas) miał blisko 45 lat. Wiem, że wyjścia do kina ze mną nie należą do najłatwiejszych…

Na szczęście dla mnie po filmie odbyła się krótka prelekcja. Dyskusja toczyła się nie tylko wokół akcji filmu. Pojawiały się też kontrowersyjne zdania (co mi się podobało), ale również argumenty, których autorów podejrzewam o lekką głupotę, tudzież ignorancję (a to już zupełnie mi się nie podobało). Ostatecznie, wiele rzeczy zostało wyjaśnionych, cała symbolika filmu nabrała klarowności i już nie czułam się taka zdezorientowana. Dlaczego to mówię? Bo chcę Wam wszystkim polecić chodzenie na filmy z prelekcjami, ponieważ po nich nie da się powiedzieć „ten film był głupi”.

Ale do rzeczy.
Szaweł jest węgierskim Żydem. Pracuje w Sonderkommando i wie, że za kilka miesięcy podzieli los swoich rodaków. Pewnego dnia Szaweł jest świadkiem niesamowitego wydarzenia, gdzie młody chłopiec przeżył zagazowanie. Doktor SS uśmierca go jednak na miejscu, a Żyd bierze chłopca za swojego syna. Od tej pory stara się godnie pochować ciało dziecka. Robi to wbrew obozowym zakazom i wszystkim zasadom logiki.

1

„Syn Szawła” nie jest filmem TYLKO o holocauście. To przede wszystkim film o obronie godności człowieka, zachowania człowieczeństwa w obozowych warunkach. To historia człowieka postawionego w sytuacji granicznej, który znajduje punkt zaczepienia, pozwalający mu przetrwać. Jest to również film o obronie wiary i tradycji żydowskich. To dzieło na długo pozostaje w pamięci. W trakcie projekcji człowiek czuje, że nie wypada mu wziąć łyka napoju, nie wypada się poprawić, nie wypada rozmawiać. Nawet po projekcji pozostaje pewnego rodzaju brak komfortu życia. Widząc te okrutne obozowe warunki, miałam wrażenie, że nie wypada mi jeść ani nawet myć się, kiedy dotarłam do domu. Żaden film o holocauście nie jest łatwy. Ale po tym na nowo zaczęłam doceniać wolność, jaką mam i dobrobyt, w którym przyszło mi żyć.

Na uwagę zasługuje sposób prowadzenia kamery (za to zresztą film zdobył Brązową Żabę). Praktycznie przez cały czas trwania akcji kamera stoi za plecami Szawła, pokazuje go z profilu lub wskazuje na niego. To Saul jest tu głównym bohaterem i pokazuje to zamazywanie drugiego planu. Warto również zauważyć, że twórcy filmu postawili na muzykę diegetyczną, co pozwala na doświadczenie jeszcze większych doznań estetycznych.

Najważniejsze jest jednak to, że reżyser nie stroni od ciężkich tematów i nie daje nam komfortu odizolowania się od problemu. Na pewno wielu widzów będzie zszokowanych ilością nagich ciał, które traktuje się jak przedmioty. Wlecze się je po ziemi, ustawia w wielkie kopce, pali w krematoriach… Mamy tutaj do czynienia z zupełnym brakiem szacunku dla godności ludzkiej. A Laszlo Nemes nie boi się mówić o tym wprost. Osobiście ogromne wrażenie wywarła na mnie jedna z początkowych scen, kiedy Saul wraz z reszta Sonderkommando przytrzymują drzwi od łaźni. Panicze krzyki i uderzenia w drzwi ludzi, którzy giną przez zagazowanie, do tej pory znajdują się gdzieś w kącie mojej głowy.

Słowem zakończenia – polecam ten film dla ludzi wrażliwych na ludzką krzywdę, ale odpornych na mocne obrazy. Wydaje mi się, ze potwierdzeniem genialności tego filmu jest Oscar, który epika filmowa zdobyła w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. Jeśli już oglądaliście ten film to podzielcie się swoimi wrażeniami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji to podsuńcie tytuł jakiegoś dzieła o podobnej tematyce, który również wywarł na Was ogromne wrażenie.

/Siwa

1.
http://www.filmweb.pl/film/Syn+Szaw%C5%82a-2015-725060

99. Co robiłam w ferie, i dlaczego oglądałam filmy?

W Małopolsce właśnie dzisiaj kończą się ferie.

W Małopolsce właśnie dzisiaj kończą się ferie.

W Małopolsce właśnie dzisiaj kończą się ferie.

Musiałam to powtórzyć 3 razy, żeby się oswoić z tą myślą.
I tak jestem super zadowolona, bo byłam w kilku fajnych miejscach i spotkałam się z super osobami. Cały czas przewijała się standardowa dwójka K. i N. Przynajmniej jedno z nich odwiedzało mnie codziennie, albo gdzieś widzieliśmy się przez przypadek. Tak mnie rozpuścili, że tęsknie za nimi już po jednym dniu.

Ale do rzeczy. Blogowi ludzie, poza jedną osobą, nie bardzo kojarzą ani tego, z kim się spotykałam, ani ich to za bardzo nie interesuje. A co wszystkich interesuje? FILMY! Tak, to jest lekarstwo na wszystko.

Lackofideas (Serialomaniaczka, dla niewtajemniczonych, której blog macie na pasku po prawej stronie) ogląda seriale, a ja za nią nadrabiam filmy. Dzisiaj więc specjalnie dla Was i dla Niej 10 filmów które widziałam we ferie. To niesamowite, że było ich akurat tyle. Ale nie martwcie się, bo nie będę się o nich rozpisywać.

Loft już od dawna był na mojej liście i obejrzałam go jako pierwszego sama. I bardzo dobrze, bo wciągnął mnie na maksa, a żeby zrozumieć musiałam się skupić. Krótko o fabule: Pięciu mężczyzn wynajmuje apartament do pieprzenie się na boku. Pewnego dnia znajdują tam martwą kobietę i muszą wykminić, który z nich to zrobił. Akcja toczy się w ciągu jednego dnia, a rozwiązanie jest najdalsze od waszych początkowych myśli. Zdecydowane POLECAM dla tego filmu.

