95. Starość, zdecydowanie NIE radość.

Witam, po krótkiej przerwie spowodowanej:

1.blablablablaa

2. BlaBlaBlaaBla

3. bLAbLAbLAbLA

Tak, doskonale wiem, jak bardzo to wszystkich interesuje, ale przejdźmy dalej.

Dzisiaj opowiem Wam o starości, ale morał poznacie już na samym początku.

Starość w samotności to nic fajnego.

Wszyscy wiemy o co chodzi. Każdy zgodzi się z tym zdaniem. Nie muszę tutaj rozprawiać o zalecie posiadania rodziny, o dziadkach w domach spokojnej starości innych. To prawdopodobnie przerobiliście już dobre kilka/kilkanaście lat temu. Więc po co piszę o sprawach, które są tak oczywiste, że nie ma sensu rozwijać ich więcej? Jedynym moim zamiarem jest pokazanie Wam tego w praktyce.

Niedziela, dokładnie dwa tygodnie temu. Siedzę z tatą i Julką w jadłodajni w mieście i spokojnie jem obiad. (Nie pytajcie mnie dlaczego nie jedliśmy w domu. Nie moja wina, że moja mama poszła na studia zaoczne. Nikt poza nią nie został obdarzony talentem kulinarnym. A tam serio jest bardzo tanio…) Nagle do kasy podchodzi bardzo starsza pani (wybaczcie, ale ona serio była bardzo starsza) i próbuje zamówić jedzenie na wynos. Chodzi powoli, opiera się laskę, przejście 5 metrów zajmuje jej około minuty. Nie słyszy wszystkiego, mówi, prawie krzycząc, ma na sobie długi płaszcz i jeszcze kilka warstw ubrań, w ręku trzyma nieodłączną reklamówkę. Sytuacja wydaje się normalna – schorowana starsza pani przychodzi sobie po obiad. Ale z drugiej strony… Przy stoliku blisko kasy również siedzi babcia, ale z młodą kobietą. Wygląda na zadbaną, a kiedy idzie, córka trzyma ją pod ramię.

W pewnym momencie pomiędzy starszymi paniami nawiązał się dialog. Okazało się, że doskonale się znają, ale dawno się nie widziały. Samotna staruszka, zapytana o wiek, odpowiedziała, że ma 95 lat. Jej koleżanka, była od niej kilka lat młodsza. Opowiedziały sobie jeszcze na jakie przypadłości cierpią, a po chwili starsza kobieta ruszyła w drogę powrotną.  W tym samym momencie córka 92-letniej pani zapytała ją: „Mamo, co chcesz zjeść?”

Cała ta sytuacja tak bardzo mnie rozczuliła. Z jednej strony byłam pełna podziwu dla 95-letniej staruszki, która jest jeszcze w stanie sama obejść do sklepu, czy na obiad. No właśnie – obiad. Obiad w niedzielę. Powinna go spędzać z kimś, kto się nią zaopiekuje, zapyta co chciałaby zjeść, zatroszczy się o to, czy nie poślizgnie się na zamarzniętym chodniku… Starość w samotności to zdecydowanie najsmutniejsza rzecz jaka się może człowiekowi trafić.

Pozdrawiam ciepło i może do następnego wpisu wkrótce. Pozwólcie, że najpierw nadrobię zaległości w czytaniu innych blogów.

/Siwa

94. Lubimy zabijać, czyli krótki i długi film o zabijaniu.

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat zabijania, a właściwie problemu jakim jest odbiór morderstwa przez współczesne społeczeństwo w oparciu o film Krzysztofa Kieślowskiego oraz serię „Igrzyska Śmierci”, który jest ostatnio fenomenem wśród młodzieży.

Tak wyglądałby wstęp do mojego przemówienia.

Gdyby to było przemówienie.

Gdyby to był język polski.

Gdyby to była poważna osoba.

Ale, to tylko mój blog. Więc, jak w temacie, wiecie o czym chcę napisać. Temat wielce nie „jajcarski” ani nawet zabawny, ale ciężko mi będzie pisać dla Was jak dla mojego wychowawco-polonisty. (Przed chwilą napisałam interpretację jakiegoś wiersza, więc limit pisania tekstów poważnych już wyczerpany.)

Wróćmy do tematu, bo skończy się na tym, że opowiem Wam co ostatnio robiła Siapa i czemu lata po ogrodzie jak potłuczona i szczeka na powietrze…

„Krótki film o zabijaniu”, który obejrzałam ostatnio, co prawda z przymusu, był jednym z najdziwniejszych, najstraszniejszych, najlepszych i najmocniejszych filmów ostatnich czasów. Moich czasów, bo film jest już całkiem stary. Wydarzenia rozgrywają się w Warszawie. Do stolicy przyjeżdża młody, zagubiony i małomówny chłopak, który próbuje uciec od traumy, jaka go spotkała w rodzinnej miejscowości. Morduje sobie taksówkarza. Właśnie tak – „morduje sobie”, ponieważ nie ma żadnego motywu i nie wiadomo do końca czy robi to z nudy, czy próbuje odreagować stres. Mało istotny jest w tym momencie wątek młodego adwokata, kara zabójcy i egzekucja. Większość osób (pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wszyscy), którzy oglądali ten film twierdzą, że to sama scena morderstwa taksówkarza była dla nich najmocniejszym przeżyciem. Dlaczego jęki i charczenie duszonego mężczyzny, zakrwawiony wzrok ofiary, dobicie mężczyzny kamieniem wywiera na widzach takie wrażenie?

Moim zdaniem jesteśmy przyzwyczajeni do zabijania i mordowania ludzi, więc nie dziwi nas taki motyw w filmach. Jednak zawsze jest to ukazane w bardzo ogólny sposób. Strzał, uderzenie, upadek, krew, krew na podłodze, krew na rękach, zimne oczy trupa, koniec. Nie spotykamy się z katowaniem ofiary przez ponad 5 minut na oczach widzach. Reżyserzy zazwyczaj odpuszczają nam dźwięki wydawane przez zabijanych ludzi. Ja również nie mogłam tego słuchać i w najgorszych momentach odwracałam wzrok i zamykałam uszy.

