105. Nie rozpoznaję świata, czyli gwałtowny powrót do rzeczywistości

Słowa dzisiaj krzyczą.

Wydzierają się wewnątrz czaszki jak opętane. A raczej jak tłumione przez całkiem długi czas.

Przynajmniej piszę notkę.

Mój mózg ostatnio jest jak jedna wielka zapora. Dawkuje słowa po trochę, a całe hektolitry zwierzeń zatrzymuje po drugiej stronie. W tym momencie tama pęka.

Niewiarygodne, że zawsze moja nieobecność na blogu spowodowana jest złym okresem w życiu. Oczywiście, w ciągu tych kilku miesięcy wydarzyły się również rzeczy niesamowite i sprawiające mi ogromną radość. Dlaczego więc mam zamiar pisać o samych przykrych przemyśleniach? O tym, co dobrego dzieje się u mnie w życiu wiedzą wszyscy. Nie ukrywam tego, bo pudełku na żywe szczęście nie mieści się na wąskim dnie mojego serca.

Czuję, że ktoś zamknął mnie w klatce. Nie mogę się wydostać, bo nie umiem krzyczeć. Ten wpis to mój krzyk o ratunek. Inaczej nie potrafię. Mogę o tym powiedzieć ludziom, ale po co, skoro i tak nikt nie jest w stanie mi pomóc. Dlatego decyduję się na bloga. Mam pewność, że przeczyta to przynajmniej 20 osób, ale nie będę musiała wytrzymywać ich łamiących spojrzeń.

To kolejne rozliczenie. Może ruszę po tym do przodu.

Wrzesień. Czekam na niego, bo będzie początkiem czegoś nowego. Przerażającego, ale jednak czegoś poukładanego.

Moim problemem ostatnio jest to, że nie poznaję świata.

Mam wrażenie, że od początku wakacji coś zmieniło się bezpowrotnie i już nigdy nie będę w stanie stwierdzić, że jest na tej planecie coś/ktoś, co/kogo znam i czego/kogo jestem pewna.

Wszyscy się pozmieniali. Mój pies nie jest już tą samą Siapą, co kiedyś. Ludzie ze szkoły poumierali. Boję się, że nie dogadam się z nimi za tydzień. Nie widziałam ich całe wieki. Najbliższe mi osoby są bardzo daleko. Brakuje mi R. Jej nieobecność sprawiła, że jej także nie rozpoznaję. Mama wygląda jak ta sama mama, ale nie wiem kim się stała. Szukam kontaktu z M., bo ona od zawsze była zagadką. Może chociaż ona się nie zmieniła… Przytłacza mnie świadomość, że czasem nie rozpoznaję też A.

Są na tym świecie tylko dwaj mężczyźni, których, mam wrażenie, mój poszarpany mózg rozpoznaje. Wiem już nawet dlaczego. Obaj są maksymalnie podobni do mnie.

Rozumiem się z T. bez słów. Czasem wystarczy jedno hasło, a już śmiejemy się do łez. Rozumie moje głupawki i idiotyczne zachowania. Zna mnie bardzo dobrze i ja jego też. Słucha moich rozpraw na temat ludzi mądrych i ich bólu egzystencjalnego. Czuję, że kiedy patrzę na niego, widzę cząstkę siebie. W końcu to on mnie urodził. Nie przeszkadza mi, że czasem się nie odzywa, że ma podły humor, bo wiem, że i tak mogę na niego liczyć. Jestem świadoma, że to boli, kiedy opisuję relację z T., ale to dlatego, iż cieszy mnie jej niezmienność. Mimo wszystko, jestem zaskoczona kiedy wychodzi sam na spacer.

W te wakacje dostałam ogromny skarb i to taki przez duże S. Był przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia. To z nim rozbijałam się po Krakowie tramwajami. To z nim próbowałam pierwszy raz różnych rodzajów alkoholu. To z nim śmiałam się jak kretyn i łaziłam po stołach. To jego ramię podtrzymywało mnie, kiedy narzekałam po pijaku. To on wie, kiedy zaraz się rozpłaczę. To on wie, kiedy przestać się ze mnie śmiać. Zna wszystkie granice, bo wcześniej udało mu się je przekroczyć. W te wakacje dostał paszport pełnoprawnego przyjaciula, bo mnie nie opuścił. Czasem mam wrażenie, że jest jak czekolada, czyli nie zadaje pytań, on po prostu rozumie. Myślę, że to właśnie pozwala zaklasyfikować go do tej nielicznej grupy ludzi, których rozpoznaję. S. należy do tego świata.

Pozostali są dziwni i nieprzewidywalni. Patrzysz na nich, ale wiesz, że nikt ci nie pomoże. Kiedy pozwalasz nieść się fali dobrej zabawy, doceniasz ich. Oni też potrzebują się śmiać i balować. Ale zmiana w ich oczach… Masz wrażenie, że nie istnieją i zaczynasz się bać, że to niebo co wisi nad tobą zaraz spadnie z całym ekwipunkiem gwiazd.

Możliwe, że to ja się zmieniłam. To jest wręcz pewne.

Możliwe, że oni nie rozpoznają mnie tak samo jak ja ich. To wręcz pewne.

Możliwe, że boję się ludzi, bo się zmieniłam. To wręcz pewne.

Możliwe, że oszalałam. To wręcz pewne, bo czuję się jak zasrany schizofrenik.

Możliwe, że kiedyś umrę. To pewne.

Słowa nie bawią się dzisiaj w rymowanki. Nie układają się w moich dłoniach delikatnie. Są ciężkie jak kamienie i jestem pewna, że przygniotą dzisiaj nie jedną osobę. Ale te słowa tak głośno krzyczą, że chcę, żeby zostały uwolnione, nawet jeśli ma się to stać tu i teraz w tej blogosferze.

W te wakacje otrzymałam jeszcze jeden prezent.

Diagnozę.

Wspaniała, jak na ponad 6 lat męki.

Czułam, że odnalazłam dom. Ludzi, którzy mają to samo. To było piękne uczucie przeczytać o swoim życiu na kartach wikipedii.

W prezencie dostałam potwora. Darmowy. Jestem niskim procentem populacji, któremu się to zdarzyło.

Wybraniec… Brzmi ciekawie.

W prezencie dostałam potwora. Nigdy nie odejdzie.

„Naucz się z tym żyć” – piszą na forach. To właśnie próbuję robić od ostatnich kilku lat.

W prezencie dostałam potwora. Który ma nazwę. To najlepsze co mi się przydarzyło, bo dużo łatwiej walczyć z czymś co możesz zawołać po imieniu.

Mój potwór ma nazwę. A kiedy już ją odnalazłam, zupełnie przez przypadek, czułam, że to mi pomoże. Teraz mogę przywołać swojego potwora za każdym razem, kiedy daje o sobie znać. Pomyślałam, że skoro wiem, skąd wzięły się wszystkie moje lęki, fobie i fizyczne objawy, tego, że zwariowałam, to MUSI BYĆ LEPIEJ. Rzeczywiście, kiedy poczytałam, co ludzie teraz przechodzą, mogę śmiało stwierdzić, że mam to za sobą.