Drogówka, czyli polski film z polskimi przekleństwami. Tylko tyle zapamiętałam. Uwierzcie mi na słowo, że nie połapałam się ani trochę o co tam chodziło. Myślę, że musiałabym to obejrzeć przynajmniej 4 razy. Bardzo trudny w odbiorze. Sceny czasami są obrzydliwe. Mam nadzieję, że są to przerysowane ujęcia polskiej policji, bo jeśli nie, to jest naprawdę źle. Tego filmu akurat NIE POLECAM, no chyba, że ktoś z czytających widział i zrozumiał…

Klub dla wybrańców obejrzałam tylko ze względu na Sama Claflina, więc jeśli Wy nie kochacie nikogo z obsady – nie oglądajcie. Fabułę musiałam K. tłumaczyć dwa razy. (Zapamiętać: nigdy nie oglądaj filmów z napisami z K.) Wyobraźcie sobie uniwersytet w Wielkiej Brytanii, w którym działa właśnie taki Riot Club i przyjmuje tam tylko arystokratyczną młodzież. To co robią jego członkowie może przyprawić niektórych o zawał serca. Zakończenie też niczego sobie. Gdyby nie było tam Claflina stwierdziłabym, że film jest słaby, a przynajmniej ma dziwną tematykę. WARTO więc oswoić się z nią, bo przeniknięcie do mentalności arystokratycznych dupków nie było łatwe.

Droga Krzyżowa to film z 2014 r. Kto z Was widział? Zgaduję, że mało. Większość z Was ma zapewne skojarzenia z Jezusem i chrześcijaństwem. No cóż, blisko, ale jednak daleko. Jest to historia młodej dziewczyny, która wraz z całą rodziną należy do formacji Św. Pawła (nie uznają oni reform „posoborowych”).Film odpowiada na pytania jak daleko wiara może ingerować w życie człowieka? Czy rodzice, a w tym konkretnym przypadku matka, ma prawo poświęcać życie własnego dziecka? Ogólnie bardzo mocny film. Dodatkowe plusy za dokładnie 14 fragmentów akcji, odpowiadających Drodze Krzyżowej Jezusa i za brak muzyki. POLECAM  zarówno wierzącym (mi okropnie przypadł do gustu, pomimo tego, że pokazuje szokującą stronę wiary) jak i ateistom, bo opowiada o głębokim problemie nastolatki.

Wyznania zakupoholiczki preferuję w wydaniu książkowym. Fabuła jest zdecydowanie okrojona, ale wciąż bardzo kolorowa. Jest to lekka komedia o kobiecie, która nie mogła przestać kupować. Film do rozładowania napięcia, pośmiania się i obejrzenia tylko raz. Nie najgorszy, aczkolwiek doceniam go tylko dlatego, że oglądałam go z nowo poznaną J.

Więzień labiryntu, czyli prawdziwa petarda wśród filmów ostatnich czasów. Zaskoczył mnie tym, jak dobry jest. Patrząc na to, że „Igrzyska śmierci”, „Dawca pamięci” i „Więzień labiryntu: wydają się być okrutnie podobne, jestem w ciężkim szoku. Okazało się, że zamknięcie kilkunastu nastolatków w ogromnym labiryncie nie do przejścia ma jednak jakiś sens. Końcówka sprawia, że ma się ochotę obejrzeć drugą część już i zaraz! Jestem już umówiona z M. na „Więzień labiryntu: Próby ognia”. Taki mały spojlerek dla zachęconych owym filmem – Spokojnie, uda im się wyjść z labiryntu.

Ugotowany z kolei zaskoczył mnie barkiem zaskoczenia. No bo co my tu mamy: Bradley Cooper, jakaś „blądi”, czyli wątek miłosny jest. Kuchnia, jedzonko, mistrzowie, krzyki, czyli prawie jak u Amaro. Problemy z narkotykami są, picie jest, wrogowie są, zemsta w amerykańskim stylu jest. Czyli opowieść o życiu kucharza od kuchni. Typowy amerykański film, z typowym happyendem. Cieszę się, że nie straciłam kasy na bilety i obejrzałam go na internecie. Zabawił mnie przez ponad półtorej godziny i wywołał u mnie i u N. ogromny głód. NIE POLECAM więc oglądać go bez przygotowanego zapasu jedzenia.

Pokój czeka jeszcze w Polsce na premierę, ale powiem Wam, że musicie na to iść. Jest to doskonały dramat, którego głównym problemem są porwania. Jednak początek filmu wcale na to nie wskazuje. Wydaje mi się, że tutaj muszę przedstawić Wam fabułę. Poznajecie 5-letniego Jacka i jego mamę, którzy żyją w małym pokoju w jednym oknem dachowym. Ma (mama) wmawia chłopakowi, że pokój jest całym światem. Rządzą w nim określone prawa i zasady. Pewnego dnia Ma mówi jednak Jackowi prawdę i tylko on jest w stanie wyrwać ich z tego małego świata. Jesteśmy świadkami tego, jak Jack klimatyzuje się w prawdziwym świecie pełnym ludzi i już nie takim przytulnym. Ze spokojem sumienia mogę go nazwać dramatem doskonałym. Zdecydowanie POLECAM obejrzeć go jeszcze zanim będzie w kinach, chociażby ze względu na genialną grę aktorską Tremblay’a

American Beauty, czy jak określiła to A. „American Ugliness”. Film ten opowiada o skomplikowanej patologii normalnych ludzi, żyjących blisko siebie. Główny wątek krąży wokół Lestera, przechodzącego kryzys wieku średniego, który zaczyna interesować się koleżanką jego córki. Stary film z 1999r, który można zaliczyć do klasyki kina. I powiem Wam, że zasługuje na taki tytuł. Chociaż do końca filmu czekałam, aż Lester przeleci tą blondynę i tak było fajnie. W czasie filmu poznajemy trudne relacje międzyludzkie i nie do końca zdrową psychikę zwykłych ludzi. Zarówno ja, jak i Filmweb POLECA.

Niania to komedia fantasy dla dzieci, którą miałam okazję obejrzeć Młodą. Ona patrzyła na ten film przez pryzmat magicznych zdolności niani McPhee, a ja szukałam w rozumach małych dzieci uszkodzeń spowodowanych śmiercią matki i teraźniejszym stanem rzeczy. W połowie filmu zaczęłam się jednak nudzić, bo happyend nie ominął również tej produkcji, ale czego się dziwić. Przecież to bajka dla dzieci. POLECAM dla samej kreacji Emmy Thompson i dla roli Thomasa Brodie-Sangstera, który był tam jeszcze ładny i uroczy.

Zostawiam Was z tymi filmami, a w zamian możecie mi podrzucić kilka ciekawych tytułów, które poznaliście przez ferie. Sorry, zapomniałam, że nie wszyscy mieli ferie. Spróbuję dzisiaj zasnąć wcześniej, żeby w tym tygodniu być w miarę wyspana w szkole.

