101. Za narodowy kotlet schabowy

Witam  Was serdecznie w marcu. Dzisiaj, coś nowego na moim blogu, ponieważ przedstawię Wam w skrócie recenzję programu rozrywkowego. Nie, to nie oznacza, że się staczam. Piszę, bo serce mi tak podpowiada…

Rzadko zdarza mi się oglądać telewizję, bo za każdym razem, kiedy szukam czegoś konkretnego trafiam na nowe reinterpretacje „Szkoły” tudzież „Szpitala”… No cóż, szkoda słów. Ale wczoraj nareszcie udało mi się obejrzeć coś ciekawego i na dodatek z całą rodziną.

Sobotni wieczór to czas powrotu na antenę po prawie 4-letniej przerwie programu „Kocham cię, Polsko!”. Pamiętam, jak dawno, dawno temu oglądałyśmy go z mamą. To było coś na kształt „1 z 10″ dla mnie i dla siostry, bo każda prawidłowa odpowiedź udzielona przez nas była ogromnym osiągnięciem.

A teraz? Wstyd się przyznać, ale emocje dalej takie same. Właściwie, kiedy tylko zobaczyłam, że tata ogląda „Kocham cię, Polsko!” nie mogłam tego tak zostawić. Rozsiadłam się wygodnie (mój ortopeda nie byłby dumny z mojej pokrzywionej pozycji) i stwierdziłam, że obejrzę chociaż fragment.

Z przykrością odnotowałam fakt, że Maćka Kurzajewskiego zastąpiła Barbara o tragicznym nazwisku, czyli Kurdej-Szatan. Tę uroczą blondynkę uwielbia połowa Polski. Ja należę do tej drugiej części… Wydawała mi się ona zbyt mało charyzmatyczna do prowadzenia tego programu. Przecież tu nie chodzi tylko o ładną buźkę! Zmiana nastąpiła również w kapitanach drużyn. Zniknęła Katarzyna Zielińska. Mama z kolei ucieszyła się, że nie musi oglądać twarzy Marzeny Rogalskiej. Nie powiem, też nie darzyłam jej zbytnią sympatią za zbyt cięty język. Joanna Koroniewska, która zastąpiła panią Rogalską w ostatnich latach emisji programu, także nie pojawiła się w nowej edycji. Ich miejsce zajął Tomasz Kamel i Maciej Musiał. Bilans Maćków się zgadza. A ja jestem obojętnie nastawiona do nowych kapitanów. Nie pałam do nich sympatią, ale nie przeszkadzają mi. Grunt, to że umieją zachować się jak my należy i sprawiają, że atmosfera w studiu jest pełna radości. Teraz już rozumiem, że każdemu trzeba dać szansę. Nawet pani Kurdej-Szatan.

A co do atmosfery, to wczorajszego wieczoru bawiliśmy się wyjątkowo wspaniale. Widok Musiała przy polskich siatkarzach był wręcz komiczny. Wyważony żart kapitanów, błyskotliwe uwagi uczestników sprawiły, że czułam się jakbym oglądała program o wielkiej rodzinie. W niektórych momentach śmialiśmy się w głos, w innych czułam jak stresuję się przed każdą szansą na zdobycie punktu bez względu na drużynę (no dobra, może przy polskich siatkarzach zaciskałam kciuki trochę mocniej, ale można powiedzieć, że imponował mi ich wzrost). Kiedy udało mi się odpowiednio oszacować liczbę, albo odpowiedzieć dobrze na któreś pytanie byłam bardzo szczęśliwa (straciłam trochę szacunek do Kayah, która musiała pytać o publiczność zarówno przy utworze Wisławy Szymborskiej, jak i słynnej piosence Marka Grechuty – po piosenkarce spodziewałam się czegoś lepszego).

W tym momencie odżyła moja sentymentalna część osobowości. Bardzo cieszę się, że program wrócił na antenę. Nie tylko przez kolejną możliwość zobaczenia zmagań polskich gwiazd, nie przez moje dobre wspomnienia, ale przede wszystkim przez wartości, jakie propaguje „Kocham cię, Polsko!”. Nareszcie jest to coś mądrego, dostarczanego w przyjemnej formie rozrywki. Wiele można się nauczyć, wiele dowiedzieć. Program ogląda się bez zmęczenia i wręcz nie ma ochoty się oderwać od ekranu. Możemy się pochwalić własną tradycją, kulturą, historią. Kilka innych krajów, w tym nawet nasi sąsiedzi, mają podobne programy, ale to nawet dobrze. Lepiej mieć „Kocham cię, Polsko!” i dowiedzieć się czegoś o swoim kraju, niż oglądać tysięczny odcinek kolejnego reality-show ściągniętego z amerykańskich stacji telewizyjnych.

all składPozdrawiam serdecznie.

/Siwa

Zdjęcie ze strony
http://plejada.pl/newsy/kocham-cie-polsko-2016-zobaczcie-zdjecia-z-1-odcinka/8ncb5q

100. Tysięcy momentów z życia.

T. dzwoni do mnie i pyta:
-Masz czas gadać? Co tam?
Zostawiam niedokończoną kolację i idę pogadać z nią przez 5 minut. Wracam po pół godzinie. Kolacja już dawno wystygła.Radość, dużo radości, że ją mam (T., nie kolację).

Promocja tomiku wierszy mojej znajomej. Przed budynkiem czeka na mnie E., która kolejny raz wygląda jak gwiazda. Mała sala, cała wykonana z drewnianych materiałów. E. gra tam na skrzypach dwa utwory. Jest miło. Lubię patrzeć jak gra i robi dziwne miny, jakby chciała ziewnąć, ale nie mogła.
Zachwycenie, dużo zachwycenia.

Treser podchodzi do mnie i siedzącego wciąż psa. Właśnie odprowadził czekoladowego labradora do właścicielki.
-Jeden komentarz. – odnosi się do próby grzeczności mojego psa. – Brawo!
Siapa jest szczęśliwa jak nigdy. I nie obchodzi ją już żaden labrador.
Duma, dużo dumy.

Tata prowadzi auto skupiając się na ulicy oświetlonej latarniami.
-Rozumiesz o co chodzi w tej piosence? – moje słowa brutalnie przedzierają się przez jego zasłony zamyślenia.
-Nie. – odpowiada krótko i zwięźle.
-Mhm.. – mruczę tylko.
Śmiech, dużo śmiechu. Śmieję się nawet w domu, kiedy ściągam buty.