Chciałabym żyć dalej bez lęku. Bez paniki. Bez zamykania oczu i ukrywania twarzy w dłoniach. Bez patrzenia pod nogi i rejestrowania części ciała. Bez szukania elementów stałych. Bez drapania się do blizn. Bez chęci ucieczki.

Mój ukochany potwór wydawał się już być na uwięzi, żebym mogła powiedzieć, że przez 6 lat darmowych praktyk udało mi się go oswoić. Ale on zrobił super trik i zamiast atakować moje ciało, które doskonale zna już powidoki, śnieg optyczny, zmiany perspektywy i zamianę świata w planszę dla miniaturowych ludzików, postanowił pokazać mi, że mój umysł jest niczym. I udało mu się. Od kilku tygodni mam dziką ochotę rzucić się pod pociąg (szkoda, że nie jadą) tylko dlatego, że nie rozpoznaję ludzi. Patrzę do lustra i boję się, że tam nie będzie mnie. Patrzę na najbliższych i mój umysł przypomina mi sytuację sprzed 6 lat, kiedy widząc mamę w moim pokoju uświadomiłam sobie, że to obca osoba, która tak naprawdę nigdy mi nie pomoże. Dlatego to piszę. Bo wiem, że jestem skazana, żeby zostać z tym sama. Nikt mi nie pomoże. Ale zamiast odkrywać to po kawałku, ta informacja przygniotła mnie nagle, w tym momencie. Potwór, zwany depersonalizacją i derealizacją chce pozbawić mnie woli walki. I tak już dużo wytrzymałam.

Świadomość, że jesteś sam na świecie i nierozpoznawanie najbliższych zabijają mnie od środka.

W tej sytuacji, kiedy atakowany jest tylko mój umysł nikt nie może nawet domyślić się, że coś jest nie tak. Pomimo tego, że moje myśli krzyczą, to nikt ich nie słyszy, kiedy mnie przytula.

Chciałabym wyjść na zewnątrz i nie bać się, że niebo spadnie mi na głowę.

Jutro już tego nie przeczytam, bo same wspomnienia budzą we mnie trwogę.

Czuję, że A. by mnie zrozumiała. Ona też ma w głowie jakieś gówniane zaburzenia. „My, odmieńcy, musimy trzymać się razem” Tylko, że ona siedzi z H. i są już prawie małżeństwem.

Jest mi lepiej, kiedy pomyślę sobie, co jest już za mną. Nie. Nie było warto. Nie chciałam tego potwora. Teraz przynajmniej wiem, że jestem normalna, a to TYLKO zaburzenia psychopatologiczne. Jeśli mam wątpliwości wchodzę na fora internetowe, gdzie opisują moje ostatnie 6 lat strachu. Jacyś ludzie ekscytują się, że inni mają coś takiego w głowie. Jest fajnie, dopóki nie okazuje się, że to spotkało ciebie.

Przynajmniej nie czuję się już jak dziwak i wariatka. Strach, tak samo jak  niewiedza sprawiały, że momentami było bardzo ciężko. Dotarłam aż tutaj, żeby dowiedzieć się, że żaden z psychologów, ani nawet psychiatra mnie nie rozumieli. „Biedne, małe, strachliwe dziecko”.

Nic nie jest uporządkowane.

Wszystko wisi na włosku, bo zwaliło się na mnie dwa miesiące temu z niesamowitą siłą i nie zdążyłam przywyknąć do tego ciężaru.

Może kiedyś odciążę zmęczony umysł i odsunę zasłonę szarości sprzed oczu.

A na razie nie chcę tylko spanikować.

Brawo, nie ma to jak bać się paniki.

To dobry krok, żeby usiąść na ziemi, podkurczyć nogi, zamknąć oczy i zasłonić uszy.

„Nie dorwiesz mnie świecie za nic w świecie”!

W odpowiedzi słyszę doskonale znane pytanie. Głos niski i kpiąco spokojny pyta: „Ale jesteś pewna, że to istnieje”?

Kurtyna opada i nie podniesie się więcej.

Wystarczający wgląd do mojej głowy.

Mogłabym powiedzieć teraz, żebyście się nie przejmowali, bo tak naprawdę nic się nie dzieje.

Dwa dni temu, a może trochę więcej, byłam na poczcie. Czekałam na mamę, więc usiadłam za regałem i wzięłam do ręki książę „Bóg nigdy nie mruga”. Natrafiłam tam na mądrą sentencję, z której wynikało, że problem, który jest dla nas tragedią dzisiaj, za 5 lat nie będzie miał znaczenia. Nie warto więc się tym przejmować.

To nieprawda. Pięć lat temu też pewnie miałam załamanie. Też czułam się pobita i niezrozumiana.

Czasem wydaje mi się, że fizyczne cierpienie przyniosło by mi od ludzi więcej zrozumienia. Niestety, moje zaburzenia, jako pole walki, wybrały sobie moją głowę.

Kończę te wakacje prawie pokonana. Mimo tego, że mam przy sobie chłopaka, rodzinę, przyjaciula i znajomych. Ale nie mam siły na nic.

Zapadam się w świecie książki, bo nie chcę już myśleć o tym, jak bardzo nie rozpoznaję własnego.

I czekam.

Czekam, aż w końcu przestanę patrzeć na ludzi ze strachem, że zamienią się w potwory. Czekam, aż najbliżsi znowu wrócą na stare miejsca.

Może po tym dzisiejszym krzyku jutro nastanie cisza. W świecie na pewno. Nie wiem jak w mojej głowie, ale potrzebuję pewnego rodzaju oczyszczenia. A ta notka (kolejna z cyklu „pozwólcie mi sobie ponarzekać, bo móóój jest ten kawałek podłogi”) ma dla mnie wymiar katharsis.

Ale nie pytaj mnie, co u mnie.

I tak w świetle lamp powiem ci, że mam się świetnie.

Ostatnio kłamanie wychodzi mi doskonale.

Nie pytaj mnie, jak się czuję.

Bo uczucia to właśnie to, co najczęściej koloryzuję i ubarwiam. S. doskonale o tym wiedział od samego początku. A potem to przerosło nawet mnie.

Nie pytaj mnie, co się dzieje.

Bo i tak z uśmiechem na ustach odpowiem ci, że wszystko w porządku.

Zachowujmy się tak, jakby to się nigdy nie wydarzyło.

Siedem lat w niepamięć, dwa miesiące w nieistnienie, 1 728 słów do zapomnienia.

/Siwa

P.S. Ale spokojnie. Widzimy się we wrześniu.