Czym dla nas teraz jest zabijanie?

Wiele osób oglądało całą serię „Igrzyska Śmierci„, bądź czytało całą sagę. Można zaliczyć mnie w poczet dobrych fanów tej serii. Za sobą mam już nawet wizytę do kina na premierę ostatniej części. Prawie cała sala była pełna. Ale o czym myślimy po obejrzeniu takiego filmu?

Większość pewnie o tym, dlaczego Katniss wybrała Peet’ę a nie Gale’a.

Albo tak, jak ja – dlaczego musiał zginąć akurat Finnick?

Jak odbieramy zabijanie w tym filmie? Sam temat mordowania wyszukanymi sposobami jest jednym z głównych problemów. Prezydent Snow uwielbia bawić się ludzkim życiem i oglądać wyszukane egzekucje swoich wrogów. Czy jest to tylko fikcja literacka wymyślona przez Suzanne Collins, aby zabawić nastolatków współczesnego świata?

Sama autorka powieści powiedziała: „To nie jest książka dla dzieci. To jest powieść dla dojrzałych młodych ludzi, którzy rozumieją, że okrucieństwo jest częścią historii ludzkości, którzy potrafią dostrzec jego znamiona w najbardziej wyrafinowanych formach i którzy jak Katniss mają w sobie odwagę i determinację, by mu się przeciwstawić.” Może ktoś z Was pomyśli nie tylko o wątku miłosnym, ciekawych postaciach i dobrej akcji, ale skupi się też na tym, że morderstwa, które miały miejsce na arenie wcale nie były „tylko” morderstwami. Gdyby nasze społeczeństwo nie było tak znieczulone przez media, prawdopodobnie odwracalibyśmy wzrok od każdej sceny egzekucji, która pojawiła się w całym tym filmie.

Jeśli nie porusza nas mordowanie na ekranach to jak zareagujemy na okrucieństwo śmierci w prawdziwym życiu? Może jesteśmy już tak znieczuleni, że nawet nie odwrócimy wzroku? Może cierpienie drugiego człowieka stało się dla nas „chlebem powszednim”?

I tak oto przeszliśmy do poważnej refleksji.

Zostawiłabym to tak, żebyście mogli sobie w ciszy to przemyśleć, ale chciałam Was jeszcze przeprosić za brak notki w poprzednim tygodniu. Miałam o czym pisać, ale jedyne czym Bóg mnie ostatnio nie obdarzył hojnie jest CZAS.

Więc pozdrawiam serdecznie i zostawiam Wam trzy kropki na przemyślenia.

/Siwa

93. Nie każdy Ukrainiec jest szmuglerem, czyli wywody na temat polskiego serialu.

Od niedawna na TVP1 emitowany jest serial pod intrygującą nazwą „Dziewczyny ze Lwowa„. Przeciętny telewidz jest usatysfakcjonowany poziomem owego serialu i nie doszukuje się w nim niczego konkretnego. Dobra gra aktorska, ciekawe wątki – ogółem, zasługuje na Oscara.

Jak głosi sam tytuł, serial opowiada historię kilku młodych dziewczyn, które przyjechały do Polski ze Lwowa, aby szukać pracy i wspomóc swoje rodziny w ojczyźnie. Hmm… Niby nic takiego, ale czy naprawdę musiał powstać taki serial akurat w tych czasach? Producenci chyba nie przewidzieli, jaka nagonka będzie po wyemitowaniu pierwszego odcinka. Niektórzy doszukują się tam podtekstów politycznych, a reszta zwyczajnie ma dosyć dręczącego ich tematu Ukrainy. 

Może przejdźmy do mojego stanowiska w tej sprawie. Jak wiecie, nie oglądam takich typowych seriali polskich, i jak na razie, nie mam czego żałować. Kilka dni temu trafiłam jednak na jeden z odcinków „Dziewczyn ze Lwowa”, oglądając z tatą telewizję. Zaciekawił mnie tytuł i pomyślałam, że nie może być tak źle, może będzie na poziomie. Oczywiście, przeliczyłam się. Raczej nie powinnam wypowiadać się na temat całego serialu o obejrzeniu jednego odcinka. Jeśli jednak się mylę, wyprowadźcie mnie z błędu…

Zaskoczyło mnie to, jak stereotypowo podchodzi się tam do Ukraińców. Młode dziewczyny, które tylko sprzątają w innych domach, a u siebie w domu tragedia i dramat życiowy. Jeszcze bardziej zaszokowało mnie przedstawienie jednej z dziewczyn, która, aby pomóc swojej pracodawczyni proponuje jej nielegalne szmuglowanie polskiej produkcji ubranek za granicę. Ok, wiem, że takie rzeczy się dzieją. Ukrainki przyjeżdżają za robotą, zazwyczaj jako sprzątaczki. Niektórzy trudnią się też nielegalnym przewożeniem towarów za granicę. No, ale czy to wszystko musi być tematem serialu pseudo-obyczajowego? Stereotypy to ostrożny temat, ponieważ jeśli ktoś weźmie ten serial na poważnie to dojdzie do powstania nowej fali ksenofobów. Wydaje mi się, że nie o to chodziło producentom serialu…

Czy my serio tak myślimy o Ukraińcach? Czy szufladkujemy ich i określamy etykietką „niewolnice”, „przemytnicy”? Czy nie wstyd nam, że tak postrzegamy naszych sąsiadów? Wydaje mi się to trochę zaściankowe i płytkie. Nie mówię, że mamy ich kochać, a siebie poniżać, aale..