Wchodzę do autobusu, a Mt. znowu stoi jako jedyny. Podchodzę do niego i bardzo mu współczuję, bo ja za pół kilometra będę miała miejsce, kiedy chłopak po lewej wysiądzie. Ale w końcu siadamy razem. Już któryś raz pod rząd. I rozmawiamy, albo nie. Najpierw to ja się śmiałam. Teraz również on się uśmiecha bardzo szeroko i czasem zaśmieje się bardzo szczerze.
Radosne poranki, dużo radosnych poranków.

N. kroi banany u nas w kuchni.
-Robimy sałatkę owocową z kiwi. Zrobić ci porcję bez? – pyta mnie.
-Nie, powybieram sobie.
P. patrzy zdumiona.
-Dlaczego miałaby nie jeść kiwi? – zwraca się do N.
N. patrzy na nią, trzymając nóż w ręce.
-Bo ona nie lubi kiwi. – odpowiada bez wahania.
Przyjaciele, dużo prawdziwych przyjaciół.

Festiwal Młodych Talentów. Razem z E. siedzimy na balkonie. Z góry doskonale widać scenę. Nad naszymi głowami znajduje się jedyne źródło światła, ogromny reflektor. Blask jego światła jest taki ciepły. Wszystko wokół czarne i ciche. Tylko scena i ludzie, którzy śpiewają i tańczą. Czasem bardzo delikatnie, czasem żywiołowo. A kiedy kończą, razem z E. drzemy się i głośno klaszczemy.
Talenty, dużo talentów.

Razem z T. stoimy w pięknym miejscu w mieście. Ta uliczka jest tak cudowna, że obie mamy ochotę przenieść się tu natychmiast. Tylko gromady gołębi wzbudzają podejrzenie T. Przyszłyśmy tu robić zrobić parę ujęć potrzebnych dla ludzi na wysokich stanowiskach. Wszystko, co ma wyjść pięknie okazuje się być paskudne. Jedyne dobre ujęcia to te, na których się wydurniam, śmieję, jestem sobą. Ale T. ma cierpliwość, chociaż rezygnuje z wizji dobrego, pożywnego obiadu. Później trzymam jej drożdżówkę z budyniem w dłoniach i podsuwam jej pod nos.
-Weź sobie gryza jak chcesz. – mówię z pełnymi ustami.
-Aleś ty szczodra. – odpowiada, próbując ugryźć własny obiad. Zdjęcia, dużo zdjęć.

Podziemia kina, gdzie kiedyś mieściła się restauracja. E., Ch. i ja idziemy na zaplecze przez drzwi bez klamek. Wchodzimy do pomieszczeń socjalnych, gdzie śmierdzi pająkami i środkami chemicznymi osiadłymi na wszędobylskich płytkach. E. wygląda jak anioł w swojej białej sukience do ziemi. Ale to ona pierwsza wchodzi do ciemnych pomieszczeń. Kiedy jeden magazyn przechodzi w drugi i nic już nie widać, włączam latarkę. E. znajduje ogromne rury oblepione folią aluminiową. To koniec labiryntu, dotarłyśmy do końca, ale wszystkie trzy mamy ochotę na jeszcze. Ch. przechodzi szybko obok mnie, co automatycznie sprawia, że mam ochotę krzyczeć i uciekać. Unikała tylko ściany, robiąc przeskok.
Zakamarki, dużo zakamarków.

M. robi dla mnie herbatę i opowiada o zbliżających się kartkówkach i sprawdzianach. W końcu siadamy na jej łóżku i śmiejemy się tak szczerze, że po chwili bolą mnie policzki od uśmiechania się. Super jest przychodzić do niej tylko na herbatę.
Wieczory, dużo zaparowanych wieczorów.

Podziemia kina. E. gra na skrzypach. Tylko dla mnie i dla K. Ta druga zahipnotyzowana jest palcami naszej koleżanki, które poruszają się tak szybko, jak maleńkie robaczki. A ja nie mogę oderwać wzroku od smyczka, który zdaje się głaskać struny.
Pasja, dużo prawdziwej pasji.

Ubrana w buty tak brudne, że nie widać już ich koloru, leginsy, na których widać odciśnięte paski błota i kurtkę, która tak bardzo śmierdzi psem, że z powodzeniem mogłaby go udawać, idę w las. Siapa ciągnie mnie w głąb lasu. 30 metrów od drogi asfaltowej. Boję się, że poślizgnę się na śniegu i co pięć minut zerkam na wszystkie strony, żeby przekonać się, że jesteśmy tu same. I jak na złość nie ma żadnego mordercy z siekierą. Tylko gałęzie trzaskają, ptaki wzbijają się w powietrze, a ostatnie jeszcze krople deszczu głośno opadają na ściółkę. Dobrze, że przynajmniej mój pies jest odważny.
Paranoje, dużo dziwnych paranoi.

Oczy już prawie zamknięte. Pocieram je zniecierpliwiona. Drażniące światło monitora wypala mi źrenice. Nogi bolą mnie po całodziennym bieganiu. Palce straciły już opuszki na rzecz twardych nakładek stukających po klawiaturze. A w myślach przewijają mi się wszystkie rolki z ostatnich trzech dni. Pełno ludzi, pełno emocji, pełno wydarzeń, pełno tajemniczych miejsc. To najlepsze co mnie ostatnio spotyka. Myślę, że spełnienie jest wtedy, kiedy kładę się do spania i myśląc o minionym dniu przywołuję najwięcej dobrych wspomnień.
To ogromne szczęście. Ogromne szczęście jest też wtedy, kiedy bez względu na sytuację i osobę, z którą przebywam śmieję się tak szczerze, że aż boli mnie brzuch. Zaczął się Wielki Post. Wszyscy się smucą, a ja zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej. Sama do siebie, sama do wspomnień, sama z siebie. Co niektórzy moi przyjaciele i znajomi chwytają ten rodzaj żartu i też się śmieją jak szaleńcy.
Śmiejmy się wszyscy. Niech ten czas będzie piękny, bo w myśl zasady Zenona z Kitionu jutro na pewno nie będzie już tak fajnie jak dzisiaj. Bo po spokoju przychodzi burza, a po dniu – noc.

jaoida

Pozdrawiam czule (dzięki A., za takie pozdrowienia)

/Siwa

98. Lodowiskowy survival, czyli poradnik dla średnio zaawansowanych.

Jeśli popatrzycie teraz za okno, to możliwe, że zobaczycie śnieg.