104. Krótki przepis na dotrwanie do końca roku

Do końca roku jest już bliżej niż dalej. W końcu czekają nad już tylko 4 tygodnie nauki, czy może raczej „nauki”. W gruncie rzeczy właśnie te ostatnie dni są dla Nas, uczniów, najgorsze. Z jednej strony nie mamy powodów, aby nie chodzić do szkoły, bo nie ma żadnych konkretnych lekcji. A z drugiej strony nie ma też powodów, żeby pojawiać się w szkole, bo … nie ma żadnych konkretnych lekcji. Siedzimy więc w ławkach, nie robiąc właściwie nic i walczymy w pokusą urwania się z ostatniej, przedostatniej, w ostateczności drugiej lekcji z rana. Dzisiejsza notka pokaże Wam kilka sposobów na przetrwanie tego okresu nudy. Dlatego dzisiejszy wpis dedykuję uczniom :)

1. Matematyka

Sposobem na przetrwanie może być liczenie … wszystkiego. Tygodni, dni, godzin lekcyjnych i minut pozostałych do końca roku, tygodnia, dnia, czy lekcji. Jeśli dostatecznie skupicie się na liczeniu to minie Wam połowa lekcji. A później ani się nie obejrzycie, a do wakacji pozostanie wam tylko 28 godzin lekcyjnych.

2. Historia

Zamiast myśleć o tym, co mógłbyś zrobić z tym czasem, który bezczynnie spędzasz w szkole skup się na przeszłości. Wyobraź sobie ile już dni spędziłeś w tej szkole. Pomyśl, co uważałeś we wrześniu i jak Twoje zdanie zmieniło się do końca pierwszego semestru. Roztrząsanie przeszłości w tym wypadku jest dobrym pomysłem, ponieważ sprawi, że zapomnisz o tym, co robisz w szkole. Na dodatek nasze zmiany w myśleniu i zachowaniu zmieniają się z roku na rok, jak nie z miesiąca na miesiąc, więc zawsze może to być interesująca wędrówka wzdłuż ścieżki przemiany twojego charakteru i osobowości. Poza tym spędziłeś już w budynku szkoły 9 miesięcy. Zdążysz ogarnąć to wszystko w miesiąc.

3. Zajęcia interpretacyjne

Wersję z rozszerzoną historią swojego życia możesz zamienić na dokładną analizę stanu psychologicznego Twojej klasy. Twój nauczyciel przynudza? Zamiast ostentacyjnie spać na ławce, pomyśl jakie błędy popełnia w swojej przemowie. Skończyłeś pisać nudną pracę klasową? Zamiast patrzeć bezmyślnie w okno, popatrz co mają na sobie Twoi koledzy i oceń, kto z nich najlepiej dobiera kolory. Skoro już mowa o ubraniach i nudzie, to zestawianie części garderoby innych ludzi z własnymi „stylówkami” może być ciekawym zajęciem, zajmującym co najmniej 3 lekcje. Poddaj analizie sylwetki psychologiczne innych ludzi lub ich wygląd zewnętrzny. Myśl o tym, co ci się podoba, co chciałbyś od nich przejąć. Na pewno nie zmarnujesz czasu w szkole, a wręcz się ubogacisz, budując swój styl i osobowość.

4. PLANimetria

Luźne zastępstwa, czy lekcje przyrody to doskonały czas, aby poświęcić go na planowanie. Myśl o tym, co będziesz robił w wakacje, jak spożytkujesz te dwa miesiące. Zapisz sobie na kartce najważniejsze cele, które postarasz się zrealizować. To może być przeczytanie jakiejś wartościowej książki, nauczenie się nowego języka, wyrobienie sobie formy, odwiedzenie kuzynki z linii praciotecznego dziadka szwagra babki Marcelki, albo podróż na Malediwy, tudzież do Zamościa. Jeśli uwierzysz, że zrobisz coś pożytecznego ze swoim wolnym czasem, to uda Ci się to zrobić. A przy okazji, planując już w czerwcu, będziesz pewny, że jesteś doskonale przygotowany na różne okoliczności i wykorzystanie różnych opcji osiągnięcia celu.

5. Religia

No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że Siły Sprawcze przyspieszą godziny i dni, a następnego dnia obudzisz się wolny jak ptak .

A do tego czasu trzymam gorąco za Was kciuki, że wytrwacie ten czas nic nie robienia. ;-)

P.S. Mam nadzieję, że „czas stracony” niedługo nadrobię i w wakacje będę się pojawiać częściej na moim blogu oraz będę więcej czytać Waszych notek.

Pozdrawiam serdecznie <3

/Siwa

101. Za narodowy kotlet schabowy

Witam  Was serdecznie w marcu. Dzisiaj, coś nowego na moim blogu, ponieważ przedstawię Wam w skrócie recenzję programu rozrywkowego. Nie, to nie oznacza, że się staczam. Piszę, bo serce mi tak podpowiada…

Rzadko zdarza mi się oglądać telewizję, bo za każdym razem, kiedy szukam czegoś konkretnego trafiam na nowe reinterpretacje „Szkoły” tudzież „Szpitala”… No cóż, szkoda słów. Ale wczoraj nareszcie udało mi się obejrzeć coś ciekawego i na dodatek z całą rodziną.

Sobotni wieczór to czas powrotu na antenę po prawie 4-letniej przerwie programu „Kocham cię, Polsko!”. Pamiętam, jak dawno, dawno temu oglądałyśmy go z mamą. To było coś na kształt „1 z 10″ dla mnie i dla siostry, bo każda prawidłowa odpowiedź udzielona przez nas była ogromnym osiągnięciem.

A teraz? Wstyd się przyznać, ale emocje dalej takie same. Właściwie, kiedy tylko zobaczyłam, że tata ogląda „Kocham cię, Polsko!” nie mogłam tego tak zostawić. Rozsiadłam się wygodnie (mój ortopeda nie byłby dumny z mojej pokrzywionej pozycji) i stwierdziłam, że obejrzę chociaż fragment.

Z przykrością odnotowałam fakt, że Maćka Kurzajewskiego zastąpiła Barbara o tragicznym nazwisku, czyli Kurdej-Szatan. Tę uroczą blondynkę uwielbia połowa Polski. Ja należę do tej drugiej części… Wydawała mi się ona zbyt mało charyzmatyczna do prowadzenia tego programu. Przecież tu nie chodzi tylko o ładną buźkę! Zmiana nastąpiła również w kapitanach drużyn. Zniknęła Katarzyna Zielińska. Mama z kolei ucieszyła się, że nie musi oglądać twarzy Marzeny Rogalskiej. Nie powiem, też nie darzyłam jej zbytnią sympatią za zbyt cięty język. Joanna Koroniewska, która zastąpiła panią Rogalską w ostatnich latach emisji programu, także nie pojawiła się w nowej edycji. Ich miejsce zajął Tomasz Kamel i Maciej Musiał. Bilans Maćków się zgadza. A ja jestem obojętnie nastawiona do nowych kapitanów. Nie pałam do nich sympatią, ale nie przeszkadzają mi. Grunt, to że umieją zachować się jak my należy i sprawiają, że atmosfera w studiu jest pełna radości. Teraz już rozumiem, że każdemu trzeba dać szansę. Nawet pani Kurdej-Szatan.

