100. Tysięcy momentów z życia.

T. dzwoni do mnie i pyta:
-Masz czas gadać? Co tam?
Zostawiam niedokończoną kolację i idę pogadać z nią przez 5 minut. Wracam po pół godzinie. Kolacja już dawno wystygła.Radość, dużo radości, że ją mam (T., nie kolację).

Promocja tomiku wierszy mojej znajomej. Przed budynkiem czeka na mnie E., która kolejny raz wygląda jak gwiazda. Mała sala, cała wykonana z drewnianych materiałów. E. gra tam na skrzypach dwa utwory. Jest miło. Lubię patrzeć jak gra i robi dziwne miny, jakby chciała ziewnąć, ale nie mogła.
Zachwycenie, dużo zachwycenia.

Treser podchodzi do mnie i siedzącego wciąż psa. Właśnie odprowadził czekoladowego labradora do właścicielki.
-Jeden komentarz. – odnosi się do próby grzeczności mojego psa. – Brawo!
Siapa jest szczęśliwa jak nigdy. I nie obchodzi ją już żaden labrador.
Duma, dużo dumy.

Tata prowadzi auto skupiając się na ulicy oświetlonej latarniami.
-Rozumiesz o co chodzi w tej piosence? – moje słowa brutalnie przedzierają się przez jego zasłony zamyślenia.
-Nie. – odpowiada krótko i zwięźle.
-Mhm.. – mruczę tylko.
Śmiech, dużo śmiechu. Śmieję się nawet w domu, kiedy ściągam buty.

Wchodzę do autobusu, a Mt. znowu stoi jako jedyny. Podchodzę do niego i bardzo mu współczuję, bo ja za pół kilometra będę miała miejsce, kiedy chłopak po lewej wysiądzie. Ale w końcu siadamy razem. Już któryś raz pod rząd. I rozmawiamy, albo nie. Najpierw to ja się śmiałam. Teraz również on się uśmiecha bardzo szeroko i czasem zaśmieje się bardzo szczerze.
Radosne poranki, dużo radosnych poranków.

N. kroi banany u nas w kuchni.
-Robimy sałatkę owocową z kiwi. Zrobić ci porcję bez? – pyta mnie.
-Nie, powybieram sobie.
P. patrzy zdumiona.
-Dlaczego miałaby nie jeść kiwi? – zwraca się do N.
N. patrzy na nią, trzymając nóż w ręce.
-Bo ona nie lubi kiwi. – odpowiada bez wahania.
Przyjaciele, dużo prawdziwych przyjaciół.

Festiwal Młodych Talentów. Razem z E. siedzimy na balkonie. Z góry doskonale widać scenę. Nad naszymi głowami znajduje się jedyne źródło światła, ogromny reflektor. Blask jego światła jest taki ciepły. Wszystko wokół czarne i ciche. Tylko scena i ludzie, którzy śpiewają i tańczą. Czasem bardzo delikatnie, czasem żywiołowo. A kiedy kończą, razem z E. drzemy się i głośno klaszczemy.
Talenty, dużo talentów.

Razem z T. stoimy w pięknym miejscu w mieście. Ta uliczka jest tak cudowna, że obie mamy ochotę przenieść się tu natychmiast. Tylko gromady gołębi wzbudzają podejrzenie T. Przyszłyśmy tu robić zrobić parę ujęć potrzebnych dla ludzi na wysokich stanowiskach. Wszystko, co ma wyjść pięknie okazuje się być paskudne. Jedyne dobre ujęcia to te, na których się wydurniam, śmieję, jestem sobą. Ale T. ma cierpliwość, chociaż rezygnuje z wizji dobrego, pożywnego obiadu. Później trzymam jej drożdżówkę z budyniem w dłoniach i podsuwam jej pod nos.
-Weź sobie gryza jak chcesz. – mówię z pełnymi ustami.
-Aleś ty szczodra. – odpowiada, próbując ugryźć własny obiad. Zdjęcia, dużo zdjęć.