Czy nam byłoby miło, gdyby za granicą powstał serial opowiadających o „Polaczkach”? Gdzie bylibyśmy przedstawieni jako śmieciarze z rozwiniętym mięśniem piwnym, niosący reklamówkę z „Biedronki” w słynnych sandałach i skarpetkach? Czy zgodzilibyśmy się na takie pokazywanie nas w obcym kraju? Jako złodzieje, szmuglerzy, kłamcy i kombinatorzy. Alkoholicy, podkradający hotelowe wyposażenie. Jeśli widzą „swojego” za granicą, to muszą go wykorzystać do ostatniej złotówki. Czy tak chcielibyśmy być odbierani w innych krajach? Nie wydaje mi się. Wyznając więc zasadę „nie rób drugiemu co tobie niemiłe”, stwierdzam, że ten serial ma prawo budzić kontrowersje i sprzeciw nawet ze strony samej Ukrainy.

Liczę na to, że może w którymś odcinku pokażą Ukrainki z dobrej strony, bo wierzę, że niektórzy właśnie takową stronę mają. Dokładnie tak samo, jak nie każdy Polak jest złodziejem, tak nie każdy Ukrainiec jest szmuglerem. Może dla kogoś to dobry serial, z genialną obsadą i interesującą fabułą. Wydaje mi się jednak, że co mądrzejsi Polacy pomyślą o tym, czy oglądanie tego serialu ma jakikolwiek sens.

11 listopada pozdrawiam patriotycznie.

/Siwa

92. Nie zamknę świata w obiektywie.

Często jest tak, że do pewnych przemyśleń dorastam później niż wszyscy. A kiedy już coś odkryję to wydaje mi się to niesamowite i muszę się z kimś tym podzielić, podczas gdy inni doszli do tego etapu już 2 lata wcześniej i jest to dla nich oczywistością.

No cóż, ale, że ja jestem inna, ten blog jest inny (w sumie nie jest, aż taki wyjątkowy), to tematyka też musi być inna i w moim stylu.

Zrozumiałam ostatnio, że nic nie dorówna chwili. Nic nie odda jej emocji, barw, kolorów, ulotnej chwili, przestrzeni. Najlepszy nawet fotograf nie jest w stanie uchwycić świata tak pięknego jakim jest. Jeśli więc zdjęcie jest wyjątkowo genialne, to wyobraźcie sobie, jak musi to wyglądać na żywo.

Każda nasza chwila to taka magiczna cząstka składająca się na całość. Przechowujemy je w maleńkich flakonikach na półkach naszej głowy i otwieramy je tylko w niektórych momentach.

Piękna takich chwil nie uchwyci nie tylko fotografia, ale nawet żadne słowa nie są w stanie opisać magicznego momentu. Dla kogoś to może być tylko nic nieznaczący incydent, ale ty byłeś tak podekscytowany i urzeczony, że zabrało ci mowę.

Żadne słowa nie oddadzą tej chwili, kiedy stoisz na skale na urwisku i czujesz, że latasz, a domy są taak daleko.

Żadne zdjęcia nie oddadzą tej chwili, kiedy siedzisz pomiędzy dwójką swoich przyjaciół, oglądacie film i jecie własnoręcznie upieczone krakersy i jest tak idealnie.

Żadne słowa nie oddadzą tej chwili, kiedy siedzisz na trawie, a twój pies dyszy koło ciebie i razem oglądacie całą miejscowość z góry.

Żadna fotografia nie odda tej chwili, kiedy jedno spojrzenie, jedno przytulenie zmienia wszystko. Kiedy już jest dobrze, już nie trzeba słów.

Żadne słowa nie opiszą tego uczucia, kiedy wstajesz najwcześniej w domu i widzisz najpiękniejsze wschody słońca.

Żadna fotografia nie odda tej chwili, kiedy twoja koleżanka z ławki widzi, że płaczesz, wie dlaczego i bez zbędnych słów cię przytula, a potem jest już tylko lepiej.

Żadne słowa nie oddadzą tej chwili, kiedy piszesz z ludźmi, z którymi nie widziałeś się i nie rozmawiałeś od kilku miesięcy i wydaje się, że nic już tego nie zmieni.

Żadna fotografia nie odda tej chwili, kiedy bez końca zatracasz się w muzyce.

Żadne słowa nie opiszą tego momentu, kiedy przeżywasz losy bohatera książki bardziej niż własne życie.

Żadne słowa nie opiszą tej chwili, kiedy czytasz komentarze pod wypocinami, które piszesz, kiedy słyszysz dobre słowo na temat swoich artykułów, kiedy ludzie cię chwalą, ale w dobry sposób.

Właśnie dlatego mam aparat, ale używam go rzadko, albo tylko na specjalnych sesjach. Dlatego nigdy się nie przekonam do robienia zdjęć w muzeum, w górach, na wakacjach, w każdym miejscu gdzie się było. Bo pomimo tego, jak piękne to zdjęcie nie będzie, to i tak nie przeniesiesz się tam jeszcze raz, nie uchwycisz całego piękna.

Nie powiedziałam tego pierwsza, i pewnie nie ostatnia, że świata nie da się zamknąć w obiektywie.

A wy jaką chwilę (z pozoru mało ważną, ale dla was magiczną) chcielibyście zachować na zawsze? Pomyślcie o czymś najmniej oczywistym, o czymś mało zauważalnym. :D

/Siwa

91. „Rozumieny się bez słów” i słowa ode mnie dla małpy.

Na początku chciałabym Wam polecić ciekawy film – jeden z nowszych. Przepraszam, za tak niewiarygodnie inną formę opisywania na moim blogu, ale tak mnie naszło na uporządkowanie.

91 - 1

Tytuł: „Rozumiemy się bez słów”

Gatunek, produkcja: Francuska komedia z 2014 r. (świat) – To dość istotne, bo nie wszystkie francuskie komedie są śmieszne.