A co do atmosfery, to wczorajszego wieczoru bawiliśmy się wyjątkowo wspaniale. Widok Musiała przy polskich siatkarzach był wręcz komiczny. Wyważony żart kapitanów, błyskotliwe uwagi uczestników sprawiły, że czułam się jakbym oglądała program o wielkiej rodzinie. W niektórych momentach śmialiśmy się w głos, w innych czułam jak stresuję się przed każdą szansą na zdobycie punktu bez względu na drużynę (no dobra, może przy polskich siatkarzach zaciskałam kciuki trochę mocniej, ale można powiedzieć, że imponował mi ich wzrost). Kiedy udało mi się odpowiednio oszacować liczbę, albo odpowiedzieć dobrze na któreś pytanie byłam bardzo szczęśliwa (straciłam trochę szacunek do Kayah, która musiała pytać o publiczność zarówno przy utworze Wisławy Szymborskiej, jak i słynnej piosence Marka Grechuty – po piosenkarce spodziewałam się czegoś lepszego).

W tym momencie odżyła moja sentymentalna część osobowości. Bardzo cieszę się, że program wrócił na antenę. Nie tylko przez kolejną możliwość zobaczenia zmagań polskich gwiazd, nie przez moje dobre wspomnienia, ale przede wszystkim przez wartości, jakie propaguje „Kocham cię, Polsko!”. Nareszcie jest to coś mądrego, dostarczanego w przyjemnej formie rozrywki. Wiele można się nauczyć, wiele dowiedzieć. Program ogląda się bez zmęczenia i wręcz nie ma ochoty się oderwać od ekranu. Możemy się pochwalić własną tradycją, kulturą, historią. Kilka innych krajów, w tym nawet nasi sąsiedzi, mają podobne programy, ale to nawet dobrze. Lepiej mieć „Kocham cię, Polsko!” i dowiedzieć się czegoś o swoim kraju, niż oglądać tysięczny odcinek kolejnego reality-show ściągniętego z amerykańskich stacji telewizyjnych.

all składPozdrawiam serdecznie.

/Siwa

Zdjęcie ze strony
http://plejada.pl/newsy/kocham-cie-polsko-2016-zobaczcie-zdjecia-z-1-odcinka/8ncb5q

100. Tysięcy momentów z życia.

T. dzwoni do mnie i pyta:
-Masz czas gadać? Co tam?
Zostawiam niedokończoną kolację i idę pogadać z nią przez 5 minut. Wracam po pół godzinie. Kolacja już dawno wystygła.Radość, dużo radości, że ją mam (T., nie kolację).

Promocja tomiku wierszy mojej znajomej. Przed budynkiem czeka na mnie E., która kolejny raz wygląda jak gwiazda. Mała sala, cała wykonana z drewnianych materiałów. E. gra tam na skrzypach dwa utwory. Jest miło. Lubię patrzeć jak gra i robi dziwne miny, jakby chciała ziewnąć, ale nie mogła.
Zachwycenie, dużo zachwycenia.

Treser podchodzi do mnie i siedzącego wciąż psa. Właśnie odprowadził czekoladowego labradora do właścicielki.
-Jeden komentarz. – odnosi się do próby grzeczności mojego psa. – Brawo!
Siapa jest szczęśliwa jak nigdy. I nie obchodzi ją już żaden labrador.
Duma, dużo dumy.

Tata prowadzi auto skupiając się na ulicy oświetlonej latarniami.
-Rozumiesz o co chodzi w tej piosence? – moje słowa brutalnie przedzierają się przez jego zasłony zamyślenia.
-Nie. – odpowiada krótko i zwięźle.
-Mhm.. – mruczę tylko.
Śmiech, dużo śmiechu. Śmieję się nawet w domu, kiedy ściągam buty.

Wchodzę do autobusu, a Mt. znowu stoi jako jedyny. Podchodzę do niego i bardzo mu współczuję, bo ja za pół kilometra będę miała miejsce, kiedy chłopak po lewej wysiądzie. Ale w końcu siadamy razem. Już któryś raz pod rząd. I rozmawiamy, albo nie. Najpierw to ja się śmiałam. Teraz również on się uśmiecha bardzo szeroko i czasem zaśmieje się bardzo szczerze.
Radosne poranki, dużo radosnych poranków.

N. kroi banany u nas w kuchni.
-Robimy sałatkę owocową z kiwi. Zrobić ci porcję bez? – pyta mnie.
-Nie, powybieram sobie.
P. patrzy zdumiona.
-Dlaczego miałaby nie jeść kiwi? – zwraca się do N.
N. patrzy na nią, trzymając nóż w ręce.
-Bo ona nie lubi kiwi. – odpowiada bez wahania.
Przyjaciele, dużo prawdziwych przyjaciół.

Festiwal Młodych Talentów. Razem z E. siedzimy na balkonie. Z góry doskonale widać scenę. Nad naszymi głowami znajduje się jedyne źródło światła, ogromny reflektor. Blask jego światła jest taki ciepły. Wszystko wokół czarne i ciche. Tylko scena i ludzie, którzy śpiewają i tańczą. Czasem bardzo delikatnie, czasem żywiołowo. A kiedy kończą, razem z E. drzemy się i głośno klaszczemy.
Talenty, dużo talentów.

Razem z T. stoimy w pięknym miejscu w mieście. Ta uliczka jest tak cudowna, że obie mamy ochotę przenieść się tu natychmiast. Tylko gromady gołębi wzbudzają podejrzenie T. Przyszłyśmy tu robić zrobić parę ujęć potrzebnych dla ludzi na wysokich stanowiskach. Wszystko, co ma wyjść pięknie okazuje się być paskudne. Jedyne dobre ujęcia to te, na których się wydurniam, śmieję, jestem sobą. Ale T. ma cierpliwość, chociaż rezygnuje z wizji dobrego, pożywnego obiadu. Później trzymam jej drożdżówkę z budyniem w dłoniach i podsuwam jej pod nos.
-Weź sobie gryza jak chcesz. – mówię z pełnymi ustami.
-Aleś ty szczodra. – odpowiada, próbując ugryźć własny obiad. Zdjęcia, dużo zdjęć.

Podziemia kina, gdzie kiedyś mieściła się restauracja. E., Ch. i ja idziemy na zaplecze przez drzwi bez klamek. Wchodzimy do pomieszczeń socjalnych, gdzie śmierdzi pająkami i środkami chemicznymi osiadłymi na wszędobylskich płytkach. E. wygląda jak anioł w swojej białej sukience do ziemi. Ale to ona pierwsza wchodzi do ciemnych pomieszczeń. Kiedy jeden magazyn przechodzi w drugi i nic już nie widać, włączam latarkę. E. znajduje ogromne rury oblepione folią aluminiową. To koniec labiryntu, dotarłyśmy do końca, ale wszystkie trzy mamy ochotę na jeszcze. Ch. przechodzi szybko obok mnie, co automatycznie sprawia, że mam ochotę krzyczeć i uciekać. Unikała tylko ściany, robiąc przeskok.
Zakamarki, dużo zakamarków.

M. robi dla mnie herbatę i opowiada o zbliżających się kartkówkach i sprawdzianach. W końcu siadamy na jej łóżku i śmiejemy się tak szczerze, że po chwili bolą mnie policzki od uśmiechania się. Super jest przychodzić do niej tylko na herbatę.
Wieczory, dużo zaparowanych wieczorów.

Podziemia kina. E. gra na skrzypach. Tylko dla mnie i dla K. Ta druga zahipnotyzowana jest palcami naszej koleżanki, które poruszają się tak szybko, jak maleńkie robaczki. A ja nie mogę oderwać wzroku od smyczka, który zdaje się głaskać struny.
Pasja, dużo prawdziwej pasji.