To oznacza, że przyszła zima.

Nareszcie możemy ze spokojem sumienia iść na lodowisko, bo przy ujemnych temperaturach raczej się nie roztopi.

Więc dzisiaj o lodowisku to i owo.

Zaczynajmy.

 

Ludzie chodzą na lodowiska po to, aby się rozerwać, spotkać ze znajomymi czy chociażby się poruszać. Obstawiam, że większość z Was jest średnio zaawansowana w jeździe na łyżwach. I to właśnie ten etap jest najgorszy z możliwych, bo na lodowisku musimy unikać prawie wszystkich typów łyżwiarzy. Jakich i dlaczego? Postaram się Wam to w krótkim czasie wyjaśnić.

Pierwszy typ, to nowicjusze. Cechą charakterystyczną tej grupy jest przylepienie się jedną dłonią do barierki. Nie istnieje możliwość oderwania jej pod żadnym pozorem. Omijanie osób, które zatrzymały się przy barierce przez nowicjuszy zawsze kończy się przytulasem. Trzeba im wybaczyć, bo przecież nie mogą oderwać dłoni od barierki. Unikanie nowicjuszy nie jest trudnym zadaniem. Wystarczy nie zatrzymywać się zbyt długo przy bandzie i nie wjeżdżać w nich, kiedy chcecie się zatrzymać. Banał!

Gorzej jest z grupą zaawansowanych nowicjuszy. Te osobniki oddalają się od barierki zaledwie na metr. Dłoń wciąż tęskni za jej dotykiem. Poruszają się w zawrotnym tempie babci, przechodzącej przez przejście dla pieszych. Ich nogi są pewne jak nóżki 8-miesięcznego bobasa. W każdej chwili mogą się przewrócić bez specjalnego powodu. Najlepiej trzymać się od nich na dwa metry, aby zareagować, kiedy wywiną orła. Poza tym nie są zbytnio szkodliwą grupą.

Z kolei małe dzieci stwarzają niewyobrażalne katastrofy na lodowisku. Kiedy widzisz małego brzdąca ledwo posuwającego na malusieńkich łyżewkach może Ci się wydawać, że to urocze. Nic bardziej mylnego! Jeśli przewróci się tuż pod Twoimi nogami, to jego paluszki prawdopodobnie mogą skończyć w ambulansie, położone w pudełeczku zaraz obok ogołoconej dłoni. Straszne, czyż nie? Dzieci, które nie umieją jeździć ZAWSZE powinny mieć ze sobą rodziców, aby Ci mogli je podnieść, jeśli się przewróci. Czasem zdarzają się jednak typowi XXI-wieczni rodzice, którzy puszczają malucha samego, albo kilka metrów od siebie. Trudno unikać takich dzieci, bo są wszędzie. A jak coś im się stanie, to ten rodzic, który jeszcze chwilę temu oddalił się od dziecka przyjedzie Ci wpierdzielić… Nic fajnego.

Warto rozróżnić dzieci, które są pierwszy raz na łyżwach, które opisywałam przed chwilą oraz dzieci, które spokojnie możemy już określić jako zawodowców. To małe popylacze, które narobią Ci wstydu, bo one umieją jeździć tyłem. Kiedy jedzie taki przy Tobie lepiej się zatrzymaj, bo w jeździe na lodzie i tak przegrasz. Te dzieciaki sprawnie manewrują pomiędzy nogami dorosłych. Łatwo je jednak pomylić z pierwszą grupą. Nigdy nie jesteśmy przygotowani na to, że dziecko wyjedzie Ci przed samymi łyżwami.

Jedna z najbardziej strasznych grup to cwaniaki. Zazwyczaj to osobniki płci męskiej, którzy przychodzą, aby „wyrwać jakieś foczki”. Problem w tym, że oni opanowanie stania na łyżwach nazywają jazda. Takie cwaniaki najczęściej działają w grupach. Są w stanie przejechać przez środek lodowiska, wjechać prosto na Ciebie, a potem jeszcze cisną z tego beke. Nie fajnie… Z racji, że poziom ich inteligencji sięga ujemnego poziomu nie zrozumieją żadnej perswazji, a Twoje krzyki i wyklinanie zrozumieją jako pochwałę.

Jednak zdecydowanie największe problemy na lodzie stwarzają tzw. dysmózgi. Są to osoby, które nie rozróżniają kierunku jazdy. Jeżdżą pod prąd, a ty modlisz się, żeby wyjść cało z kraksy. Nie wiem czy ich jazda wynika z brawury, głupoty, czy serio nie odróżniają kierunków jazdy. Takich ludzi najlepiej przewrócić od razu i „lekko” im wytłumaczyć, że na tym lodowisku obowiązuje ruch jednostronny.

Na każdym lodowisku znajdzie się jakiś swagman, który przyszedł tam, aby „podszlifować swoją super jazdę”, albo „pojeździć dla szpanu”. Ich terytorium ogranicza się do środka lodowiska. Czasem tylko przejeżdżają pomiędzy ludźmi, aby napędzić im strachu. Ich łyżwy mają magiczne zdolności jazdy tyłem, skakania, latania itd.To raczej oni uważają na nas, przeciętniaczków. Grunt to nie zazdrościć, kiedy widzi się takiego kolesia i nie zajeżdżać mu drogi, bo upadek może być bolesny. Podstawowa zasada jak ich unikać: pod żadnym pozorem nie wolno wyjeżdżać na sam środek lodowiska.

To już wszystkie typy łyżwiarzy. Wniosek jest więc prosty. Jeśli idziesz na lodowisko raz na rok, jeździsz pewnie, ale jak ktoś pyta czy umiesz, to zawsze zaprzeczasz, to oznacza, że jesteś PRZECIĘTNIACZKIEM. Jak ja xD

Podsumowując:
Każda z tych grup powinna mieć osobne lodowisko…
Przeciętniaczki muszą unikać wszystkich.

Najlepiej nie chodzić na łyżwy.

Oczywiście, że chodzić! Łyżwy są super. Tylko przy -4^C zamarzał mi język.