Opis fabuły: Jest to historia rodziny Belier, żyjącej sobie spokojnie na wsi i prowadzącej własne gospodarstwo. Matka, ojciec i ich syn są osobami głucho-niemymi. Jedyną w pełni sprawną osobą jest tam córka, Paula. Poznajemy właściwie całkiem dobrze prosperującą rodzinę. Niepełnosprawne osoby nie ograniczają się tam w niczym, wiodą spokojne życie. Oczywiście w kontaktach z zewnętrznym światem pomaga im odpowiedzialna Paula. Dziewczyna, jak to nastolatka, znajduje jednak własną drogę życia. Przez chłopaka, który jej się podoba zapisuje się do chóru szkolnego i odkrywa, że ma świetny głos. Żaden z członków rodziny nie mógł jej tego nigdy powiedzieć. Paula staje więc przed trudnymi wyborami – czy wyjechać do Paryża, do wymarzonej szkoły śpiewu, czy zostać w domu i pomagać rodzicom, zwłaszcza kiedy jej ojciec rozkręca swoją kampanię wyborczą.

Moje odczucia: Muszę przyznać, że cały wątek miłosny jest bardzo płytki i przewidywalny. No, ale coś musi przecież być nie tak, a czyż nie każda nastolatka ma chłopaka, który jej się podoba? (Odpowiadając na to retoryczne pytanie (brawa za łamanie zasad): Nie, nie każda nastolatka musi być zakochana.) Muszę przyznać, że pomimo tego wzruszyłam się kilka razy. Myślę, że główną rolę odegrała tutaj muzyka i bardzo dobre wykonanie piosenek. Na uznanie zasługuje scena śpiewu dla ojca, a później, w trakcie przesłuchania, śpiew dla rodziców. Także scena pokazana z perspektywy rodziców wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Cóż, ogólnie rzec biorąc: fabuła oklepana i totalnie przewidywalna, portret nastolatki mało oryginalny (pomijam doskonałe opanowanie języka migowego). Mimo tego, ten film sprawił, że na jednej scenie łzy płynęły jak rzeka, a w kolejnej śmiałam się jak opętana. Bardzo przystępny humor, ciekawe żarty dotyczące samej niepełnosprawności Belierów. Na pochwałę zasługuje także sam temat filmu, bardzo rzadko poruszany. Pokazał on tak naprawdę, że ludzie głucho-niemi też mogą normalnie żyć i to my jesteśmy nienormalni, że boimy się z nimi zadawać.

Ocena (w skali 1-10): 8 – zdecydowanie polecam, każdemu i tym, którzy chcą się pośmiać i tym, którzy chcą popłakać, szukającym czegoś lekkiego, ale i poruszającego ważnego tematu.

To by było tyle odnośnie notki. Teraz przejdziemy do drugiej części.

Otóż Zielona Małpa nominowała mnie do Liebster Blog Award. Wyraziłam chęć wzięcia udziału w tej akcji, podaję więc odpowiedzi na pytania:

1. Jakie miasto jest twoim zdaniem najpiękniejsze?

Tą konkurencję zdecydowanie wygrywa włoskie Urbino, ze względu na klimat tych ciasnych uliczek i malutkich domków, przyciśniętych do siebie. To jedyne miasto, w którym lubię się gubić, jest jak jeden wielki labirynt.

2. Co zazwyczaj robisz w deszczowe dni?

Hmm.. o 6:30 wychodzę z psem na spacer, bla bla bla… Właściwie robię wszystko to, co zawsze. Omijam tylko aktywności związane z dobrą pogodą. Sprzątam tyle samo, uczę się tyle samo. Chciałabym, żeby deszczowe weekendy wyglądały jak te z obrazka – herbatka, kocyk i książka (w zastępstwie blog lub film), ale niestety rzeczywistość jest największym mordercą marzeń.

3. Dlaczego lubisz blogowanie?

Bo mogę tu wyrazić siebie i mogę poznać wielu różnych ludzi. To chyba najkrótsza odpowiedź na to pytanie.

4. Kawa z mlekiem czy bez? Z cukrem czy bez?

Jeśli już kawa to koniecznie rozpuszczalna z mlekiem i duużo cukru. Tylko taką uznaję, no chyba, że jest trzecia w nocy, oglądam z K. i N. film, a w półce tylko parzona…

5. Bez czego nie ruszasz się z domu?

Bez telefonu. Tak. To przykre.

6. Gdzie chcesz być za 10 lat?

Chcę siedzieć w swoim przytulnie urządzonym mieszkanku i opracowywać wywiad, który robiłam w południe. (Za 10 lat od teraz jest godz. 19:58.) Właśnie tam chciałabym być.

7. Jaka jest twoja absolutnie ulubiona potrawa?

Spaghetti. Robione przez moją siostrę, albo takie typowo włoskie.

8. Gdybyś mogła stać się mistrzem w jednej dziedzinie, to jaką dziedzinę byś wybrała?

Zdecydowanie pisanie – notek, artykułów, opowiadań, wywiadów, powieści, prozy i innych. Wydaje mi się, że mam już zadatki…

9. Jesteś introwertkiem czy ekstrawertkiem?

Chyba ekstrawertykiem. Nie mogłabym żyć bez ludzi, chociaż czasem działają mi na nerwy.

10. Jakiej muzyki lubisz słuchać, gdy jest ci smutno?

Nie jest to jakiś specyficzny gatunek np. muzyka klasyczna. Piosenka (nie ważna czy to pop, ballada rockowa, klasyka czy electro) musi mieć w sobie małą dozę smutku i być spokojna.

11. Jakich rzeczy nie jadasz?

Od ponad roku nie jem stałych pozycji: fast-foodów (typu żarcie z Mc’D, KFC itd.), chipsów, pomidorów (ale tego nigdy nie lubiłam), pierogów ruskich, barszczu, żelków kwaśnych i w gruncie rzeczy wieeelu wieeelu innych. Nie mogę się tylko przemóc i zrezygnować z czekolady.

To by było na tyle. Niestety nie nominuję nikogo, bo razem z Zieloną Małpą czytamy prawie te same blogi, więc większość była już nominowana, ale dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tej zabawie.

Ale się rozpisałam…

Gdybyście mieli jakieś fajne pytanie dla mnie to z chęcią odpowiem Wam w komentarzach.