Ubrana w buty tak brudne, że nie widać już ich koloru, leginsy, na których widać odciśnięte paski błota i kurtkę, która tak bardzo śmierdzi psem, że z powodzeniem mogłaby go udawać, idę w las. Siapa ciągnie mnie w głąb lasu. 30 metrów od drogi asfaltowej. Boję się, że poślizgnę się na śniegu i co pięć minut zerkam na wszystkie strony, żeby przekonać się, że jesteśmy tu same. I jak na złość nie ma żadnego mordercy z siekierą. Tylko gałęzie trzaskają, ptaki wzbijają się w powietrze, a ostatnie jeszcze krople deszczu głośno opadają na ściółkę. Dobrze, że przynajmniej mój pies jest odważny.
Paranoje, dużo dziwnych paranoi.

Oczy już prawie zamknięte. Pocieram je zniecierpliwiona. Drażniące światło monitora wypala mi źrenice. Nogi bolą mnie po całodziennym bieganiu. Palce straciły już opuszki na rzecz twardych nakładek stukających po klawiaturze. A w myślach przewijają mi się wszystkie rolki z ostatnich trzech dni. Pełno ludzi, pełno emocji, pełno wydarzeń, pełno tajemniczych miejsc. To najlepsze co mnie ostatnio spotyka. Myślę, że spełnienie jest wtedy, kiedy kładę się do spania i myśląc o minionym dniu przywołuję najwięcej dobrych wspomnień.
To ogromne szczęście. Ogromne szczęście jest też wtedy, kiedy bez względu na sytuację i osobę, z którą przebywam śmieję się tak szczerze, że aż boli mnie brzuch. Zaczął się Wielki Post. Wszyscy się smucą, a ja zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej. Sama do siebie, sama do wspomnień, sama z siebie. Co niektórzy moi przyjaciele i znajomi chwytają ten rodzaj żartu i też się śmieją jak szaleńcy.
Śmiejmy się wszyscy. Niech ten czas będzie piękny, bo w myśl zasady Zenona z Kitionu jutro na pewno nie będzie już tak fajnie jak dzisiaj. Bo po spokoju przychodzi burza, a po dniu – noc.

jaoida

Pozdrawiam czule (dzięki A., za takie pozdrowienia)

/Siwa

98. Lodowiskowy survival, czyli poradnik dla średnio zaawansowanych.

Jeśli popatrzycie teraz za okno, to możliwe, że zobaczycie śnieg.

To oznacza, że przyszła zima.

Nareszcie możemy ze spokojem sumienia iść na lodowisko, bo przy ujemnych temperaturach raczej się nie roztopi.

Więc dzisiaj o lodowisku to i owo.

Zaczynajmy.

 

Ludzie chodzą na lodowiska po to, aby się rozerwać, spotkać ze znajomymi czy chociażby się poruszać. Obstawiam, że większość z Was jest średnio zaawansowana w jeździe na łyżwach. I to właśnie ten etap jest najgorszy z możliwych, bo na lodowisku musimy unikać prawie wszystkich typów łyżwiarzy. Jakich i dlaczego? Postaram się Wam to w krótkim czasie wyjaśnić.

Pierwszy typ, to nowicjusze. Cechą charakterystyczną tej grupy jest przylepienie się jedną dłonią do barierki. Nie istnieje możliwość oderwania jej pod żadnym pozorem. Omijanie osób, które zatrzymały się przy barierce przez nowicjuszy zawsze kończy się przytulasem. Trzeba im wybaczyć, bo przecież nie mogą oderwać dłoni od barierki. Unikanie nowicjuszy nie jest trudnym zadaniem. Wystarczy nie zatrzymywać się zbyt długo przy bandzie i nie wjeżdżać w nich, kiedy chcecie się zatrzymać. Banał!

Gorzej jest z grupą zaawansowanych nowicjuszy. Te osobniki oddalają się od barierki zaledwie na metr. Dłoń wciąż tęskni za jej dotykiem. Poruszają się w zawrotnym tempie babci, przechodzącej przez przejście dla pieszych. Ich nogi są pewne jak nóżki 8-miesięcznego bobasa. W każdej chwili mogą się przewrócić bez specjalnego powodu. Najlepiej trzymać się od nich na dwa metry, aby zareagować, kiedy wywiną orła. Poza tym nie są zbytnio szkodliwą grupą.

Z kolei małe dzieci stwarzają niewyobrażalne katastrofy na lodowisku. Kiedy widzisz małego brzdąca ledwo posuwającego na malusieńkich łyżewkach może Ci się wydawać, że to urocze. Nic bardziej mylnego! Jeśli przewróci się tuż pod Twoimi nogami, to jego paluszki prawdopodobnie mogą skończyć w ambulansie, położone w pudełeczku zaraz obok ogołoconej dłoni. Straszne, czyż nie? Dzieci, które nie umieją jeździć ZAWSZE powinny mieć ze sobą rodziców, aby Ci mogli je podnieść, jeśli się przewróci. Czasem zdarzają się jednak typowi XXI-wieczni rodzice, którzy puszczają malucha samego, albo kilka metrów od siebie. Trudno unikać takich dzieci, bo są wszędzie. A jak coś im się stanie, to ten rodzic, który jeszcze chwilę temu oddalił się od dziecka przyjedzie Ci wpierdzielić… Nic fajnego.

Warto rozróżnić dzieci, które są pierwszy raz na łyżwach, które opisywałam przed chwilą oraz dzieci, które spokojnie możemy już określić jako zawodowców. To małe popylacze, które narobią Ci wstydu, bo one umieją jeździć tyłem. Kiedy jedzie taki przy Tobie lepiej się zatrzymaj, bo w jeździe na lodzie i tak przegrasz. Te dzieciaki sprawnie manewrują pomiędzy nogami dorosłych. Łatwo je jednak pomylić z pierwszą grupą. Nigdy nie jesteśmy przygotowani na to, że dziecko wyjedzie Ci przed samymi łyżwami.

Jedna z najbardziej strasznych grup to cwaniaki. Zazwyczaj to osobniki płci męskiej, którzy przychodzą, aby „wyrwać jakieś foczki”. Problem w tym, że oni opanowanie stania na łyżwach nazywają jazda. Takie cwaniaki najczęściej działają w grupach. Są w stanie przejechać przez środek lodowiska, wjechać prosto na Ciebie, a potem jeszcze cisną z tego beke. Nie fajnie… Z racji, że poziom ich inteligencji sięga ujemnego poziomu nie zrozumieją żadnej perswazji, a Twoje krzyki i wyklinanie zrozumieją jako pochwałę.

Jednak zdecydowanie największe problemy na lodzie stwarzają tzw. dysmózgi. Są to osoby, które nie rozróżniają kierunku jazdy. Jeżdżą pod prąd, a ty modlisz się, żeby wyjść cało z kraksy. Nie wiem czy ich jazda wynika z brawury, głupoty, czy serio nie odróżniają kierunków jazdy. Takich ludzi najlepiej przewrócić od razu i „lekko” im wytłumaczyć, że na tym lodowisku obowiązuje ruch jednostronny.