12540255_1021203511284774_2064625022_nJakie były Wasze najciekawsze przygody na lodowisku? Z jakim typem ludzi mieliście okazję się spotkać? :)

Pozdrawiam Madzię, gwiazdę nowego zdjęcia ^^

/Siwa

96. Kolejne opakowanie po wyciągach.

Wpis w tym wyjątkowym dniu zadedykowany jest moim przyjaciołom: K. i N. Za wszystkie filmy, za to, że nawet najgorszy tydzień kończy się, kiedy przychodzicie w piątek, za wyjadanie mi jedzenia z lodówki, za Wasze otwarte ramiona, za wsparcie, za śmiech, za to, że mnie słuchacie, wspieracie i pomagacie rozwiązywać wszystkie problemy. Dziękuję, że zawsze mogę na Was liczyć. Powtórzmy ten rok jeszcze raz <3

Z każdym rokiem jest tak, jak z opakowaniami po gumkach do aparatu (tzw. wyciągiam). Aparaci i aparatki zrozumieją… Kiedy kończy się jedno opakowanie, nikt po nim nie płacze, tylko wyciąga kolejne.

Nowy rok to nowe postanowienia. Oczywiście 2016 postanowień, że schudniesz, że się będziesz uczyć… Bez sensu. Dla sprostowania; postanowienia są w porządku, chociaż  preferowałabym raczej osiągnięcia. Bez zbędnych rozczarowań. Nie widzę więc potrzeby wypisywania tego, co planuję. Za to powspominam trochę ten stary już 2015 rok. Oczywiście w skrócie, bo jakbym miała opisywać każdą historię to zajęłoby mi to przynajmniej kolejny rok. Nie mogę też wszystkim podziękować, bo na każdą osobę poświęciłabym jedną notkę. :lol:

Dlatego jeszcze raz; dzięki dwa zero jeden pięć

20151231_072618Za każdy piękny poranek, za każde słońce, za czyste niebo.

20151217_173057.jak-zmniejszyc-fotke_plZa każdą magiczną chwilę.

20151230_230134Za każdą chwilę spokoju.

20151231_072642.jak-zmniejszyc-fotke_pl20151129_143059~2.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie spełnione marzenia, i za ludzi, którzy je spełniają.
Za każdą bestię, która nie chce wyjść na zewnątrz.

20160101_143523.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie podróże.

Snapchat-5686250883042051104Za tych prawdziwych i szalonych.

20151231_19383220151231_193632

 

 

 

 

Za M., z którą spędziłam ostatni dzień. Dzięki 2015, że przywróciłeś mi ją na nowo.

 

20151231_235204Za dobre i złe chwile. Chociaż wolałabym zapamiętać tylko te dobre.

Boże
Jeśli to czytasz
To chcę
Żebyś wiedział
Że doceniam to
Co mi dajesz.

 

Nie wiem czego Wam wszystkim życzyć. Napiszcie w komentarzach, co byście chcieli usłyszeć w ramach życzeń :)

Pozdrawiam noworocznie

/Siwa

91. „Rozumieny się bez słów” i słowa ode mnie dla małpy.

Na początku chciałabym Wam polecić ciekawy film – jeden z nowszych. Przepraszam, za tak niewiarygodnie inną formę opisywania na moim blogu, ale tak mnie naszło na uporządkowanie.

91 - 1

Tytuł: „Rozumiemy się bez słów”

Gatunek, produkcja: Francuska komedia z 2014 r. (świat) – To dość istotne, bo nie wszystkie francuskie komedie są śmieszne.

Opis fabuły: Jest to historia rodziny Belier, żyjącej sobie spokojnie na wsi i prowadzącej własne gospodarstwo. Matka, ojciec i ich syn są osobami głucho-niemymi. Jedyną w pełni sprawną osobą jest tam córka, Paula. Poznajemy właściwie całkiem dobrze prosperującą rodzinę. Niepełnosprawne osoby nie ograniczają się tam w niczym, wiodą spokojne życie. Oczywiście w kontaktach z zewnętrznym światem pomaga im odpowiedzialna Paula. Dziewczyna, jak to nastolatka, znajduje jednak własną drogę życia. Przez chłopaka, który jej się podoba zapisuje się do chóru szkolnego i odkrywa, że ma świetny głos. Żaden z członków rodziny nie mógł jej tego nigdy powiedzieć. Paula staje więc przed trudnymi wyborami – czy wyjechać do Paryża, do wymarzonej szkoły śpiewu, czy zostać w domu i pomagać rodzicom, zwłaszcza kiedy jej ojciec rozkręca swoją kampanię wyborczą.

Moje odczucia: Muszę przyznać, że cały wątek miłosny jest bardzo płytki i przewidywalny. No, ale coś musi przecież być nie tak, a czyż nie każda nastolatka ma chłopaka, który jej się podoba? (Odpowiadając na to retoryczne pytanie (brawa za łamanie zasad): Nie, nie każda nastolatka musi być zakochana.) Muszę przyznać, że pomimo tego wzruszyłam się kilka razy. Myślę, że główną rolę odegrała tutaj muzyka i bardzo dobre wykonanie piosenek. Na uznanie zasługuje scena śpiewu dla ojca, a później, w trakcie przesłuchania, śpiew dla rodziców. Także scena pokazana z perspektywy rodziców wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Cóż, ogólnie rzec biorąc: fabuła oklepana i totalnie przewidywalna, portret nastolatki mało oryginalny (pomijam doskonałe opanowanie języka migowego). Mimo tego, ten film sprawił, że na jednej scenie łzy płynęły jak rzeka, a w kolejnej śmiałam się jak opętana. Bardzo przystępny humor, ciekawe żarty dotyczące samej niepełnosprawności Belierów. Na pochwałę zasługuje także sam temat filmu, bardzo rzadko poruszany. Pokazał on tak naprawdę, że ludzie głucho-niemi też mogą normalnie żyć i to my jesteśmy nienormalni, że boimy się z nimi zadawać.

Ocena (w skali 1-10): 8 – zdecydowanie polecam, każdemu i tym, którzy chcą się pośmiać i tym, którzy chcą popłakać, szukającym czegoś lekkiego, ale i poruszającego ważnego tematu.

To by było tyle odnośnie notki. Teraz przejdziemy do drugiej części.

Otóż Zielona Małpa nominowała mnie do Liebster Blog Award. Wyraziłam chęć wzięcia udziału w tej akcji, podaję więc odpowiedzi na pytania:

1. Jakie miasto jest twoim zdaniem najpiękniejsze?

Tą konkurencję zdecydowanie wygrywa włoskie Urbino, ze względu na klimat tych ciasnych uliczek i malutkich domków, przyciśniętych do siebie. To jedyne miasto, w którym lubię się gubić, jest jak jeden wielki labirynt.