To na razie. :)

91-2

Pozdrowienia specjalne dla Zielonej Małpy Naczelnej oraz wszystkich czytelników (pomijam tutaj Arletę, bo byli byście zazdrośni, że dwa razy pod rząd ją pozdrawiam). :D

/Siwa

1. http://cotucotam.pl/kalisz/film/rozumiemy-sie-bez-slow

90. Pozdrowienia z Krakowa.

Nie wiem jaki dokładnie koncept miałam na napisanie tej notki, ale coś tam było. Myślę, że to miała być notka z przesłaniem, albo taka, w której znowu udowadniam, że może być lepiej. A może połączymy dydaktyzm z marzycielstwem i zrobię mix?

W ubiegłą sobotę byłam u mojej siostry w Krakowie. Tego jak było, nie będę komentować. Ale w pewnym momencie mieliśmy dylemat (aaa, zapomniałam wspomnieć, że był z nami P., kolega siostry z liceum), bo zabrakło nam oleju koniecznego do zrobienia babeczek. Kto normalny nie ma w domu oleju? Otóż, zaskoczę was, 3 na 4 badanych nie odczuwa wewnętrznej potrzeby posiadania w domu zapasu oleju. Wpadłam więc na pomysł, żeby przejść się po innych mieszkaniach i popytać sąsiadów, czyli sposób pt. „pożyczy pani cukru?”. Oczywiście, padło na mnie, jako, że byłam tam tylko na niecałe 24 godziny.

W pierwszym mieszkaniu kobieta, na oko, 30-letnia, z małym dzieckiem. Oleju oczywiście miała co kot napłakał. W drugim mieszkaniu – i tu właśnie sedno całej sprawy – młody chłopak. Stawiam, że student, lat maksymalnie 20. Blondyn, uśmiechnięty już od progu, całkiem nie brzydki, nie źle ubrany. Zaprosił mnie do środka i pieczołowicie przeszukiwał kuchni w poszukiwaniu oleju. Takowego nie znalazł, ale dowiedziałam się za to, że jego brat ma na imię Andrzej. Nie widzicie tu związku…? Chłopak zadzwonił do swojego brata pytając, czy posiada w mieszkaniu olej. Odtąd zaczęłam go nazywać „brat Andrzeja”, szkoda tylko, że samego Andrzeja na oczy nie widziałam… Ja zrezygnowana, że muszę szukać dalej i zostawić go samego, on – jeszcze bardziej. No ale, cóż, cieszę się, że nie  zabrakło mi języka w gębie. Dzięki Bogu, student (już nie tak interesujący) w trzecim mieszkaniu miał olej. Chwała mu za to, bo babeczki były pyszne (Dzięki, P.!).

Wniosek z całej historii: Nie bójcie się zrobić z siebie idiotów, zwłaszcza w obcym miejscu. Może głupie chodzenie po mieszkaniach i pytanie o olej/cukier/sól sprawi, że poznacie nowych ludzi, albo chociaż na nich popatrzycie. Czasem warto nie myśleć i nawiązać chociażby chwilowy kontakt z innymi osobami. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że Was nie zapamiętają. (No chyba, że będą tacy podekscytowani każdą osobą jak ja i napiszą o tym na blogu).

Chyba zapomniałam zakończyć moją pyszną historię… Otóż, później chcieliśmy podziękować dawcy oleju i bratu Andrzeja babeczkami, ale dwukrotnie nie zastałam żadnego w mieszkaniu. (Możliwe, że bali się, że znowu chcę coś pożyczyć). Więc, wyjeżdżając z Krakowa zostawiłam im urocze karteczki na drzwiach. Teraz wydaje mi się to lekkomyślne, ale ja sama cieszyłabym się jak debil, jeśli mnie przydarzyłaby się taka sytuacja. :D

Kurde, chyba nie skończę dzisiaj… Mam ochotę opisać Wam WSZYSTKO. Obawiam się tylko, że osoby z poza Internetu wszystko słyszały już co najmniej dwa razy.

Nie chcąc więc przynudzać przejdę do chwalenia się. Otóż, od następnego numeru (listopad-grudzień) gazetka licealna „Paranoja” ma nową redaktor naczelna. I będzie nią nie kto inny jak ja. Musicie sobie wyobrazić, jak bardzo się cieszę, skoro piszę o tym tutaj. (Szczegół, że dowiedziałam się tego już w czerwcu…) Mam nadzieję, że uda mi się wywiązać ze swoich obowiązków i nie zawieść samej siebie.

Może tutaj skończę swoje wywody, bo obiecałam Arl., że wyślę jej notatki, a krucho u mnie z pamięcią jeśli chodzi o wysyłanie czegokolwiek… (Najserdeczniej pozdrawiam Turka i Ewę, pokrzywdzoną wczoraj przez mój brak mózgu!)

(Zdjęcie z wycieczki z Klaudią wariatką :* ) klausia

Pozdrawiam, ale teraz wszystkich czytających.

/Siwa

89. Jestem

Na wstępie dziękuję za ostatni odzew po notce 88. Zwłaszcza moim znajomym, którzy sami pytali mnie co się dzieje. Żaden komentarz nie pozostawał mi także obojętny. Jezu, zaczynam jakbym właśnie miała umrzeć. Ale wcale tak nie jest.

Ostatnio Pyśka spytała mnie „to kiedy zmartwychwstaniesz?”. Wydaje mi się, że teraz mogłabym powiedzieć jej, że już. Może północ to nie jest dobry moment na pisanie notki, ale ja potrzebuję powiedzieć, że JESTEM.