Na każdym lodowisku znajdzie się jakiś swagman, który przyszedł tam, aby „podszlifować swoją super jazdę”, albo „pojeździć dla szpanu”. Ich terytorium ogranicza się do środka lodowiska. Czasem tylko przejeżdżają pomiędzy ludźmi, aby napędzić im strachu. Ich łyżwy mają magiczne zdolności jazdy tyłem, skakania, latania itd.To raczej oni uważają na nas, przeciętniaczków. Grunt to nie zazdrościć, kiedy widzi się takiego kolesia i nie zajeżdżać mu drogi, bo upadek może być bolesny. Podstawowa zasada jak ich unikać: pod żadnym pozorem nie wolno wyjeżdżać na sam środek lodowiska.

To już wszystkie typy łyżwiarzy. Wniosek jest więc prosty. Jeśli idziesz na lodowisko raz na rok, jeździsz pewnie, ale jak ktoś pyta czy umiesz, to zawsze zaprzeczasz, to oznacza, że jesteś PRZECIĘTNIACZKIEM. Jak ja xD

Podsumowując:
Każda z tych grup powinna mieć osobne lodowisko…
Przeciętniaczki muszą unikać wszystkich.

Najlepiej nie chodzić na łyżwy.

Oczywiście, że chodzić! Łyżwy są super. Tylko przy -4^C zamarzał mi język.

12540255_1021203511284774_2064625022_nJakie były Wasze najciekawsze przygody na lodowisku? Z jakim typem ludzi mieliście okazję się spotkać? :)

Pozdrawiam Madzię, gwiazdę nowego zdjęcia ^^

/Siwa

96. Kolejne opakowanie po wyciągach.

Wpis w tym wyjątkowym dniu zadedykowany jest moim przyjaciołom: K. i N. Za wszystkie filmy, za to, że nawet najgorszy tydzień kończy się, kiedy przychodzicie w piątek, za wyjadanie mi jedzenia z lodówki, za Wasze otwarte ramiona, za wsparcie, za śmiech, za to, że mnie słuchacie, wspieracie i pomagacie rozwiązywać wszystkie problemy. Dziękuję, że zawsze mogę na Was liczyć. Powtórzmy ten rok jeszcze raz <3

Z każdym rokiem jest tak, jak z opakowaniami po gumkach do aparatu (tzw. wyciągiam). Aparaci i aparatki zrozumieją… Kiedy kończy się jedno opakowanie, nikt po nim nie płacze, tylko wyciąga kolejne.

Nowy rok to nowe postanowienia. Oczywiście 2016 postanowień, że schudniesz, że się będziesz uczyć… Bez sensu. Dla sprostowania; postanowienia są w porządku, chociaż  preferowałabym raczej osiągnięcia. Bez zbędnych rozczarowań. Nie widzę więc potrzeby wypisywania tego, co planuję. Za to powspominam trochę ten stary już 2015 rok. Oczywiście w skrócie, bo jakbym miała opisywać każdą historię to zajęłoby mi to przynajmniej kolejny rok. Nie mogę też wszystkim podziękować, bo na każdą osobę poświęciłabym jedną notkę. :lol:

Dlatego jeszcze raz; dzięki dwa zero jeden pięć

20151231_072618Za każdy piękny poranek, za każde słońce, za czyste niebo.

20151217_173057.jak-zmniejszyc-fotke_plZa każdą magiczną chwilę.

20151230_230134Za każdą chwilę spokoju.

20151231_072642.jak-zmniejszyc-fotke_pl20151129_143059~2.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie spełnione marzenia, i za ludzi, którzy je spełniają.
Za każdą bestię, która nie chce wyjść na zewnątrz.

20160101_143523.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie podróże.

Snapchat-5686250883042051104Za tych prawdziwych i szalonych.

20151231_19383220151231_193632

 

 

 

 

Za M., z którą spędziłam ostatni dzień. Dzięki 2015, że przywróciłeś mi ją na nowo.

 

20151231_235204Za dobre i złe chwile. Chociaż wolałabym zapamiętać tylko te dobre.

Boże
Jeśli to czytasz
To chcę
Żebyś wiedział
Że doceniam to
Co mi dajesz.

 

Nie wiem czego Wam wszystkim życzyć. Napiszcie w komentarzach, co byście chcieli usłyszeć w ramach życzeń :)

Pozdrawiam noworocznie

/Siwa

95. Starość, zdecydowanie NIE radość.

Witam, po krótkiej przerwie spowodowanej:

1.blablablablaa

2. BlaBlaBlaaBla

3. bLAbLAbLAbLA

Tak, doskonale wiem, jak bardzo to wszystkich interesuje, ale przejdźmy dalej.

Dzisiaj opowiem Wam o starości, ale morał poznacie już na samym początku.

Starość w samotności to nic fajnego.

Wszyscy wiemy o co chodzi. Każdy zgodzi się z tym zdaniem. Nie muszę tutaj rozprawiać o zalecie posiadania rodziny, o dziadkach w domach spokojnej starości innych. To prawdopodobnie przerobiliście już dobre kilka/kilkanaście lat temu. Więc po co piszę o sprawach, które są tak oczywiste, że nie ma sensu rozwijać ich więcej? Jedynym moim zamiarem jest pokazanie Wam tego w praktyce.

Niedziela, dokładnie dwa tygodnie temu. Siedzę z tatą i Julką w jadłodajni w mieście i spokojnie jem obiad. (Nie pytajcie mnie dlaczego nie jedliśmy w domu. Nie moja wina, że moja mama poszła na studia zaoczne. Nikt poza nią nie został obdarzony talentem kulinarnym. A tam serio jest bardzo tanio…) Nagle do kasy podchodzi bardzo starsza pani (wybaczcie, ale ona serio była bardzo starsza) i próbuje zamówić jedzenie na wynos. Chodzi powoli, opiera się laskę, przejście 5 metrów zajmuje jej około minuty. Nie słyszy wszystkiego, mówi, prawie krzycząc, ma na sobie długi płaszcz i jeszcze kilka warstw ubrań, w ręku trzyma nieodłączną reklamówkę. Sytuacja wydaje się normalna – schorowana starsza pani przychodzi sobie po obiad. Ale z drugiej strony… Przy stoliku blisko kasy również siedzi babcia, ale z młodą kobietą. Wygląda na zadbaną, a kiedy idzie, córka trzyma ją pod ramię.

W pewnym momencie pomiędzy starszymi paniami nawiązał się dialog. Okazało się, że doskonale się znają, ale dawno się nie widziały. Samotna staruszka, zapytana o wiek, odpowiedziała, że ma 95 lat. Jej koleżanka, była od niej kilka lat młodsza. Opowiedziały sobie jeszcze na jakie przypadłości cierpią, a po chwili starsza kobieta ruszyła w drogę powrotną.  W tym samym momencie córka 92-letniej pani zapytała ją: „Mamo, co chcesz zjeść?”