Pozdrawiam ostatniego dnia ferii.

/Siwa

97. Okiem krytyka, czyli „Szubienica”

„Szubienica” to horror lipca z zeszłego roku, który miałam nie przyjemność zobaczyć przedwczoraj. A skoro ostatnio na zajęcia dziennikarskie musiałam wykazać się zdolnością pisania recenzji krytycznych, stwierdziłam, że „Szubienica” nie może zostać pominięta.

Warto już na samym początku wspomnieć, że film to totalne dno, zmarnowana godzina i co tam jeszcze chcecie. Ale ogląda się i tak, po to, żeby sprawdzić czego się nie lubi… Jak każdy widz współczesnego kina mam już lekki przesyt współczesnymi horrorami. Uwierzcie, obejrzenie „Lśnienia” było dla mnie jak balsam dla duszy. Skąd taka opinia? Winowajcą jest znana wszystkim seria „Paranormal activity”, która ma już chyba 6 części. Możliwe, że obejrzałam 3, albo 4. Nie jestem pewna, bo każda jest zaskakująco podobna do poprzedniej. Kiedy przy pierwszej części się bałam, to przy kolejnej już lekko nudziłam.

Tak samo jest z „Szubienicą”. Nie wnosi ona nic nowego. Niczym też nie zachwyca. Współczesny widz na nowo został zbombardowany koncepcją found footage. Na początku to musiało być oryginalne, ale teraz dużo jest horrorów, które kurczowo trzymają się tego typu realizacji. Jedyną zaletą są sceny ubarwione filtrami, czyli ujęcia na korytarzach i w piwnicach. Efekt wywoływany przez nagrywanie kamerami bohaterów jest całkiem niezły.

Może co nieco o fabule? Uczniowie liceum mają zamiar wystawić sztukę pt. „Szubienica”. Dwadzieścia lat wcześniej w czasie tego samego przedstawienia zginął aktor o imieniu Charlie. Główny bohater nie chce dopuścić aby spektakl się odbył, więc w nocy wyrusza ze swoimi znajomymi zniszczyć dekoracje. Ta część filmu rozkręca się właściwie przez większość czasu. Tutaj nie byłam w stanie się skupić, bo ujęcia nie pokazywały nic konkretnego, a równie dobrze takie rozwinięcie fabuły można by zmieścić w 10 minutach. Nuda, nuda, nuda… Wtem na ekranie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Po obejrzeniu przynajmniej jednej części „Paranormal activity” wiemy już, że nie jest to nic szczególnego. Uczniowie zostają zamknięci w szkole, jeden z nich zostaje ranny. Pojawia się jakiś kat, którego postać wcale nie jest jakość szczególnie zamaskowana (co jeszcze bardziej psuje klimat) ani ponadwymiarowa. Widz zasłania oczy poduszką, a kiedy ponownie spogląda na ekran okazuje się, że trzech z czterech bohaterów zginęło.

Ciężko mi to w jakikolwiek sposób skomentować. Może podzielę całość na plusy i minusy.

Zalety :

  • W momencie rozkręcenia się fabuły widz nie jest w stanie oderwać oczu od ekranu,
  • Sam motyw pojawienia się kata również jest ciekawy i ma przynajmniej jakiś sens,
  • Scena prawie finałowa jest zdecydowanie najlepsza: Na scenie jest dwójka żywych osób, ale co jakiś czas w kamerze pojawia się również inna postać.

Wady:

  • Tragicznie słaba gra aktorów,
  • Bardzo długo rozkręcająca się akcja, więc zanim dojdzie do sceny przełomu widz może zasnąć,
  • Przeniesienie postaci Charliego do świata ludzi (pod koniec przypominało to już bardziej „Piłę” niż horror z mocami paranormalnymi)
  • Przereklamowany już found footage,
  • W trailerze pojawiły się sceny finałowe, co wskazuje na beznadziejność tego filmu,
  • Wszyscy zginęli – jakże oryginalne rozwiązanie,

Teraz to wygląda jeszcze gorzej niż pięć minut po obejrzeniu tego horroru. Myślę, że gdybym zobaczyła go drugi raz to umarłabym ze śmiechu albo z nudy. Jedyne co ratuje ten film przed plakietką „totalna porażka” to reżyserzy amatorzy. Mając świadomość tego, że „Szubienicę” kręciło dwóch fanów gatunku z ograniczonym budżetem i kadrą aktorską jesteśmy w stanie zapomnieć im chociaż połowę błędów. Nie oznacza to wcale, że film jest geniuszem młodych twórców. Nie jest ani trochę oryginalny i nie nadaje się do polecenia.

szubienica

Dobrze, że „Szubienica” trwa tylko godzinę i 20 minut (ostatnie 20 minut trwa dobra akcja…), bo inaczej byłoby jeszcze gorzej niż jest. A i tak dobrze nie jest.

Czego uczy „Szubienica”? Żeby nie chodzić w nocy do szkoły? Raczej nie…
Już wiem! Żeby przenigdy więcej nie oglądać już współczesnych horrorów na miarę „Paranormal activity”…

Ciekawostka nic nie wnosząca do mojej recenzji: Imię każdej postaci jest równocześnie imieniem aktora, który tę rolę odtwarza.

Słowo zakończenia: nie oglądajcie „Szubienicy”, bo szkoda waszego cennego życia. A za tą godzinę można przeczytać wszystkie notatki z francuskiego, napisać notkę na bloga, zagrać z rodziną w grę planszową, pójść na łyżwy, porobić sobie 58 dziwnych zdjęć na Snapchacie i wiele, wiele innych.

Pozdrawiam

/Siwa

 

91. „Rozumieny się bez słów” i słowa ode mnie dla małpy.

Na początku chciałabym Wam polecić ciekawy film – jeden z nowszych. Przepraszam, za tak niewiarygodnie inną formę opisywania na moim blogu, ale tak mnie naszło na uporządkowanie.

91 - 1

Tytuł: „Rozumiemy się bez słów”

Gatunek, produkcja: Francuska komedia z 2014 r. (świat) – To dość istotne, bo nie wszystkie francuskie komedie są śmieszne.