Jestem już spokojniejsza, może bardziej uśmiechnięta. Jestem wciąż tak samo zajęta, ale teraz na szczęście tylko przez jakieś wyjazdy i spotkania. Nauka w tym tygodniu musi sobie mnie odpuścić. Jutro (jak to czytacie, to pewnie dzisiaj) jadę z Turkiem na wycieczkę do Wrocławia. Mam nadzieję, że będzie fajnie, ale nawet nie chcę myśleć o nadrabianiu materiału…
W ogóle wszystko ostatnio się jakoś układa. Wszystko, dokładnie jak puzzle, łączy się w całość.
Po podwórku, już w sumie od sierpnia, biega moja mała miłość. Taak, jakoś zapomniałam się pochwalić. Nareszcie mam mojego ukochanego WIELKIEGO pieska (dzięki mamo i tato, że spełniliście moje marzenie). Jak na razie nie jest ona taka wielka, ale rośnie z tygodnia na tydzień. Niestety, jej zęby również, a moje dłonie wyglądają jakbym się pocięła kartką papieru. Pomimo tego wszystkiego kocham ją bardzo. Mam nadzieję, że kiedyś ona „powie” mi to samo jak dorośnie. Yyy.. chyba zapomniałam wspomnieć, że to owczarek niemiecki długowłosy i wabi się SIAPA. Tutaj macie jedno z jej pierwszych zdjęć.

piesekWięc, droga Pysiu, ze spokojnym sercem mogę Ci powiedzieć – teraz zmartwychwstałam.

P.S. A co do tytułu to polecam polski film „Jestem”. Oceniam 5/10 i w sumie odradzam osobom, które nie lubią analizować i wolą np. filmy akcji itd..

Ogółem pozdrawiam.

ja i arleta

/Siwa

88. Zmartwychwstanie

„(…) Ledwo podnoszę głowę, ledwo otwieram oczy, więcej chyba nie mogę…”

Cóż, obrażenia po moim ostatnim spadaniu może nie są jakiś wielkie. Bywało gorzej, ale muszę przyznać, że nie mam już ochoty na więcej. Męczy mnie moja codzienna nudna egzystencja, która właściwie nie odbywa się na tej płaszczyźnie, na której powinna.

„Choćbym obiecał coś tobie i sobie i tak przy pierwszej lepszej okazji znowu to zrobię.”

Nie ma po co obiecywać. Przekonuję się o tym na początku nowego roku, na początku wakacji, na początku roku szkolnego, w każdą niedzielę, że od poniedziałku coś się zmieni. Nie potrafię dobrać do siebie myśli, że jeśli nie wezmę się za coś teraz, już, w tym momencie, to nigdy mi się to nie uda. Po co mi kolejne obietnice, postanowienia, których i tak nie dotrzymam? Po co mi plany, których nie jestem w stanie wypełnić?

„Świat dziś pode mną powoli traci barwy.”

„I tak to miejsce nie da nam szans na więcej.”

„Nie ma tu racji dla nas, sensu w planach,
Tam będzie lepiej tutaj ktoś nas okłamał.”

Jesień już to właściwie jest. W sumie, to wolę ją niż upały w szkole. Gorąc sprawia, że powinnam coś robić, a w zimniejsze dni jestem usprawiedliwiona. Już nic mnie tutaj nie ciekawi. Wydaje mi się, że ten świat nie ma mi właściwie nic do zaoferowania. Nie chodzi tu o moje życie, miejscowość czy państwo. Mam wrażenie, że nigdzie nie odnajdę tego, czego szukam, bo tego nigdy tu nie było. Dlatego zaczynam tego szukać w miejscach błędnych. Nie potrafię wyjść bez książki, a przeczytanie lektury pomiędzy dwoma częściami serii przyprawia mnie o palpitacje serca. Wierzę w niespełnione ideały. Szukam wokół siebie ludzi, którzy nigdy nie istnieli. Wydaje mi się, że tam musi być lepiej. Mam wrażenie, że pomimo tego, że realia tej książki nie są zbyt optymistyczne to i tak byłabym tam szczęśliwsza. Chore…

„Krzyczę, że czuję, że żyję mimo iż już prawie jestem martwy.”

Nie wiem już co czuję. Pełno kontrastów. Żyję i jestem tego świadoma – znajduję się w pustej szarości. Uśmiecham się i śmieję – nie potrafię w nocy powstrzymać łez. Chcę znaleźć sens – może łatwiej byłoby uciec. Mam zwątpienia w egzystencję – wiem, że nic mi nie jest. Uśmiechnięta – załamana. Śmiech – wycie. Pomarańcz – czerń. Przyjaciele – samotność. Miła – chamska. Optymistka – załamana. Czy to jest życie?

„granica to cienka linia, kolejna z papilarnych.”

Popadam w skrajności (patrz wyżej). Z jednej strony uważam, że jestem beznadziejna i do dupy. Nic nie potrafię zrobić, niczym się nie wyróżniam. A z drugiej jestem przekonana o swojej zajebistości. Tak, to się nazywa pycha.

„Podaj mi rękę a wskażę ci drogę, przez dno dna ku niebu dzisiaj spotkasz się z Bogiem.”

Moje zaufanie do Boga może budzić ostatnio pewne kontrowersje. Problem w tym, że nie potrafię zaufać nikomu. Nie wiem co ktoś musiałby zrobić, żebym stwierdziła „A co tam, skoro tak mówi, to tak będzie”. A jak można mówić, że kogoś się kocha, nie ufając mu i robiąc wszystko na własną rękę?

„Nie mamy skrzydeł by latać a mimo tego to nasz cel.”

Jest wiele rzeczy, które bym chciała. Chciałabym się ogarnąć. Chciałabym nie żyć światami nierealnymi (książką, marzeniami, oczekiwaniami). Chciałabym czerpać radość z tego, że żyję. Chciałabym cieszyć się na widok tego świata. Chciałabym przestać biec. Chciałabym dostrzegać progres w moim życiu. Chciałabym nie ograniczać się przed realizacją marzeń.