Cała ta sytuacja tak bardzo mnie rozczuliła. Z jednej strony byłam pełna podziwu dla 95-letniej staruszki, która jest jeszcze w stanie sama obejść do sklepu, czy na obiad. No właśnie – obiad. Obiad w niedzielę. Powinna go spędzać z kimś, kto się nią zaopiekuje, zapyta co chciałaby zjeść, zatroszczy się o to, czy nie poślizgnie się na zamarzniętym chodniku… Starość w samotności to zdecydowanie najsmutniejsza rzecz jaka się może człowiekowi trafić.

Pozdrawiam ciepło i może do następnego wpisu wkrótce. Pozwólcie, że najpierw nadrobię zaległości w czytaniu innych blogów.

/Siwa

94. Lubimy zabijać, czyli krótki i długi film o zabijaniu.

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat zabijania, a właściwie problemu jakim jest odbiór morderstwa przez współczesne społeczeństwo w oparciu o film Krzysztofa Kieślowskiego oraz serię „Igrzyska Śmierci”, który jest ostatnio fenomenem wśród młodzieży.

Tak wyglądałby wstęp do mojego przemówienia.

Gdyby to było przemówienie.

Gdyby to był język polski.

Gdyby to była poważna osoba.

Ale, to tylko mój blog. Więc, jak w temacie, wiecie o czym chcę napisać. Temat wielce nie „jajcarski” ani nawet zabawny, ale ciężko mi będzie pisać dla Was jak dla mojego wychowawco-polonisty. (Przed chwilą napisałam interpretację jakiegoś wiersza, więc limit pisania tekstów poważnych już wyczerpany.)

Wróćmy do tematu, bo skończy się na tym, że opowiem Wam co ostatnio robiła Siapa i czemu lata po ogrodzie jak potłuczona i szczeka na powietrze…

„Krótki film o zabijaniu”, który obejrzałam ostatnio, co prawda z przymusu, był jednym z najdziwniejszych, najstraszniejszych, najlepszych i najmocniejszych filmów ostatnich czasów. Moich czasów, bo film jest już całkiem stary. Wydarzenia rozgrywają się w Warszawie. Do stolicy przyjeżdża młody, zagubiony i małomówny chłopak, który próbuje uciec od traumy, jaka go spotkała w rodzinnej miejscowości. Morduje sobie taksówkarza. Właśnie tak – „morduje sobie”, ponieważ nie ma żadnego motywu i nie wiadomo do końca czy robi to z nudy, czy próbuje odreagować stres. Mało istotny jest w tym momencie wątek młodego adwokata, kara zabójcy i egzekucja. Większość osób (pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wszyscy), którzy oglądali ten film twierdzą, że to sama scena morderstwa taksówkarza była dla nich najmocniejszym przeżyciem. Dlaczego jęki i charczenie duszonego mężczyzny, zakrwawiony wzrok ofiary, dobicie mężczyzny kamieniem wywiera na widzach takie wrażenie?

Moim zdaniem jesteśmy przyzwyczajeni do zabijania i mordowania ludzi, więc nie dziwi nas taki motyw w filmach. Jednak zawsze jest to ukazane w bardzo ogólny sposób. Strzał, uderzenie, upadek, krew, krew na podłodze, krew na rękach, zimne oczy trupa, koniec. Nie spotykamy się z katowaniem ofiary przez ponad 5 minut na oczach widzach. Reżyserzy zazwyczaj odpuszczają nam dźwięki wydawane przez zabijanych ludzi. Ja również nie mogłam tego słuchać i w najgorszych momentach odwracałam wzrok i zamykałam uszy.

Czym dla nas teraz jest zabijanie?

Wiele osób oglądało całą serię „Igrzyska Śmierci„, bądź czytało całą sagę. Można zaliczyć mnie w poczet dobrych fanów tej serii. Za sobą mam już nawet wizytę do kina na premierę ostatniej części. Prawie cała sala była pełna. Ale o czym myślimy po obejrzeniu takiego filmu?

Większość pewnie o tym, dlaczego Katniss wybrała Peet’ę a nie Gale’a.

Albo tak, jak ja – dlaczego musiał zginąć akurat Finnick?

Jak odbieramy zabijanie w tym filmie? Sam temat mordowania wyszukanymi sposobami jest jednym z głównych problemów. Prezydent Snow uwielbia bawić się ludzkim życiem i oglądać wyszukane egzekucje swoich wrogów. Czy jest to tylko fikcja literacka wymyślona przez Suzanne Collins, aby zabawić nastolatków współczesnego świata?

Sama autorka powieści powiedziała: „To nie jest książka dla dzieci. To jest powieść dla dojrzałych młodych ludzi, którzy rozumieją, że okrucieństwo jest częścią historii ludzkości, którzy potrafią dostrzec jego znamiona w najbardziej wyrafinowanych formach i którzy jak Katniss mają w sobie odwagę i determinację, by mu się przeciwstawić.” Może ktoś z Was pomyśli nie tylko o wątku miłosnym, ciekawych postaciach i dobrej akcji, ale skupi się też na tym, że morderstwa, które miały miejsce na arenie wcale nie były „tylko” morderstwami. Gdyby nasze społeczeństwo nie było tak znieczulone przez media, prawdopodobnie odwracalibyśmy wzrok od każdej sceny egzekucji, która pojawiła się w całym tym filmie.

Jeśli nie porusza nas mordowanie na ekranach to jak zareagujemy na okrucieństwo śmierci w prawdziwym życiu? Może jesteśmy już tak znieczuleni, że nawet nie odwrócimy wzroku? Może cierpienie drugiego człowieka stało się dla nas „chlebem powszednim”?

I tak oto przeszliśmy do poważnej refleksji.

Zostawiłabym to tak, żebyście mogli sobie w ciszy to przemyśleć, ale chciałam Was jeszcze przeprosić za brak notki w poprzednim tygodniu. Miałam o czym pisać, ale jedyne czym Bóg mnie ostatnio nie obdarzył hojnie jest CZAS.

Więc pozdrawiam serdecznie i zostawiam Wam trzy kropki na przemyślenia.

/Siwa

93. Nie każdy Ukrainiec jest szmuglerem, czyli wywody na temat polskiego serialu.

Od niedawna na TVP1 emitowany jest serial pod intrygującą nazwą „Dziewczyny ze Lwowa„. Przeciętny telewidz jest usatysfakcjonowany poziomem owego serialu i nie doszukuje się w nim niczego konkretnego. Dobra gra aktorska, ciekawe wątki – ogółem, zasługuje na Oscara.

Jak głosi sam tytuł, serial opowiada historię kilku młodych dziewczyn, które przyjechały do Polski ze Lwowa, aby szukać pracy i wspomóc swoje rodziny w ojczyźnie. Hmm… Niby nic takiego, ale czy naprawdę musiał powstać taki serial akurat w tych czasach? Producenci chyba nie przewidzieli, jaka nagonka będzie po wyemitowaniu pierwszego odcinka. Niektórzy doszukują się tam podtekstów politycznych, a reszta zwyczajnie ma dosyć dręczącego ich tematu Ukrainy. 