Opis fabuły: Jest to historia rodziny Belier, żyjącej sobie spokojnie na wsi i prowadzącej własne gospodarstwo. Matka, ojciec i ich syn są osobami głucho-niemymi. Jedyną w pełni sprawną osobą jest tam córka, Paula. Poznajemy właściwie całkiem dobrze prosperującą rodzinę. Niepełnosprawne osoby nie ograniczają się tam w niczym, wiodą spokojne życie. Oczywiście w kontaktach z zewnętrznym światem pomaga im odpowiedzialna Paula. Dziewczyna, jak to nastolatka, znajduje jednak własną drogę życia. Przez chłopaka, który jej się podoba zapisuje się do chóru szkolnego i odkrywa, że ma świetny głos. Żaden z członków rodziny nie mógł jej tego nigdy powiedzieć. Paula staje więc przed trudnymi wyborami – czy wyjechać do Paryża, do wymarzonej szkoły śpiewu, czy zostać w domu i pomagać rodzicom, zwłaszcza kiedy jej ojciec rozkręca swoją kampanię wyborczą.

Moje odczucia: Muszę przyznać, że cały wątek miłosny jest bardzo płytki i przewidywalny. No, ale coś musi przecież być nie tak, a czyż nie każda nastolatka ma chłopaka, który jej się podoba? (Odpowiadając na to retoryczne pytanie (brawa za łamanie zasad): Nie, nie każda nastolatka musi być zakochana.) Muszę przyznać, że pomimo tego wzruszyłam się kilka razy. Myślę, że główną rolę odegrała tutaj muzyka i bardzo dobre wykonanie piosenek. Na uznanie zasługuje scena śpiewu dla ojca, a później, w trakcie przesłuchania, śpiew dla rodziców. Także scena pokazana z perspektywy rodziców wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Cóż, ogólnie rzec biorąc: fabuła oklepana i totalnie przewidywalna, portret nastolatki mało oryginalny (pomijam doskonałe opanowanie języka migowego). Mimo tego, ten film sprawił, że na jednej scenie łzy płynęły jak rzeka, a w kolejnej śmiałam się jak opętana. Bardzo przystępny humor, ciekawe żarty dotyczące samej niepełnosprawności Belierów. Na pochwałę zasługuje także sam temat filmu, bardzo rzadko poruszany. Pokazał on tak naprawdę, że ludzie głucho-niemi też mogą normalnie żyć i to my jesteśmy nienormalni, że boimy się z nimi zadawać.

Ocena (w skali 1-10): 8 – zdecydowanie polecam, każdemu i tym, którzy chcą się pośmiać i tym, którzy chcą popłakać, szukającym czegoś lekkiego, ale i poruszającego ważnego tematu.

To by było tyle odnośnie notki. Teraz przejdziemy do drugiej części.

Otóż Zielona Małpa nominowała mnie do Liebster Blog Award. Wyraziłam chęć wzięcia udziału w tej akcji, podaję więc odpowiedzi na pytania:

1. Jakie miasto jest twoim zdaniem najpiękniejsze?

Tą konkurencję zdecydowanie wygrywa włoskie Urbino, ze względu na klimat tych ciasnych uliczek i malutkich domków, przyciśniętych do siebie. To jedyne miasto, w którym lubię się gubić, jest jak jeden wielki labirynt.

2. Co zazwyczaj robisz w deszczowe dni?

Hmm.. o 6:30 wychodzę z psem na spacer, bla bla bla… Właściwie robię wszystko to, co zawsze. Omijam tylko aktywności związane z dobrą pogodą. Sprzątam tyle samo, uczę się tyle samo. Chciałabym, żeby deszczowe weekendy wyglądały jak te z obrazka – herbatka, kocyk i książka (w zastępstwie blog lub film), ale niestety rzeczywistość jest największym mordercą marzeń.

3. Dlaczego lubisz blogowanie?

Bo mogę tu wyrazić siebie i mogę poznać wielu różnych ludzi. To chyba najkrótsza odpowiedź na to pytanie.

4. Kawa z mlekiem czy bez? Z cukrem czy bez?

Jeśli już kawa to koniecznie rozpuszczalna z mlekiem i duużo cukru. Tylko taką uznaję, no chyba, że jest trzecia w nocy, oglądam z K. i N. film, a w półce tylko parzona…

5. Bez czego nie ruszasz się z domu?

Bez telefonu. Tak. To przykre.

6. Gdzie chcesz być za 10 lat?

Chcę siedzieć w swoim przytulnie urządzonym mieszkanku i opracowywać wywiad, który robiłam w południe. (Za 10 lat od teraz jest godz. 19:58.) Właśnie tam chciałabym być.

7. Jaka jest twoja absolutnie ulubiona potrawa?

Spaghetti. Robione przez moją siostrę, albo takie typowo włoskie.

8. Gdybyś mogła stać się mistrzem w jednej dziedzinie, to jaką dziedzinę byś wybrała?

Zdecydowanie pisanie – notek, artykułów, opowiadań, wywiadów, powieści, prozy i innych. Wydaje mi się, że mam już zadatki…

9. Jesteś introwertkiem czy ekstrawertkiem?

Chyba ekstrawertykiem. Nie mogłabym żyć bez ludzi, chociaż czasem działają mi na nerwy.

10. Jakiej muzyki lubisz słuchać, gdy jest ci smutno?

Nie jest to jakiś specyficzny gatunek np. muzyka klasyczna. Piosenka (nie ważna czy to pop, ballada rockowa, klasyka czy electro) musi mieć w sobie małą dozę smutku i być spokojna.

11. Jakich rzeczy nie jadasz?

Od ponad roku nie jem stałych pozycji: fast-foodów (typu żarcie z Mc’D, KFC itd.), chipsów, pomidorów (ale tego nigdy nie lubiłam), pierogów ruskich, barszczu, żelków kwaśnych i w gruncie rzeczy wieeelu wieeelu innych. Nie mogę się tylko przemóc i zrezygnować z czekolady.

To by było na tyle. Niestety nie nominuję nikogo, bo razem z Zieloną Małpą czytamy prawie te same blogi, więc większość była już nominowana, ale dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tej zabawie.

Ale się rozpisałam…

Gdybyście mieli jakieś fajne pytanie dla mnie to z chęcią odpowiem Wam w komentarzach.