Podziemia kina, gdzie kiedyś mieściła się restauracja. E., Ch. i ja idziemy na zaplecze przez drzwi bez klamek. Wchodzimy do pomieszczeń socjalnych, gdzie śmierdzi pająkami i środkami chemicznymi osiadłymi na wszędobylskich płytkach. E. wygląda jak anioł w swojej białej sukience do ziemi. Ale to ona pierwsza wchodzi do ciemnych pomieszczeń. Kiedy jeden magazyn przechodzi w drugi i nic już nie widać, włączam latarkę. E. znajduje ogromne rury oblepione folią aluminiową. To koniec labiryntu, dotarłyśmy do końca, ale wszystkie trzy mamy ochotę na jeszcze. Ch. przechodzi szybko obok mnie, co automatycznie sprawia, że mam ochotę krzyczeć i uciekać. Unikała tylko ściany, robiąc przeskok.
Zakamarki, dużo zakamarków.

M. robi dla mnie herbatę i opowiada o zbliżających się kartkówkach i sprawdzianach. W końcu siadamy na jej łóżku i śmiejemy się tak szczerze, że po chwili bolą mnie policzki od uśmiechania się. Super jest przychodzić do niej tylko na herbatę.
Wieczory, dużo zaparowanych wieczorów.

Podziemia kina. E. gra na skrzypach. Tylko dla mnie i dla K. Ta druga zahipnotyzowana jest palcami naszej koleżanki, które poruszają się tak szybko, jak maleńkie robaczki. A ja nie mogę oderwać wzroku od smyczka, który zdaje się głaskać struny.
Pasja, dużo prawdziwej pasji.

Ubrana w buty tak brudne, że nie widać już ich koloru, leginsy, na których widać odciśnięte paski błota i kurtkę, która tak bardzo śmierdzi psem, że z powodzeniem mogłaby go udawać, idę w las. Siapa ciągnie mnie w głąb lasu. 30 metrów od drogi asfaltowej. Boję się, że poślizgnę się na śniegu i co pięć minut zerkam na wszystkie strony, żeby przekonać się, że jesteśmy tu same. I jak na złość nie ma żadnego mordercy z siekierą. Tylko gałęzie trzaskają, ptaki wzbijają się w powietrze, a ostatnie jeszcze krople deszczu głośno opadają na ściółkę. Dobrze, że przynajmniej mój pies jest odważny.
Paranoje, dużo dziwnych paranoi.

Oczy już prawie zamknięte. Pocieram je zniecierpliwiona. Drażniące światło monitora wypala mi źrenice. Nogi bolą mnie po całodziennym bieganiu. Palce straciły już opuszki na rzecz twardych nakładek stukających po klawiaturze. A w myślach przewijają mi się wszystkie rolki z ostatnich trzech dni. Pełno ludzi, pełno emocji, pełno wydarzeń, pełno tajemniczych miejsc. To najlepsze co mnie ostatnio spotyka. Myślę, że spełnienie jest wtedy, kiedy kładę się do spania i myśląc o minionym dniu przywołuję najwięcej dobrych wspomnień.
To ogromne szczęście. Ogromne szczęście jest też wtedy, kiedy bez względu na sytuację i osobę, z którą przebywam śmieję się tak szczerze, że aż boli mnie brzuch. Zaczął się Wielki Post. Wszyscy się smucą, a ja zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej. Sama do siebie, sama do wspomnień, sama z siebie. Co niektórzy moi przyjaciele i znajomi chwytają ten rodzaj żartu i też się śmieją jak szaleńcy.
Śmiejmy się wszyscy. Niech ten czas będzie piękny, bo w myśl zasady Zenona z Kitionu jutro na pewno nie będzie już tak fajnie jak dzisiaj. Bo po spokoju przychodzi burza, a po dniu – noc.

jaoida

Pozdrawiam czule (dzięki A., za takie pozdrowienia)

/Siwa

88. Zmartwychwstanie

„(…) Ledwo podnoszę głowę, ledwo otwieram oczy, więcej chyba nie mogę…”

Cóż, obrażenia po moim ostatnim spadaniu może nie są jakiś wielkie. Bywało gorzej, ale muszę przyznać, że nie mam już ochoty na więcej. Męczy mnie moja codzienna nudna egzystencja, która właściwie nie odbywa się na tej płaszczyźnie, na której powinna.