2. Co zazwyczaj robisz w deszczowe dni?

Hmm.. o 6:30 wychodzę z psem na spacer, bla bla bla… Właściwie robię wszystko to, co zawsze. Omijam tylko aktywności związane z dobrą pogodą. Sprzątam tyle samo, uczę się tyle samo. Chciałabym, żeby deszczowe weekendy wyglądały jak te z obrazka – herbatka, kocyk i książka (w zastępstwie blog lub film), ale niestety rzeczywistość jest największym mordercą marzeń.

3. Dlaczego lubisz blogowanie?

Bo mogę tu wyrazić siebie i mogę poznać wielu różnych ludzi. To chyba najkrótsza odpowiedź na to pytanie.

4. Kawa z mlekiem czy bez? Z cukrem czy bez?

Jeśli już kawa to koniecznie rozpuszczalna z mlekiem i duużo cukru. Tylko taką uznaję, no chyba, że jest trzecia w nocy, oglądam z K. i N. film, a w półce tylko parzona…

5. Bez czego nie ruszasz się z domu?

Bez telefonu. Tak. To przykre.

6. Gdzie chcesz być za 10 lat?

Chcę siedzieć w swoim przytulnie urządzonym mieszkanku i opracowywać wywiad, który robiłam w południe. (Za 10 lat od teraz jest godz. 19:58.) Właśnie tam chciałabym być.

7. Jaka jest twoja absolutnie ulubiona potrawa?

Spaghetti. Robione przez moją siostrę, albo takie typowo włoskie.

8. Gdybyś mogła stać się mistrzem w jednej dziedzinie, to jaką dziedzinę byś wybrała?

Zdecydowanie pisanie – notek, artykułów, opowiadań, wywiadów, powieści, prozy i innych. Wydaje mi się, że mam już zadatki…

9. Jesteś introwertkiem czy ekstrawertkiem?

Chyba ekstrawertykiem. Nie mogłabym żyć bez ludzi, chociaż czasem działają mi na nerwy.

10. Jakiej muzyki lubisz słuchać, gdy jest ci smutno?

Nie jest to jakiś specyficzny gatunek np. muzyka klasyczna. Piosenka (nie ważna czy to pop, ballada rockowa, klasyka czy electro) musi mieć w sobie małą dozę smutku i być spokojna.

11. Jakich rzeczy nie jadasz?

Od ponad roku nie jem stałych pozycji: fast-foodów (typu żarcie z Mc’D, KFC itd.), chipsów, pomidorów (ale tego nigdy nie lubiłam), pierogów ruskich, barszczu, żelków kwaśnych i w gruncie rzeczy wieeelu wieeelu innych. Nie mogę się tylko przemóc i zrezygnować z czekolady.

To by było na tyle. Niestety nie nominuję nikogo, bo razem z Zieloną Małpą czytamy prawie te same blogi, więc większość była już nominowana, ale dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tej zabawie.

Ale się rozpisałam…

Gdybyście mieli jakieś fajne pytanie dla mnie to z chęcią odpowiem Wam w komentarzach.

To na razie. :)

91-2

Pozdrowienia specjalne dla Zielonej Małpy Naczelnej oraz wszystkich czytelników (pomijam tutaj Arletę, bo byli byście zazdrośni, że dwa razy pod rząd ją pozdrawiam). :D

/Siwa

1. http://cotucotam.pl/kalisz/film/rozumiemy-sie-bez-slow

89. Jestem

Na wstępie dziękuję za ostatni odzew po notce 88. Zwłaszcza moim znajomym, którzy sami pytali mnie co się dzieje. Żaden komentarz nie pozostawał mi także obojętny. Jezu, zaczynam jakbym właśnie miała umrzeć. Ale wcale tak nie jest.

Ostatnio Pyśka spytała mnie „to kiedy zmartwychwstaniesz?”. Wydaje mi się, że teraz mogłabym powiedzieć jej, że już. Może północ to nie jest dobry moment na pisanie notki, ale ja potrzebuję powiedzieć, że JESTEM.

Jestem już spokojniejsza, może bardziej uśmiechnięta. Jestem wciąż tak samo zajęta, ale teraz na szczęście tylko przez jakieś wyjazdy i spotkania. Nauka w tym tygodniu musi sobie mnie odpuścić. Jutro (jak to czytacie, to pewnie dzisiaj) jadę z Turkiem na wycieczkę do Wrocławia. Mam nadzieję, że będzie fajnie, ale nawet nie chcę myśleć o nadrabianiu materiału…
W ogóle wszystko ostatnio się jakoś układa. Wszystko, dokładnie jak puzzle, łączy się w całość.
Po podwórku, już w sumie od sierpnia, biega moja mała miłość. Taak, jakoś zapomniałam się pochwalić. Nareszcie mam mojego ukochanego WIELKIEGO pieska (dzięki mamo i tato, że spełniliście moje marzenie). Jak na razie nie jest ona taka wielka, ale rośnie z tygodnia na tydzień. Niestety, jej zęby również, a moje dłonie wyglądają jakbym się pocięła kartką papieru. Pomimo tego wszystkiego kocham ją bardzo. Mam nadzieję, że kiedyś ona „powie” mi to samo jak dorośnie. Yyy.. chyba zapomniałam wspomnieć, że to owczarek niemiecki długowłosy i wabi się SIAPA. Tutaj macie jedno z jej pierwszych zdjęć.

piesekWięc, droga Pysiu, ze spokojnym sercem mogę Ci powiedzieć – teraz zmartwychwstałam.

P.S. A co do tytułu to polecam polski film „Jestem”. Oceniam 5/10 i w sumie odradzam osobom, które nie lubią analizować i wolą np. filmy akcji itd..

Ogółem pozdrawiam.

ja i arleta

/Siwa

87. 10 najbardziej irytujących rzeczy na Facebooku.

Większość z Nas kocha internet, albo przynajmniej nie wyobraża sobie bez niego życia. Istnieją jednak pewne rzeczy, które bardzo Nas irytują i ciężko jest cokolwiek z tym zrobić. Z tego też powodu, już na sam koniec wakacji – prezentuję Wam 10 denerwujących rzeczy na najbardziej znanym z portali społecznościowych.