To na razie. :)

91-2

Pozdrowienia specjalne dla Zielonej Małpy Naczelnej oraz wszystkich czytelników (pomijam tutaj Arletę, bo byli byście zazdrośni, że dwa razy pod rząd ją pozdrawiam). :D

/Siwa

1. http://cotucotam.pl/kalisz/film/rozumiemy-sie-bez-slow

84. Odliczamy do 10 komedii!

Zaczęły się wakacje. A jak wiemy, wakacje to czas radości, śmiechu, zabawy. Dzisiaj więc tematycznie zaproponuję Wam kilka komedii, które są na tyle ciekawe, że można je wyróżnić. Wiem, że nie wszystkie przypadną Wam do gustu. Zachęcam więc do poszerzania naszej listy. 8-)

  1. Millerowie
    Ta komedia została już opisana na moim blogu, jednak zdecydowanie uważam ją za najlepszą. Ciekawe teksty, ciągła akcja – to nigdy się nie znudzi. No chyba, że komuś nie przypada do gustu połączenie dilera, bezdomnej, striptizerki i dziwaka-prawiczka, którzy, udając rodzinę, próbują przemycić ogromne ilości narkotyków w camperze. Zdecydowanie polecam! (I dziękuję Lackofideas za polecenie.)
    43-2
  2. Zaplątani
    Bajka produkcji Disney’a. Historia Roszpunki, zamkniętej w wieży, którą odnajduje „książę”. Okazuje się, że nie do końca wszystko układa się tak jak w bajce, bo mężczyzna wcale nie miał ochoty jej uwolnić. Film wygrywa przez swoje teksty, które wciąż mnie śmieszą. Im starsza jestem tym lepiej je rozumiem, także polecam nawet dorosłym ;-) 84-2
  3. Duże dzieci
    Udana komedia z udziałem Adama Sandlera. Oglądałam ją kiedyś fragmentami, stąd też jej niepewne miejsce 3. Paczka przyjaciół razem z rodzinami spotyka się po latach na wakacjach. Film zaskoczył mnie… w sumie nie wiem czym. Może bezpośredniością. Oczywiście na końcu pojawia się wspaniały happyend, akcja całkiem przewidywalna, ale można się pośmiać. Muszę ją obejrzeć jeszcze raz dokładnie.
    84-3
  4. Za jakie grzechy, dobry Boże?
    Dobra komedia francuska. Akcja toczy się wokół rodziny, której 3 córki wydały się za imigrantów – Chińczyka, Żyda i Araba. Rodzice są już prawie na wyczerpaniu nerwowym, ponieważ nie pałają do mężów córek zbytnią sympatię. Pokładają więc 84-4nadzieje w ostatniej córce, która niestety zakochała się w czarnoskórym Afrykańczyku… Z tego musiała wyjść dobra komedia. Oglądałam ją już dwa razy i wciąż wywoływała uśmiech na mojej twarzy.
  5. Madagaskar
    Kolejna bajka znalazła się tutaj nie bez powodu. Kiedy byłam dzieckiem wcale mnie nie zszokowała, ani nie śmieszyła. Niedawno Młoda oglądała ją na jakimś kanale, a je pisałam wtedy notkę (widzicie jak ciężko pracuję). Przysłuchiwałam się, ale nie wdrażałam jakoś bardzo w tą bajkę. Muszę przyznać, że teksty, wypowiadane przez te zwierzaki wraz z wiekiem robią na mnie coraz większe wrażenie. Jedno, aż tak mnie zachwyciło, że oplułam monitor sokiem… Myślę, że taki komentarz i rekomendacje wystarczą abyście chcieli odświeżyć sobie ten film. :mrgreen:
    84-5
  6. Bruce Wszechmogący
    Ta komedia dostaje aż trzy plusy za świetnych aktorów: Jima Carrey’a, Morgana Freemana i Jennifer Aniston. Kolejny to dość ciekawy pomysł na film. Jest to historia reportera, który przez to, iż zbyt często narzekał na Boga, otrzymuje jego moce. Na końcu oczywiście happyend i fantastyczna przemiana bohatera. Zdecydowanie polecam, chociaż liczę, że większość z Was już oglądała.
    84-6
  7. Mów mi Vincent
    Ogólnie rzecz biorąc to ten film jest genialny, ale … nie jako komedia. Nie tylko ja zauważyłam, że jest to bardziej dramat. Myślę, że warto się z nim jednak zapoznać. Film opowiada o zrzędliwym staruszku alkoholiku i hazardziście, w którego rolę wcielił się Bill Murray. Nie lubi on ludzi, właściwie nie ma serca. Pewnego dnia do domu obok wprowadza się zapracowana kobieta i jej chudy syn. Główny bohater, Vincent decyduje się pomóc sąsiadce w opiece nad synem w zamian za uczciwy zarobek. Tak rozwija się więź między młodym chłopem, a staruszkiem.
    84-7
  8. Super zioło
    Losy dwóch kolegów, których głównym zainteresowaniem jest jaranie. Dostają się oni do college’u i dzięki specjalnej substancji osiągają niebywałe wyniki w nauce. Osobiście twierdzę, że ta komedia nie śmieszy tylko nałogowych palaczy i pijanych ludzi, co wynika z komentarzy na filmwebie. Komedia nie jest na bardzo wysokim poziomie, ale jest całkiem zabawna i najważniejsze – można ją oglądać po kilka razy.
  9. Kac Vegas w Bangkoku
    A tą komedię znają chyba wszyscy. Role obsadzone przez Bradley’a Coopera, Eda 84-8Helmsa, Zacha Galifianakisa (którego rola jest bezbłędna) oraz Justina Bartha. Jest to druga część z trzech. Standardowo, przyjaciele, na wieczorze kawalerskim jednego z nich, upijają się do nieprzytomności. Następnego dnia budzą się w Bangkoku i nie pamiętają jak się tam znaleźli. Na dodatek gubią młodszego brata panny młodej. Dobry film, ale nie wybitny. Nie przypominam sobie też, żebym oglądała kiedyś wcześniejszą część. Pomijam fakt, że drugą za to oglądałam już 3 razy…
  10. O dwóch takich co poszło w miasto…
    czyli historia Harolda i Kumara. To kolejna komedia, która ma swoje kontynuacje. Nie wydaje mi się jednak, żeby kolejne były w stanie pobić pierwszą część. Tutaj pojawia się podobny motyw jak w „Super zioło” – środki odurzające. Dwójka przyjaciół ma tzw. gastro i potrzebują zjeść coś dobrego. Decydują się jechać do „White Castle” na specjalnego hamburgera. Zastanawiam się jak dobry musiał on być, bo wszystkie trudności, które spotykają po drodze nie są w stanie ich powstrzymać. No cóż, ten film polecany jest tylko fanom gatunku.