„Choćbym obiecał coś tobie i sobie i tak przy pierwszej lepszej okazji znowu to zrobię.”

Nie ma po co obiecywać. Przekonuję się o tym na początku nowego roku, na początku wakacji, na początku roku szkolnego, w każdą niedzielę, że od poniedziałku coś się zmieni. Nie potrafię dobrać do siebie myśli, że jeśli nie wezmę się za coś teraz, już, w tym momencie, to nigdy mi się to nie uda. Po co mi kolejne obietnice, postanowienia, których i tak nie dotrzymam? Po co mi plany, których nie jestem w stanie wypełnić?

„Świat dziś pode mną powoli traci barwy.”

„I tak to miejsce nie da nam szans na więcej.”

„Nie ma tu racji dla nas, sensu w planach,
Tam będzie lepiej tutaj ktoś nas okłamał.”

Jesień już to właściwie jest. W sumie, to wolę ją niż upały w szkole. Gorąc sprawia, że powinnam coś robić, a w zimniejsze dni jestem usprawiedliwiona. Już nic mnie tutaj nie ciekawi. Wydaje mi się, że ten świat nie ma mi właściwie nic do zaoferowania. Nie chodzi tu o moje życie, miejscowość czy państwo. Mam wrażenie, że nigdzie nie odnajdę tego, czego szukam, bo tego nigdy tu nie było. Dlatego zaczynam tego szukać w miejscach błędnych. Nie potrafię wyjść bez książki, a przeczytanie lektury pomiędzy dwoma częściami serii przyprawia mnie o palpitacje serca. Wierzę w niespełnione ideały. Szukam wokół siebie ludzi, którzy nigdy nie istnieli. Wydaje mi się, że tam musi być lepiej. Mam wrażenie, że pomimo tego, że realia tej książki nie są zbyt optymistyczne to i tak byłabym tam szczęśliwsza. Chore…

„Krzyczę, że czuję, że żyję mimo iż już prawie jestem martwy.”

Nie wiem już co czuję. Pełno kontrastów. Żyję i jestem tego świadoma – znajduję się w pustej szarości. Uśmiecham się i śmieję – nie potrafię w nocy powstrzymać łez. Chcę znaleźć sens – może łatwiej byłoby uciec. Mam zwątpienia w egzystencję – wiem, że nic mi nie jest. Uśmiechnięta – załamana. Śmiech – wycie. Pomarańcz – czerń. Przyjaciele – samotność. Miła – chamska. Optymistka – załamana. Czy to jest życie?

„granica to cienka linia, kolejna z papilarnych.”

Popadam w skrajności (patrz wyżej). Z jednej strony uważam, że jestem beznadziejna i do dupy. Nic nie potrafię zrobić, niczym się nie wyróżniam. A z drugiej jestem przekonana o swojej zajebistości. Tak, to się nazywa pycha.

„Podaj mi rękę a wskażę ci drogę, przez dno dna ku niebu dzisiaj spotkasz się z Bogiem.”

Moje zaufanie do Boga może budzić ostatnio pewne kontrowersje. Problem w tym, że nie potrafię zaufać nikomu. Nie wiem co ktoś musiałby zrobić, żebym stwierdziła „A co tam, skoro tak mówi, to tak będzie”. A jak można mówić, że kogoś się kocha, nie ufając mu i robiąc wszystko na własną rękę?

„Nie mamy skrzydeł by latać a mimo tego to nasz cel.”