1.Facebook’owe związki. To zna każdy. Istnieją takie pary, dla których intymność i prywatność nie istnieją. Do tego zalicza się standardowo: ustawienie statusu „w związku” i zmienianie go z każdą kłótnią, dodawanie postów jak to się bardzo drugiej połówki nie kocha, dodawanie obleśnych zdjęć jak to oni się pięknie nie całują no i oczywiście informacja o zaręczynach, najlepiej w wieku 15 lat, bo im wcześniej, tym lepiej.

2. Dzieciaki na Fb. Granica założenia profilu na „Fejsbuku” to (nie jestem pewna) 12-13 lat. No ale kto się teraz tego trzyma? (Ja, tylko, że to się nie liczy.) 10-latki siedzą po 3 godziny dziennie na Fb, mają miliony znajomych i żyją „pełnym życiem”. Szkoda, że internetowym. Zamiast marnować dzieciństwo na graniu w piłkę na podwórku, w karty z kolegami czy chociażby planowaniu kolejnej eskapady do lasu, oni siedzą sobie grzecznie na internecie. Prawdę mówiąc, dla mnie szczytem wszystkiego było założenie konta 6-letniej dziewczynie. (Tak, takie rzeczy istnieją…)

dzieci w necie

3. Dodawanie zdjęć typu „Wiem, że jestem brzydka, tak hejtujcie mnie… :3″ Boże, zachowaj. Taka laska czeka na pozytywne komentarze swoich koleżaneczek. Po cholerę dodaje takie zdjęcia, skoro uważa, że są brzydkie. Jeśli uważam, że zdjęcie jest złe i wyglądam na nim tragicznie, po prostu go nie dodaję.

4. A co do brzydkich zdjęć. Jeden z najbardziej irytujących momentów na Facebooku to dzień urodzin. Życzenia składają Ci osoby, których nie znasz, a przyjaciele… dodają twoje najbardziej kompromitujące zdjęcia. Oczywiście wszystko dla Twojego dobra… Genialna jest opcja blokowania ludzi i swojej tablicy 8-)

5. Rodzice, którzy tworzą historię dzieciństwa swojej pociechy na portalu społecznościowym. Nie mają albumów, żeby wywołać zdjęcia dziecka. Zamiast grzechotki czy pieluchy w ręku, trzymają aparat. Tak też powstają zdjęcia pt. „Pierwszy płacz”, „Pierwszy dzień w domu”, „Pierwszy uśmiech”, „Pierwsza kupka”, „Pierwsza sukieneczka”, „Pierwszy kroczek”, przed tym „Pierwsze raczkowanie”. Prawdę mówiąc, gówno mnie obchodzi kupa Twojego dziecka, więc po co to dodawać tm, gdzie każdy może obejrzeć gołą szanowną dzieciaka.

rodzice i dzieci na fb

6. Zaproszenia do gier. Tu chyba nie ma co komentować. Każdego to denerwuje, ale i tak wszyscy wysyłają.

zaproszenia do gier

7. Lajki życiem. Irytujący ludzie, dla których liczy się tylko to ile polubień będzie miało każde ich zdjęcie. Oczywiście, poniżej 60 lajków trzeba usunąć i załamać się psychicznie. Nie chodzi już o tzw. fejm tylko o to, żeby mieć dużo LAJKÓF. Takie osoby lubią wszystko u wszystkich i bawią się w głupie „Jeśli ktoś polubi twój komentarz, dodaj go do znajomych i polub profilowe”. Takie osoby są w stanie obrazić się na swojego najlepszego przyjaciela, bo ten nie polubił nowego profilowego… Dlaczego niektórzy ludzie nie rozumieją, że na Fb klika się „lubię to” tylko jeśli coś się SERIO LUBI?

lajki życiem

8. Ten niezręczny moment, kiedy pisze do Ciebie ktoś, kogo nie lubisz lub nie znasz. Ludzie chyba nie doceniają rozmowy „on live”.

nieznajomi ludzie

9. Zaśmiecanie tablicy bezsensownymi obrazkami z neta, udostępnieniami i konkursami. Osoby zakładające konta tylko po to, aby udostępniać wszelkie promocje swojej ulubionej marki, powinny mieć zakaz używania Facebooka. Błogosławiona opcja – zablokuj i nie obserwuj. :roll:

gówno mnie to obchodzi

10. Dodawanie tak przerobionych zdjęć, że nie da się rozpoznać postaci. Używanie retriki, photoshopa, pikassy i innych paintów w nadmiarze powinno być karane miesięcznym banem.

Wniosek: Ludzie nie potrafią korzystać za wszystkiego, co jest darmowe i dostępne. Lecz pamiętajcie, w każdej tragicznej sytuacji halo policja

 

 

 

 

A co Wy dodacie jeszcze do tej listy?

Pozdrawiam :D

/Siwa

86. Najlepsze 10 rzeczy, których ostatnio dokonałam.

W ostatnim czasie nie powstawały żadne notki ze swoistego braku weny i braku materiału potrzebnego do opublikowania czegoś w miarę interesującego. Przepraszamy za wszelkie niedogodności z tym związane.

Zaprezentuję Wam dzisiaj 10 mniejszych lub większych osiągnięć, które udało mi się zrealizować, co ciekawe, w ciągu ostatniego tygodnia.

1. Przejechałam na rowerze 50 km z Gąsek do Kołobrzegu. Wydaje mi się, że to największe osiągnięcie z pobytu nad morzem. Zdjęcia przedstawiają Bałtyk o godzinie 7.30, widziany ze ścieżki rowerowej, znajdującej się koło samego morza.

86A.jak-zmniejszyc-fotke_pl86H 86I86G

86B 86C86D 86E

 2. Zrobiłam to co każdy typowy turysta robi rano na plaży… A mianowicie, biegałam bądź uprawiałam jogging (jak to nazwiecie). Genialne uczucie przebiec się tak z rana po plaży. Genialne zwłaszcza dla kogoś, kto nie mieszka tam na co dzień. Cieszą mnie nawet krótkie dystanse, które udało mi się pokonać.

86J

 3. Przeżyłam dzień bez telefonu. Jest to specjalny dzień wymyślony przeze mnie, z dedykacją dla N., która bez swojego złoma nigdzie się nie rusza. Muszę Wam powiedzieć, że wcale nie było tak ciężko. Powinnam robić to częściej i Was zachęcam do tego.

86K.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 4. Zjadłam flądrę. Śmiesznie to brzmi, ale serio jestem z tego dumna. W trakcie tego pobytu miałam okazji spróbować tylko dorsza i miruny, która bardzo mi posmakowała. Flądra z kolei plasowała się gdzieś pomiędzy tymi dwiema rybami.