„Chodź wypijemy (…)
Za prawdziwych przyjaciół i za inne brednie.
Za dziewczyny, które są nam wierne bo sami jesteśmy wierni,
I za to że jesteśmy tego tak ślepo pewni”

Jedyne co ostatnio zrobiłam dobrze, to zainspirowana jedną koleżanką, stwierdziłam, że nie każdego mogę nazwać przyjacielem. To pomaga. Bezgraniczne zaufanie ludziom, którego tak mi ostatnio brakuje, nie jest dobre. A jak już tego nie ma, to człowiek sam przejmuje obowiązki dwójki partnerów, umawiając ciągle spotkania, pisząc, pytając, ciągnąc rozmowę, interesując się, starając się spędzić wspólnie czas. A co jeśli przestanie się to robić? Kto się wtedy odezwie? Czy to tylko przyjaźń jednostronna? Zdarza się. Dokonałam właśnie takiego eksperymentu w moim życiu. Przyjaciółką okrzyknęłam tylko jedną osobę, do której nigdy nie miałam zastrzeżeń. Resztę opisałam jako dobry kolega/koleżanka. Po co mi 5 przyjaciół, skoro wcale się z nimi nie dogaduję. Nazwa zobowiązuje – od przyjaciela wymaga się więcej, a z koleżanką możesz się nie widzieć nawet kilka miesięcy i masz to w dupie. Jakie są skutki mojego eksperymentu? Dwie na trzy osoby, które od siebie lekko odseparowałam starają się…

„To jest mi niepotrzebne, skończę sam będzie pięknie”

Jako słowa podsumowania.



Pozdrawiam jeszcze żyjących. Może w końcu nadejdzie moje zmartwychwstanie.

/Siwa

87. 10 najbardziej irytujących rzeczy na Facebooku.

Większość z Nas kocha internet, albo przynajmniej nie wyobraża sobie bez niego życia. Istnieją jednak pewne rzeczy, które bardzo Nas irytują i ciężko jest cokolwiek z tym zrobić. Z tego też powodu, już na sam koniec wakacji – prezentuję Wam 10 denerwujących rzeczy na najbardziej znanym z portali społecznościowych.

1.Facebook’owe związki. To zna każdy. Istnieją takie pary, dla których intymność i prywatność nie istnieją. Do tego zalicza się standardowo: ustawienie statusu „w związku” i zmienianie go z każdą kłótnią, dodawanie postów jak to się bardzo drugiej połówki nie kocha, dodawanie obleśnych zdjęć jak to oni się pięknie nie całują no i oczywiście informacja o zaręczynach, najlepiej w wieku 15 lat, bo im wcześniej, tym lepiej.

2. Dzieciaki na Fb. Granica założenia profilu na „Fejsbuku” to (nie jestem pewna) 12-13 lat. No ale kto się teraz tego trzyma? (Ja, tylko, że to się nie liczy.) 10-latki siedzą po 3 godziny dziennie na Fb, mają miliony znajomych i żyją „pełnym życiem”. Szkoda, że internetowym. Zamiast marnować dzieciństwo na graniu w piłkę na podwórku, w karty z kolegami czy chociażby planowaniu kolejnej eskapady do lasu, oni siedzą sobie grzecznie na internecie. Prawdę mówiąc, dla mnie szczytem wszystkiego było założenie konta 6-letniej dziewczynie. (Tak, takie rzeczy istnieją…)

dzieci w necie

3. Dodawanie zdjęć typu „Wiem, że jestem brzydka, tak hejtujcie mnie… :3″ Boże, zachowaj. Taka laska czeka na pozytywne komentarze swoich koleżaneczek. Po cholerę dodaje takie zdjęcia, skoro uważa, że są brzydkie. Jeśli uważam, że zdjęcie jest złe i wyglądam na nim tragicznie, po prostu go nie dodaję.

4. A co do brzydkich zdjęć. Jeden z najbardziej irytujących momentów na Facebooku to dzień urodzin. Życzenia składają Ci osoby, których nie znasz, a przyjaciele… dodają twoje najbardziej kompromitujące zdjęcia. Oczywiście wszystko dla Twojego dobra… Genialna jest opcja blokowania ludzi i swojej tablicy 8-)

5. Rodzice, którzy tworzą historię dzieciństwa swojej pociechy na portalu społecznościowym. Nie mają albumów, żeby wywołać zdjęcia dziecka. Zamiast grzechotki czy pieluchy w ręku, trzymają aparat. Tak też powstają zdjęcia pt. „Pierwszy płacz”, „Pierwszy dzień w domu”, „Pierwszy uśmiech”, „Pierwsza kupka”, „Pierwsza sukieneczka”, „Pierwszy kroczek”, przed tym „Pierwsze raczkowanie”. Prawdę mówiąc, gówno mnie obchodzi kupa Twojego dziecka, więc po co to dodawać tm, gdzie każdy może obejrzeć gołą szanowną dzieciaka.

rodzice i dzieci na fb

6. Zaproszenia do gier. Tu chyba nie ma co komentować. Każdego to denerwuje, ale i tak wszyscy wysyłają.

zaproszenia do gier

7. Lajki życiem. Irytujący ludzie, dla których liczy się tylko to ile polubień będzie miało każde ich zdjęcie. Oczywiście, poniżej 60 lajków trzeba usunąć i załamać się psychicznie. Nie chodzi już o tzw. fejm tylko o to, żeby mieć dużo LAJKÓF. Takie osoby lubią wszystko u wszystkich i bawią się w głupie „Jeśli ktoś polubi twój komentarz, dodaj go do znajomych i polub profilowe”. Takie osoby są w stanie obrazić się na swojego najlepszego przyjaciela, bo ten nie polubił nowego profilowego… Dlaczego niektórzy ludzie nie rozumieją, że na Fb klika się „lubię to” tylko jeśli coś się SERIO LUBI?

lajki życiem

8. Ten niezręczny moment, kiedy pisze do Ciebie ktoś, kogo nie lubisz lub nie znasz. Ludzie chyba nie doceniają rozmowy „on live”.

nieznajomi ludzie

9. Zaśmiecanie tablicy bezsensownymi obrazkami z neta, udostępnieniami i konkursami. Osoby zakładające konta tylko po to, aby udostępniać wszelkie promocje swojej ulubionej marki, powinny mieć zakaz używania Facebooka. Błogosławiona opcja – zablokuj i nie obserwuj. :roll:

gówno mnie to obchodzi

10. Dodawanie tak przerobionych zdjęć, że nie da się rozpoznać postaci. Używanie retriki, photoshopa, pikassy i innych paintów w nadmiarze powinno być karane miesięcznym banem.