 

Kolejne miejsca zostawiam dla Was. :lol:

Pozdrawiam i życzę wesołych wakacji.

/Siwa

P.S. Już w poniedziałek wybieram się na Dębowiec, więc mnie trochę nie będzie, ale później wszystko Wam opowiem! ;)

Zdjęcia z
http://www.filmweb.pl/
oraz
http://joemonster.org/art/28755

82. Pułapka na Stuhry, antypolski chłam czyli „Pokłosie”.

Znowu mam fazę na pisanie notek o filmach. Miałam się Wam dzisiaj czymś pochwalić, ale w końcu stwierdziłam, że zrobię to za kilka miesięcy… :D

Dzisiaj, tak samo jak ostatnim razem, postaram się nakreślić Wam fabułę filmu i moją opinię. W tym wypadku będzie to jednak polskie kino – „Pokłosie” w reżyserii Władysława Pasikowskiego.

„Pokłosie” opowiada o losach dwóch braci – Józefa i Franciszka Kaliny. Narażają się oni mieszkańcom wsi przez swoje zbytnie zainteresowanie historią oraz przez nagrobki żydowskie, które Franciszek postanowił uratować przed zatraceniem. Wgłębiając się w tajemnice spokojnej wsi odkrywają szokujące fakty w przeszłości. Mieszkańcy wioski nie cofają się jednak przed użyciem siły do zniechęcenia braci. To by było tak moimi słowami. ^^

Nie każdemu podoba się ten film. Dlaczego?

Podobno propaguje antypolskość i antysemityzm oraz stawia Polaków w złym świetle, jako okrutnych oprawców i wrogów Żydów. Pokazuje Polskę jako zły kraj, zacofany i pełen układów.

Z kolei ja zauważyłam kilka zalet tego filmu:

  • Przede wszystkim rola Macieja Stuhra, którego bardzo lubię i Ireneusza Czopa, którego lubię mniej… Obydwoje pozytywnie mnie zaskoczyli.
  • Ciekawy temat, całkiem nieoryginalny. Może i „antypolski” ale przedstawiający inną wersję historii. Wystarczy nie przyjmować wszystkiego zbyt dosłownie i nie unosić się od razu honorem.
  • Stopniowo rozwijający się wątek, który pozwala widzowi zagłębiać się w fabułę już od samego początku. Nie można się nudzić, bo co rusz pojawia się jakaś scena wnosząca coś nowego, jakąś nutkę tajemnicy.
  • Nieoczekiwane zakończenie. Zdecydowanie to przesądziło o mojej opinii na temat tego filmu. Mówię tu nie tylko o odkryciu tajemnicy skrywanej przez mieszkańców, ale i dalszych losach bohaterów.

Z takich oto powodów oceniam ten film w pozytywnym świetle. Wierzę, że są jeszcze osoby, które słysząc ten film nie prychają pogardliwie pod nosem, i którym spodobało się to dzieło. Dlaczego wybrałam akurat ten film? Bo jest troszkę kontrowersyjny i liczę, że każdy z Was będzie mógł powiedzieć swoje zdanie o nim. Więc teraz Wasza kolej – co o nim sądzicie i czy już oglądaliście?

82-1

I na wesoło:

82-2 82-3 82-4

Pozdrawiam Was serdecznie, kończąc arcykrótką notkę. Przepraszam taką miałam wenę, musiałam napisać o tym akurat filmie… :P

/Siwa

P.S. Chciałam obejrzeć także film „Dom zły”, ale cała moja rodzina mi odradza. Co Wy o tym sądzicie? Jest warty zobaczenia?

1.  
http://slo7.waw.pl/2013/02/poklosie/

2.
http://witamy-w-polsce.pl/3589/Pok%C5%82osie

3.
http://remekdabrowski.blox.pl/2012/11/Poklosie-poklosia.html

4.
http://www.andrzejrysuje.pl/2012/11/

81. Klasyka kina, arcydzieło Blocha – groza i napięcie w pełnej okazałości.

Dzisiaj, pierwszy raz od dłuższego czasu (od 3 notek, dokładnie rzecz biorąc) zajmę się filmem i pokrótce książką. Postaram się to zrobić jak najlepiej, ale i najkrócej. Mowa o największej klasyce kina, czyli „Psychozie”.

Prawdopodobnie jest to dość znany tytuł, lecz mało ludzi miało styczność z książką lub filmem. Ja zajęłam się obiema dziełami i nie potrafię wybrać, który jest lepszy. Ostatecznie chyba jednak stawiałabym na książkę.

Teraz może mały wstęp do fabuły: Młoda dziewczyna, Marion Crane, kradnie pieniądze z pracy, które miała dostarczyć do banku i ucieka z nimi do swojego partnera Sama. Zatrzymuje się na noc w opuszczonym (ze względów czysto ekonomicznych) motelu. Tam poznaje Normana Batesa, który prowadzi ten motel razem z despotyczną i lekko upośledzoną matką. Marion ginie jednak zadźgana nożem pod prysznicem (jedna z najsłynniejszych scen kina światowego). Na poszukiwanie wyrusza Sam, siostra Crane, Lila oraz wynajęty detektyw.

Cóż, ostatkami sił powstrzymuję się, aby nie dodać tu kilku pytań retorycznych, kilku dodatkowych zdań, które naprowadziły by Was bardziej na trop morderstwa Marion. Ale nie mogę Wam tego zrobić, ponieważ ja także czytałam tą książkę w pełnej nieświadomości i wywarła ona na mnie tak ogromne wrażenie, że zapragnęłam obejrzeć film.

Dlatego Wy też zapamiętajcie – najpierw książka, później film. Czemu? Ponieważ zakończenia książki w życiu nie będziecie się spodziewać, a film będziecie oglądać już ze spokojem. Będziecie mogli też częściowo wyłapywać ważniejsze fragmenty, tropy, oraz docenicie samą produkcję filmu. Na dodatek poznanie rozwiązania pozwoli Wam osiągnąć jasność sytuacji. Wiadomo, że podczas oglądanie łatwiej jest coś pominąć.

Z tego miejsca pragnę poprosić wszystkich Kinomaniaków i tych, którzy oglądali ten film (tudzież czytali książkę), aby nie zdradzali żadnych dalszych fragmentów fabuły. Nie mam tego w zwyczaju, ale będę blokować spojlery :D Pozwólcie, że niektórzy czytelnicy sami odkryją magię książki Roberta Blocha i filmu Alfreda Hitchcocka.