 5. Weszłam, wspięłam się, wylazłam, doczołgałam się do szczytu latarni w Gąskach. Prawdę mówiąc, mam ogromny lęk wysokości, więc jest to nie lada wyczyn. Zrobiono mi kilka zdjęć, na których nie widać jak bardzo kręciło mi się w głowie, jak mnie ta głowa bolała, jakie mdłości miałam i jak nogi się pode mną uginały. Bądźcie dumni!

86M.jak-zmniejszyc-fotke_pl 86N.jak-zmniejszyc-fotke_pl86L86O.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 6. Zrobiłam sobie tatuaż… z henny. Ale i tak było fajnie  :lol: Zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy takiej frajdy nie doświadczył. Oczywiście wybrałam rozdartego (a jakże) lwa (co było chyba najbardziej oczywiste), którego wytatuowano mi na ramieniu. Szkoda, że już schodzi…

86P

 7. Pływałam w Bałtyku! Nie pierwszy raz „wlazłam” do tej lodowatej toni morskiej, ale pierwszy raz pływałam tak na serio. Było mi nawet ciepło, ale to chyba tylko ze względu na ogromny upał, który nie pozwalał leżeć na plaży.

86R86S.jak-zmniejszyc-fotke_pl86U.jak-zmniejszyc-fotke_pl86T.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 8. Wypiłam najdroższą białą kawę i najdroższe ciasto drożdżowe w moim życiu. Podczas wycieczki do Kołobrzegu zatrzymałyśmy się (w czwórkę: ja, N., Mama i Ciocia Aneta) w kawiarni przy hotelu. Za cztery kawy: białą, czarną i dwie latte machiato oraz cztery ciastka drożdżowe zapłaciłyśmy ponad 60 zł. Cena nie jest szokująca jeśli spojrzeć na to GDZIE piłyśmy poranną kawę. Pozwoliłam sobie jednak umieścić ten fakt tutaj, gdyż była to NAJDROŻSZA kawa jaką KIEDYKOLWIEK piłam. Mam nadzieję, że nie ostatnia… ^^

86W 86Y

 9. W sklepie militarnym na obrzeżach Kołobrzegu kupiłam sobie maskę przeciwgazową typu MP4. Nie byłby to jednak szok, gdyby nie to, że odważyłam się TO ŚMIERDZĄCE COŚ założyć NA TWARZ. Nie, na żadną inną część ciała tylko na TWARZ. Smród niewyobrażalny, ale przynajmniej jestem zabezpieczona przez najazdem Rusków. Jak tylko mnie zobaczą, to uciekną.

86Z (2) 86Ź

 10. W ostatni dzień standardowo na pożegnanie urlopu i Bałtyku puściliśmy lampion chiński. Jeśli jeszcze nigdy tego nie robiliście to piszcie w komentarzach, może się dogadamy i wyślę komuś jeden :D

86Ż

 

Dodaję jeszcze inne, dziwne i śmieszne zdjęcia z wakacji. Taki mam kaprys. Możecie później napisać, które z nich najbardziej Was zaintrygowało (nie rozśmieszyło, nie przeraziło, nie zachwyciło, nie zniesmaczyło tylko ZACIEKAWIŁO).

86-1.jak-zmniejszyc-fotke_pl 86-2.jak-zmniejszyc-fotke_pl 86-5.jak-zmniejszyc-fotke_pl86-3 86-4 86-6 86-7 86-8 86-986-10 86-11 86-12 86-14 86-15

Pozdrawiam :*

/Siwa

77. Misz masz, robisz to masz.

Stwierdziłam, że daruję sobie tłumaczenia i przeprosiny za nieobecność oraz za to, że notka miała być wcześniej i miała być „marcowa”, a nie „kwietniowa”, za to, że jest pewnie dość słaba, bo mam mało weny, a jutro szkoła…

Z poleceniem Wam dobrego filmu miałam ogromny problem. Obejrzałam w tym czasie dwa, dość nowe filmy ( co do mnie nie podobne!). Jeden z nich to „Bóg nie umarł”, a drugi „Snajper”. Tematyką trochę odbiegają od siebie, ale oba są fantastyczne. Zdecydowałam, że w tej notce pokrótce opowiem Wam o „Bóg nie umarł”, a „Snajpera” zostawię sobie na inną, dłuższą notkę.
„Bóg nie umarł” to film o młodym człowieku, który musi obronić swojej wiary. Na studiach napotyka wykładowcę, który każe im napisać słynną myśl pewnego filozofa, czyli „Bóg umarł.”. Chłopak nie godzi się na to i próbuje udowodnić, że to nie jest prawdą. W tzw. międzyczasie poznajemy też innych ludzi, którzy mają zachwiania, kłopoty ze swoją wiarą i muszą dokonać wyboru, czy obronić swoich przekonań czy nie sprowadzać na siebie problemów. Na koniec filmu pojawia się intrygujący tekst z informacją, żeby wysłać do swoich znajomych wiadomość „Bóg nie umarł.”. Reakcje moich przyjaciół, którzy otrzymali tę wiadomość były dość .. ciekawe ;) Moim zdaniem film był wzruszający, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby wierzące. Ale powinny go też obejrzeć osoby innego wyznania lub niewierzące czy wątpiące, żeby mogli zobaczyć życie z perspektywy wierzących. Zdecydowanie polecam :D

 77-1

Książka nie będzie żadną nowością, bo jakoś nie mogłam znaleźć w „Empiku” takiej, która bardzo by mnie zaintrygowała. Zdecydowałam się więc na „Skórę” Adrienne Marii Vrettos z 2006 roku. To z kolei dość banalna książka o anoreksji. Banalna, bo opisana bardzo prosto, prawie nie było w niej mowy o tej chorobie. Takie efekt powstał poprzez uczynienie brata chorej narratorem. Wydarzenia z perspektywy młodego chłopaka, prawie dziecka, pokazują nam skomplikowany świat ludzkich relacji i uczuć. Wszystko to łączy się w fantastyczną całość! Bardzo spodobała mi się ta książka. Można powiedzieć, że czytanie jej jest jak płynięcie łódką. Najpierw jest spokojnie i nie zauważa się nawet, jak mijają kolejne kilometry (strony). Nagle, na samym końcu pojawia się wodospad i nie ma czasu na wycofanie się. Na końcu łódka roztrzaskuje się na samym dnie, co skutkuje pojawieniem się pojedynczej łzy. (Czy to ja na początku napisałam, że nie mam weny?!) W każdym bądź razie – bardzo polecam!