Może przejdźmy do mojego stanowiska w tej sprawie. Jak wiecie, nie oglądam takich typowych seriali polskich, i jak na razie, nie mam czego żałować. Kilka dni temu trafiłam jednak na jeden z odcinków „Dziewczyn ze Lwowa”, oglądając z tatą telewizję. Zaciekawił mnie tytuł i pomyślałam, że nie może być tak źle, może będzie na poziomie. Oczywiście, przeliczyłam się. Raczej nie powinnam wypowiadać się na temat całego serialu o obejrzeniu jednego odcinka. Jeśli jednak się mylę, wyprowadźcie mnie z błędu…

Zaskoczyło mnie to, jak stereotypowo podchodzi się tam do Ukraińców. Młode dziewczyny, które tylko sprzątają w innych domach, a u siebie w domu tragedia i dramat życiowy. Jeszcze bardziej zaszokowało mnie przedstawienie jednej z dziewczyn, która, aby pomóc swojej pracodawczyni proponuje jej nielegalne szmuglowanie polskiej produkcji ubranek za granicę. Ok, wiem, że takie rzeczy się dzieją. Ukrainki przyjeżdżają za robotą, zazwyczaj jako sprzątaczki. Niektórzy trudnią się też nielegalnym przewożeniem towarów za granicę. No, ale czy to wszystko musi być tematem serialu pseudo-obyczajowego? Stereotypy to ostrożny temat, ponieważ jeśli ktoś weźmie ten serial na poważnie to dojdzie do powstania nowej fali ksenofobów. Wydaje mi się, że nie o to chodziło producentom serialu…

Czy my serio tak myślimy o Ukraińcach? Czy szufladkujemy ich i określamy etykietką „niewolnice”, „przemytnicy”? Czy nie wstyd nam, że tak postrzegamy naszych sąsiadów? Wydaje mi się to trochę zaściankowe i płytkie. Nie mówię, że mamy ich kochać, a siebie poniżać, aale..

Czy nam byłoby miło, gdyby za granicą powstał serial opowiadających o „Polaczkach”? Gdzie bylibyśmy przedstawieni jako śmieciarze z rozwiniętym mięśniem piwnym, niosący reklamówkę z „Biedronki” w słynnych sandałach i skarpetkach? Czy zgodzilibyśmy się na takie pokazywanie nas w obcym kraju? Jako złodzieje, szmuglerzy, kłamcy i kombinatorzy. Alkoholicy, podkradający hotelowe wyposażenie. Jeśli widzą „swojego” za granicą, to muszą go wykorzystać do ostatniej złotówki. Czy tak chcielibyśmy być odbierani w innych krajach? Nie wydaje mi się. Wyznając więc zasadę „nie rób drugiemu co tobie niemiłe”, stwierdzam, że ten serial ma prawo budzić kontrowersje i sprzeciw nawet ze strony samej Ukrainy.

Liczę na to, że może w którymś odcinku pokażą Ukrainki z dobrej strony, bo wierzę, że niektórzy właśnie takową stronę mają. Dokładnie tak samo, jak nie każdy Polak jest złodziejem, tak nie każdy Ukrainiec jest szmuglerem. Może dla kogoś to dobry serial, z genialną obsadą i interesującą fabułą. Wydaje mi się jednak, że co mądrzejsi Polacy pomyślą o tym, czy oglądanie tego serialu ma jakikolwiek sens.

11 listopada pozdrawiam patriotycznie.

/Siwa

92. Nie zamknę świata w obiektywie.

Często jest tak, że do pewnych przemyśleń dorastam później niż wszyscy. A kiedy już coś odkryję to wydaje mi się to niesamowite i muszę się z kimś tym podzielić, podczas gdy inni doszli do tego etapu już 2 lata wcześniej i jest to dla nich oczywistością.

No cóż, ale, że ja jestem inna, ten blog jest inny (w sumie nie jest, aż taki wyjątkowy), to tematyka też musi być inna i w moim stylu.

Zrozumiałam ostatnio, że nic nie dorówna chwili. Nic nie odda jej emocji, barw, kolorów, ulotnej chwili, przestrzeni. Najlepszy nawet fotograf nie jest w stanie uchwycić świata tak pięknego jakim jest. Jeśli więc zdjęcie jest wyjątkowo genialne, to wyobraźcie sobie, jak musi to wyglądać na żywo.

Każda nasza chwila to taka magiczna cząstka składająca się na całość. Przechowujemy je w maleńkich flakonikach na półkach naszej głowy i otwieramy je tylko w niektórych momentach.

Piękna takich chwil nie uchwyci nie tylko fotografia, ale nawet żadne słowa nie są w stanie opisać magicznego momentu. Dla kogoś to może być tylko nic nieznaczący incydent, ale ty byłeś tak podekscytowany i urzeczony, że zabrało ci mowę.

Żadne słowa nie oddadzą tej chwili, kiedy stoisz na skale na urwisku i czujesz, że latasz, a domy są taak daleko.

Żadne zdjęcia nie oddadzą tej chwili, kiedy siedzisz pomiędzy dwójką swoich przyjaciół, oglądacie film i jecie własnoręcznie upieczone krakersy i jest tak idealnie.

Żadne słowa nie oddadzą tej chwili, kiedy siedzisz na trawie, a twój pies dyszy koło ciebie i razem oglądacie całą miejscowość z góry.

Żadna fotografia nie odda tej chwili, kiedy jedno spojrzenie, jedno przytulenie zmienia wszystko. Kiedy już jest dobrze, już nie trzeba słów.

Żadne słowa nie opiszą tego uczucia, kiedy wstajesz najwcześniej w domu i widzisz najpiękniejsze wschody słońca.

Żadna fotografia nie odda tej chwili, kiedy twoja koleżanka z ławki widzi, że płaczesz, wie dlaczego i bez zbędnych słów cię przytula, a potem jest już tylko lepiej.

Żadne słowa nie oddadzą tej chwili, kiedy piszesz z ludźmi, z którymi nie widziałeś się i nie rozmawiałeś od kilku miesięcy i wydaje się, że nic już tego nie zmieni.

Żadna fotografia nie odda tej chwili, kiedy bez końca zatracasz się w muzyce.

Żadne słowa nie opiszą tego momentu, kiedy przeżywasz losy bohatera książki bardziej niż własne życie.

Żadne słowa nie opiszą tej chwili, kiedy czytasz komentarze pod wypocinami, które piszesz, kiedy słyszysz dobre słowo na temat swoich artykułów, kiedy ludzie cię chwalą, ale w dobry sposób.

Właśnie dlatego mam aparat, ale używam go rzadko, albo tylko na specjalnych sesjach. Dlatego nigdy się nie przekonam do robienia zdjęć w muzeum, w górach, na wakacjach, w każdym miejscu gdzie się było. Bo pomimo tego, jak piękne to zdjęcie nie będzie, to i tak nie przeniesiesz się tam jeszcze raz, nie uchwycisz całego piękna.

Nie powiedziałam tego pierwsza, i pewnie nie ostatnia, że świata nie da się zamknąć w obiektywie.

A wy jaką chwilę (z pozoru mało ważną, ale dla was magiczną) chcielibyście zachować na zawsze? Pomyślcie o czymś najmniej oczywistym, o czymś mało zauważalnym. :D

/Siwa