Co jeszcze mogę dodać? Mam nadzieję, że narobiłam Wam przysłowiowego „smaka” na tą historię i przed rozpoczęciem wakacji poznacie „Psychozę” w całej okazałości.

 81-1

 

P.S. Starałam się dodać nową stronę pt. „Docenione’. Ona istnieje, ale tylko kiedy ja na nią patrzę, bo jakoś na blogu mi się nie pojawiła. Mam nadzieję, że w niedługim czasie to ogarnę.

P.S.S. Notka pt. „Nigdy więcej nie będę jeździć na rowerze w czasie burzy” ukazała się na Onecie. To już czwarta wyróżniona notka mojego autorstwa. :D Stokroć dzięki, czytelnicy!

P.S.S.S. Ostatnia informacja… Żartowałam :P Już kończę.

/Siwa

Źródła zdjęcia i gifa – http://marcelinaczyta.blogspot.com/2014/06/majstersztyk-grozy-czyli-psychoza_6.html (ona też pisała notkę o tym filmie ^^)

78. Wyczekiwana recenzja „Snajpera” ;)

No i nadeszła pora na „Snajpera’, który niedawno miał swoją premierę i pewnie większość z Was go widziała, a jeśli nie, to koniecznie musicie to nadrobić… ( Zdradzę Wam sekret – Film ten możecie bez problemu znaleźć na cda.)

W tym miejscu następują ukłony dla reżysera Clinta Eastwooda, który stworzył świetne dzieło. „Snajper” opowiada o amerykańskim żołnierzu, chlubie wojska, którego nazywano Legendą. Miał to być film biograficzny, wojenny i dramat w jednym, ale z tym pierwszym bym się nie zgodziła. Znalazłam bowiem kilka niedociągnięć. Albo raczej to nie ja je znalazłam, tylko ktoś komu się chciało, a ja po prostu wyszukałam „10 kłamstw w filmie <Snajper>” KLIKNIJ TUTAJ JEŚLI CHCESZ ZOBACZYĆ CO SIĘ NIE ZGADZA.

Kolejna fala braw należy się odtwórcy głównej roli, Bradley’owi Cooperowi. Myślę, że bardzo dobrze wywiązał się ze swojego zadania. Jeśli już skupiłam się na suchych faktach to dodam jeszcze tylko, że „Snajper” dostał Oscara w kategorii Najlepszy montaż dźwięku, a nominowany był także do 5 innych kategorii.

78-1

Przechodzimy do sfery emocji i odczuć. Film bardzo mnie poruszył, pomijam, że ostatnie minuty to była męka, bo oglądałam go dość późno i prawie podtrzymywałam powieki zapałkami (pozdrawiam K., który siedział ze mną :D ). Zrobił na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza końcówka. Wszystko było w miarę klarowne. Nie zachwyciły mnie tylko niektóre sceny batalistyczne i inne, w których ciężko było zorientować się co się dzieje i jakie to będzie miało konsekwencje. Fantastyczne okazało się to, że podczas strzelanin nie katowano widza wyszukaną muzyką, budującą napięcie. Zostawiono te sceny „pustymi” i to sprawiło, że stały się bardziej realistyczne. Podobało mi się także ukazanie nie tylko pola walki, ale i strefy rodzinnej Chrisa (głównego bohatera).

78-2

Świetne były sceny, w których bohater zmagał się z samym sobą – „zabić czy nie zabijać”. W konsekwencji przemienił się w „bohatera”, z manią chronienia ojczyzny i innych ludzi. (Nie kpię tutaj z żołnierzy, ale jeśli obejrzeliście to wiecie o co chodzi.) Jak wspominałam już wcześniej, końcówka była idealna. Zszokowała mnie tak bardzo, że przez kilka minut nie mogłam dojść do siebie i odtwarzałam ten moment ponownie. Ogólnie film oceniłam na 8. Doskonały na nudny wieczór, zostaje w głowie. Nie bez powodu piszę o nim notkę.

Podsumowując: ten film pokazał, że bycie żołnierzem to nie tylko strzelanie i obrona kraju. Czasem zabijani są niewinni cywile, a każdy oddany strzał niesie ze sobą konsekwencje. Musimy być świadomi, że powrót takiego żołnierza nie wiąże się z odzyskaniem spokoju, a to, co zostawiają na polu walki ciągnie się za nimi cały czas. „Snajper” pokazał również prawdziwą miłość. Nie mówię tutaj o miłości Chrisa do żony, która także była obecna i podtrzymywała go przy życiu, ale o tej miłości patrioty do ojczyzny. Ile trzeba mieć w sobie odwagi, żeby rzucić wszystko i walczyć w „obronie” kraju? Najsmutniejsze jest to, że taki człowiek istniał naprawdę. Cywile wciąż są zabijani, wojny wciąż trwają, a żołnierze zdobywają kolejne rany psychiczne.

Keep calm and watch „Snajper” <3

P.S. Przepraszam za chaotyczność tej notki. Mam nadzieję, że zrozumieliście co chciałam Wam przekazać ;)

/Siwa


  1. http://redheads-thoughts.blogspot.com/2015/03/american-sniper-czyli-wyszo-jak-wyszo.html

77. Misz masz, robisz to masz.

Stwierdziłam, że daruję sobie tłumaczenia i przeprosiny za nieobecność oraz za to, że notka miała być wcześniej i miała być „marcowa”, a nie „kwietniowa”, za to, że jest pewnie dość słaba, bo mam mało weny, a jutro szkoła…

Z poleceniem Wam dobrego filmu miałam ogromny problem. Obejrzałam w tym czasie dwa, dość nowe filmy ( co do mnie nie podobne!). Jeden z nich to „Bóg nie umarł”, a drugi „Snajper”. Tematyką trochę odbiegają od siebie, ale oba są fantastyczne. Zdecydowałam, że w tej notce pokrótce opowiem Wam o „Bóg nie umarł”, a „Snajpera” zostawię sobie na inną, dłuższą notkę.
„Bóg nie umarł” to film o młodym człowieku, który musi obronić swojej wiary. Na studiach napotyka wykładowcę, który każe im napisać słynną myśl pewnego filozofa, czyli „Bóg umarł.”. Chłopak nie godzi się na to i próbuje udowodnić, że to nie jest prawdą. W tzw. międzyczasie poznajemy też innych ludzi, którzy mają zachwiania, kłopoty ze swoją wiarą i muszą dokonać wyboru, czy obronić swoich przekonań czy nie sprowadzać na siebie problemów. Na koniec filmu pojawia się intrygujący tekst z informacją, żeby wysłać do swoich znajomych wiadomość „Bóg nie umarł.”. Reakcje moich przyjaciół, którzy otrzymali tę wiadomość były dość .. ciekawe ;) Moim zdaniem film był wzruszający, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby wierzące. Ale powinny go też obejrzeć osoby innego wyznania lub niewierzące czy wątpiące, żeby mogli zobaczyć życie z perspektywy wierzących. Zdecydowanie polecam :D