77-2

Z wybraniem świetnej piosenki także miałam problem. Wahałam się pomiędzy:

  •  Indilla „Tourner dans le vide”
  • Calvin Harris ft. Haim “Pray to God” (Jak bardzo tematycznie.)

A w końcu wybrałam Kodaline (zespół, który nie każdy zna) i „Honest” <3



 

No i koniec.

Koniec notki.

Koniec świąt.

Koniec odpoczywania.

Koniec lenistwa.

Koniec grania w „Państwa – miasta” z rodziną <3

Koniec jedzenia ile wlezie. (Taaaa, wiem, teraz czas „schuść”, jak to mówi moja Arleta, a tak serio, to wypadałoby ze sobą coś zrobić.)

A kiedy już myślę, że mam wolne, nagle w tygodniu okazuje się, że w weekend nie będę miała czasu nawet poczytać książkę. W tygodniu jestem tak zapracowana nad tym jak mieć dobre oceny, byle by się nie uczyć, że nie robię nic dla siebie. Jest mi też przykro, bo umawiam się już z ludźmi na terminy „za miesiąc”.

Ale może kiedyś :|

77-3

Pozdrawiam.

/Siwa


  1. http://www.filmweb.pl/film/B%C3%B3g+nie+umar%C5%82-2014-684049

  2. http://miastodzieci.pl/dla_rodzicow/92:/1273:8222skora8221-adrienne-maria-vrettos

  3. http://www.pinger.pl/szukaj/po_tagu/?t=Motywuj%C4%85ce%20cytaty

 

76. Czas na małe podsumowanie, chociaż to nie Nowy Rok…

17 marca to szczególny dzień dla mnie. Dokładnie rok temu założyłam bloga. Cóż, jak dotąd ma się on świetnie, z dnia na dzień przybywa mu czytelników i w ostatnim czasie nieźle się rozwinął. Dochodzę więc do wniosku, że założenie go, było jednak dobrym wyborem. Jestem dumna nie tylko z niego, ale i z siebie. Praktycznie rzecz biorąc mój blog = ja, więc to cała moja robota. :D

76 - torcik

Poczyniłam naprawdę dość duże postępy. Nauczyłam się lepiej pisać. Nie mówię, że doskonale, ale zauważam poprawę, patrząc na pierwsze wpisy i porównując je z teraźniejszymi. Blog to także mój wywietrznik. Tutaj jest wszystko co u mnie w głowie. Przynajmniej się tam nie magazynuje i nie zagraca potrzebnego miejsca.

„Co-miś…” doczekał się także kilku „wyróżnień”. Kilka notek (chyba ze trzy albo cztery) trafiło na Onet, co także mnie czegoś nauczyło… Dzięki temu, i nie tylko, mój blog ma ponad 42 tys. wejść. Dziękuję też za każdy komentarz. Nazbierało się ich już pół tysiąca (to brzmi zdecydowanie lepiej niż 500 ^^). Blog to nie tylko statystyki, ale i ludzie. A poznałam tutaj kilka ciekawych osób, a także ich blogi.

Tutaj zapewne znajdą się podziękowania, bo rok to dość duże wydarzenie (nie to co 3 lub 11 lat…). Oznacza to przede wszystkim, że będę kontynuować moje dzieło. Postaram się to robić jak najlepiej. A teraz z tego miejsca, z pozycji jedynego i najcudowniejszego administratora owej strony, pragnę podziękować:

  • Paulinie „Lackofideas”, bo kiedy myślę „blog” myślę także o niej. Okazało się, że mamy bardzo dużo wspólnego (nie tylko wiek, wybrany kierunek nauki …) :D Dziękuję Ci przede wszystkim za znajomość, która jest dopiero początkiem ;*
  • „Beatrycze”, mojej starszej, zwariowanej, blogowej siostrze. Ta wariatka była pierwszą, która przeczytała wpis. Jej „Foszek” jest fenomenalnym zjawiskiem. I pomimo tego, że dzieli nas pół Polski, to wiem, że i tak stworzymy kiedyś wspólną notkę :D
  • Kiki, która także jest nieodłącznym punktem tej strony. Dziękuję jej za każde wysłuchiwanie moich ekstaz z powodu pojawienia się notek na Onecie… Za tłumaczenie mi zasad skomplikowanego aska, za bycie moją prywatną Gimbuską i za to, że jest kochana i nieustępliwa.
  • Mamie – mojej najwierniejszej czytelniczce.
  • Magdzie – za ostatnią notkę i nie tylko. Wiedziała od początku o moim blogu i, pomimo swojej cichej obecności, mnie wspierała. Co jak co, ale dzięki niej potrafię wierzyć w siebie.
  • Kamilowi, za każdy film, który ze mną obejrzał, a który później opisywałam. Za niezliczoną ilość chamstwa. (Od kilku lat toczy się spór, czy to ja nauczyłam go chamstwa, czy on mnie…) W ostateczności, zaskoczył mnie, kiedy byłam smutna i zawiedziona, a on domyślił się i spytał „Co się stało?”. Nigdy nie zapomnę tego dnia… :P Co do Kamila… Gdyby ktoś chciał kupić Aprillię RS 50 to wiecie gdzie uderzyć <<<<<-
  • Paulinie, za każde niemiłe słowo, które motywowało mnie do działania.
  • Natalii, która czyta prawie każdy wpis i objawia się tylko jako cyferka w liczniku.
  • Każdemu czytelnikowi, a zwłaszcza Piacare, Pasteli, Leserette oraz tym, których już w „blogosferze” nie ma, czyli Dani i Rainbow. :D

Jeśli kogoś pominęłam to.. przykro mi. Dostanie się mu za kilka lat :P Bo za rok nie liczcie na takie wylewności. ^^

Specjalnie z okazji urodzinek zostanie dodana jeszcze jedna strona na moim blogu. Już niedługo szykuję kilka notek o:

- Nowościach w marcu, czyli zaproponuję Wam ciekawą książkę, film i coś na dodatek…

- O filmie „Pokłosie” lub „Niezłomny”, także możecie już odrobić pracę domową i obejrzeć. ;)

- O dziewczynie zwanej „Emo Martynka”, która kilka lat temu zrobiła pogrom w internetach :D

A teraz wasza kolej -> Która notka podobała Wam się najbardziej? ;)

Pozdrawiam :*

/Siwa