Wniosek: Ludzie nie potrafią korzystać za wszystkiego, co jest darmowe i dostępne. Lecz pamiętajcie, w każdej tragicznej sytuacji halo policja

 

 

 

 

A co Wy dodacie jeszcze do tej listy?

Pozdrawiam :D

/Siwa

86. Najlepsze 10 rzeczy, których ostatnio dokonałam.

W ostatnim czasie nie powstawały żadne notki ze swoistego braku weny i braku materiału potrzebnego do opublikowania czegoś w miarę interesującego. Przepraszamy za wszelkie niedogodności z tym związane.

Zaprezentuję Wam dzisiaj 10 mniejszych lub większych osiągnięć, które udało mi się zrealizować, co ciekawe, w ciągu ostatniego tygodnia.

1. Przejechałam na rowerze 50 km z Gąsek do Kołobrzegu. Wydaje mi się, że to największe osiągnięcie z pobytu nad morzem. Zdjęcia przedstawiają Bałtyk o godzinie 7.30, widziany ze ścieżki rowerowej, znajdującej się koło samego morza.

86A.jak-zmniejszyc-fotke_pl86H 86I86G

86B 86C86D 86E

 2. Zrobiłam to co każdy typowy turysta robi rano na plaży… A mianowicie, biegałam bądź uprawiałam jogging (jak to nazwiecie). Genialne uczucie przebiec się tak z rana po plaży. Genialne zwłaszcza dla kogoś, kto nie mieszka tam na co dzień. Cieszą mnie nawet krótkie dystanse, które udało mi się pokonać.

86J

 3. Przeżyłam dzień bez telefonu. Jest to specjalny dzień wymyślony przeze mnie, z dedykacją dla N., która bez swojego złoma nigdzie się nie rusza. Muszę Wam powiedzieć, że wcale nie było tak ciężko. Powinnam robić to częściej i Was zachęcam do tego.

86K.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 4. Zjadłam flądrę. Śmiesznie to brzmi, ale serio jestem z tego dumna. W trakcie tego pobytu miałam okazji spróbować tylko dorsza i miruny, która bardzo mi posmakowała. Flądra z kolei plasowała się gdzieś pomiędzy tymi dwiema rybami.

 5. Weszłam, wspięłam się, wylazłam, doczołgałam się do szczytu latarni w Gąskach. Prawdę mówiąc, mam ogromny lęk wysokości, więc jest to nie lada wyczyn. Zrobiono mi kilka zdjęć, na których nie widać jak bardzo kręciło mi się w głowie, jak mnie ta głowa bolała, jakie mdłości miałam i jak nogi się pode mną uginały. Bądźcie dumni!

86M.jak-zmniejszyc-fotke_pl 86N.jak-zmniejszyc-fotke_pl86L86O.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 6. Zrobiłam sobie tatuaż… z henny. Ale i tak było fajnie  :lol: Zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy takiej frajdy nie doświadczył. Oczywiście wybrałam rozdartego (a jakże) lwa (co było chyba najbardziej oczywiste), którego wytatuowano mi na ramieniu. Szkoda, że już schodzi…

86P

 7. Pływałam w Bałtyku! Nie pierwszy raz „wlazłam” do tej lodowatej toni morskiej, ale pierwszy raz pływałam tak na serio. Było mi nawet ciepło, ale to chyba tylko ze względu na ogromny upał, który nie pozwalał leżeć na plaży.

86R86S.jak-zmniejszyc-fotke_pl86U.jak-zmniejszyc-fotke_pl86T.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 8. Wypiłam najdroższą białą kawę i najdroższe ciasto drożdżowe w moim życiu. Podczas wycieczki do Kołobrzegu zatrzymałyśmy się (w czwórkę: ja, N., Mama i Ciocia Aneta) w kawiarni przy hotelu. Za cztery kawy: białą, czarną i dwie latte machiato oraz cztery ciastka drożdżowe zapłaciłyśmy ponad 60 zł. Cena nie jest szokująca jeśli spojrzeć na to GDZIE piłyśmy poranną kawę. Pozwoliłam sobie jednak umieścić ten fakt tutaj, gdyż była to NAJDROŻSZA kawa jaką KIEDYKOLWIEK piłam. Mam nadzieję, że nie ostatnia… ^^

86W 86Y

 9. W sklepie militarnym na obrzeżach Kołobrzegu kupiłam sobie maskę przeciwgazową typu MP4. Nie byłby to jednak szok, gdyby nie to, że odważyłam się TO ŚMIERDZĄCE COŚ założyć NA TWARZ. Nie, na żadną inną część ciała tylko na TWARZ. Smród niewyobrażalny, ale przynajmniej jestem zabezpieczona przez najazdem Rusków. Jak tylko mnie zobaczą, to uciekną.

86Z (2) 86Ź

 10. W ostatni dzień standardowo na pożegnanie urlopu i Bałtyku puściliśmy lampion chiński. Jeśli jeszcze nigdy tego nie robiliście to piszcie w komentarzach, może się dogadamy i wyślę komuś jeden :D

86Ż

 

Dodaję jeszcze inne, dziwne i śmieszne zdjęcia z wakacji. Taki mam kaprys. Możecie później napisać, które z nich najbardziej Was zaintrygowało (nie rozśmieszyło, nie przeraziło, nie zachwyciło, nie zniesmaczyło tylko ZACIEKAWIŁO).

86-1.jak-zmniejszyc-fotke_pl 86-2.jak-zmniejszyc-fotke_pl 86-5.jak-zmniejszyc-fotke_pl86-3 86-4 86-6 86-7 86-8 86-986-10 86-11 86-12 86-14 86-15

Pozdrawiam :*

/Siwa