 77-1

Książka nie będzie żadną nowością, bo jakoś nie mogłam znaleźć w „Empiku” takiej, która bardzo by mnie zaintrygowała. Zdecydowałam się więc na „Skórę” Adrienne Marii Vrettos z 2006 roku. To z kolei dość banalna książka o anoreksji. Banalna, bo opisana bardzo prosto, prawie nie było w niej mowy o tej chorobie. Takie efekt powstał poprzez uczynienie brata chorej narratorem. Wydarzenia z perspektywy młodego chłopaka, prawie dziecka, pokazują nam skomplikowany świat ludzkich relacji i uczuć. Wszystko to łączy się w fantastyczną całość! Bardzo spodobała mi się ta książka. Można powiedzieć, że czytanie jej jest jak płynięcie łódką. Najpierw jest spokojnie i nie zauważa się nawet, jak mijają kolejne kilometry (strony). Nagle, na samym końcu pojawia się wodospad i nie ma czasu na wycofanie się. Na końcu łódka roztrzaskuje się na samym dnie, co skutkuje pojawieniem się pojedynczej łzy. (Czy to ja na początku napisałam, że nie mam weny?!) W każdym bądź razie – bardzo polecam!

77-2

Z wybraniem świetnej piosenki także miałam problem. Wahałam się pomiędzy:

  •  Indilla „Tourner dans le vide”
  • Calvin Harris ft. Haim “Pray to God” (Jak bardzo tematycznie.)

A w końcu wybrałam Kodaline (zespół, który nie każdy zna) i „Honest” <3



 

No i koniec.

Koniec notki.

Koniec świąt.

Koniec odpoczywania.

Koniec lenistwa.

Koniec grania w „Państwa – miasta” z rodziną <3

Koniec jedzenia ile wlezie. (Taaaa, wiem, teraz czas „schuść”, jak to mówi moja Arleta, a tak serio, to wypadałoby ze sobą coś zrobić.)

A kiedy już myślę, że mam wolne, nagle w tygodniu okazuje się, że w weekend nie będę miała czasu nawet poczytać książkę. W tygodniu jestem tak zapracowana nad tym jak mieć dobre oceny, byle by się nie uczyć, że nie robię nic dla siebie. Jest mi też przykro, bo umawiam się już z ludźmi na terminy „za miesiąc”.

Ale może kiedyś :|

77-3

Pozdrawiam.

/Siwa


  1. http://www.filmweb.pl/film/B%C3%B3g+nie+umar%C5%82-2014-684049

  2. http://miastodzieci.pl/dla_rodzicow/92:/1273:8222skora8221-adrienne-maria-vrettos

  3. http://www.pinger.pl/szukaj/po_tagu/?t=Motywuj%C4%85ce%20cytaty

 

73. Był taki jeden chłopiec…

Wiecie już, że piszę o rzeczach „przeterminowanych”. Okazuje się też, że piszę o rzeczach oczywistych…

Ostatni tydzień poświęciłam na zaznajomieniem się z chłopcem, ale nie byle jakim chłopcem. Z „Chłopcem w pasiastej piżamie”. Mało osób wie, że jest także książka, a nie tylko film. Ja, jak zwykle, postanowiłam i przeczytać i obejrzeć, aby móc porównać. Jestem pod wrażeniem, zarówno książki jak i filmu.

Książkę (autor John Boyne) przeczytałam w kilka dni. Bardzo prosto napisana. Świat przedstawiony jest z perspektywy niemieckiego dziecka, więc czasem trzeba myśleć co on opisuje. Wzruszyła mnie prawie do łez. Na dodatek, czytając ją, zauważyłam, że sama się boję, a moje serce bije szybciej. Możecie sobie więc wyobrazić jak autor wyraźnie przedstawił świat Brunona.

Film (reżyseria Mark Herman) właściwie nie odbiega w niczym, jeśli chodzi o fabułę, od książki. Wiadomo, że film nie wyjaśni niektórych rzeczy, a zwłaszcza myśli ludzi. Na dodatek zmienione są dosłownie szczegóły np. to w jaki sposób Bruno przedostał się do obozu itp. Pozostawił dziwną pustkę, tak jakby coś było niedopowiedziane. Ja i K., z którym oglądałam film, stwierdziliśmy, że ojciec powinien jeszcze zobaczyć ciało syna – bolałoby bardziej.

Dlatego nalegam abyście nie tylko obejrzeli film, ale też przeczytali książkę. Można dowiedzieć się więcej. Ostatnio wydaje mi się, że książki to naprawdę świetne uzupełnienie filmu. Niestety działa to tylko przy dobrych produkcjach (np. „Igrzyska śmierci, które teraz czytam). Myślę, że „Chłopiec w pasiastej piżamie” jest wam dobrze znany. Kto jeszcze nie wie o kim mówię musi koniecznie to naprawić! Wydaje mi się, że chyba nie muszę wspominać o czym to jest…

„Ambicją Marka Hermana – reżysera ekranizacji – jest, by film znalazł się na liście obowiązkowych tytułów w ramach zajęć szkolnych i służył ku przestrodze pokoleniu, które już wkrótce opowieści o obozach zagłady może włożyć między krwawe anime.” – z okładki książki. Myślę, że nic więcej nie trzeba dodawać.

To by było tyle odnośnie „Chłopca…”. Ja zaczęłam już ferie i jak na razie są one beznadziejne. Jedynie co mi się udaje to… yy czytanie. Taaak! Czytanie „Igrzysk..” wychodzi mi doskonale. Poza tym to totalna klapa. Czuję, że zmarnuję ten czas i nawet nie zdążę odpocząć od szkoły. Z niecierpliwością czekam na koncert „Happysadu” i wyjazd do Jeleniej Góry w następnym tygodniu. Na koniec macie Zeusa i „Hipotermię”. Dawno nie słuchałam rapu…



„Nie mam pojęcia co się stało ze mną,
Coś zamieniło światło w ciemność…”

73-2

/Siwa