Jest wiele rzeczy, które bym chciała. Chciałabym się ogarnąć. Chciałabym nie żyć światami nierealnymi (książką, marzeniami, oczekiwaniami). Chciałabym czerpać radość z tego, że żyję. Chciałabym cieszyć się na widok tego świata. Chciałabym przestać biec. Chciałabym dostrzegać progres w moim życiu. Chciałabym nie ograniczać się przed realizacją marzeń.

„Chodź wypijemy (…)
Za prawdziwych przyjaciół i za inne brednie.
Za dziewczyny, które są nam wierne bo sami jesteśmy wierni,
I za to że jesteśmy tego tak ślepo pewni”

Jedyne co ostatnio zrobiłam dobrze, to zainspirowana jedną koleżanką, stwierdziłam, że nie każdego mogę nazwać przyjacielem. To pomaga. Bezgraniczne zaufanie ludziom, którego tak mi ostatnio brakuje, nie jest dobre. A jak już tego nie ma, to człowiek sam przejmuje obowiązki dwójki partnerów, umawiając ciągle spotkania, pisząc, pytając, ciągnąc rozmowę, interesując się, starając się spędzić wspólnie czas. A co jeśli przestanie się to robić? Kto się wtedy odezwie? Czy to tylko przyjaźń jednostronna? Zdarza się. Dokonałam właśnie takiego eksperymentu w moim życiu. Przyjaciółką okrzyknęłam tylko jedną osobę, do której nigdy nie miałam zastrzeżeń. Resztę opisałam jako dobry kolega/koleżanka. Po co mi 5 przyjaciół, skoro wcale się z nimi nie dogaduję. Nazwa zobowiązuje – od przyjaciela wymaga się więcej, a z koleżanką możesz się nie widzieć nawet kilka miesięcy i masz to w dupie. Jakie są skutki mojego eksperymentu? Dwie na trzy osoby, które od siebie lekko odseparowałam starają się…

„To jest mi niepotrzebne, skończę sam będzie pięknie”

Jako słowa podsumowania.



Pozdrawiam jeszcze żyjących. Może w końcu nadejdzie moje zmartwychwstanie.

/Siwa

81. Klasyka kina, arcydzieło Blocha – groza i napięcie w pełnej okazałości.

Dzisiaj, pierwszy raz od dłuższego czasu (od 3 notek, dokładnie rzecz biorąc) zajmę się filmem i pokrótce książką. Postaram się to zrobić jak najlepiej, ale i najkrócej. Mowa o największej klasyce kina, czyli „Psychozie”.

Prawdopodobnie jest to dość znany tytuł, lecz mało ludzi miało styczność z książką lub filmem. Ja zajęłam się obiema dziełami i nie potrafię wybrać, który jest lepszy. Ostatecznie chyba jednak stawiałabym na książkę.

Teraz może mały wstęp do fabuły: Młoda dziewczyna, Marion Crane, kradnie pieniądze z pracy, które miała dostarczyć do banku i ucieka z nimi do swojego partnera Sama. Zatrzymuje się na noc w opuszczonym (ze względów czysto ekonomicznych) motelu. Tam poznaje Normana Batesa, który prowadzi ten motel razem z despotyczną i lekko upośledzoną matką. Marion ginie jednak zadźgana nożem pod prysznicem (jedna z najsłynniejszych scen kina światowego). Na poszukiwanie wyrusza Sam, siostra Crane, Lila oraz wynajęty detektyw.

Cóż, ostatkami sił powstrzymuję się, aby nie dodać tu kilku pytań retorycznych, kilku dodatkowych zdań, które naprowadziły by Was bardziej na trop morderstwa Marion. Ale nie mogę Wam tego zrobić, ponieważ ja także czytałam tą książkę w pełnej nieświadomości i wywarła ona na mnie tak ogromne wrażenie, że zapragnęłam obejrzeć film.

Dlatego Wy też zapamiętajcie – najpierw książka, później film. Czemu? Ponieważ zakończenia książki w życiu nie będziecie się spodziewać, a film będziecie oglądać już ze spokojem. Będziecie mogli też częściowo wyłapywać ważniejsze fragmenty, tropy, oraz docenicie samą produkcję filmu. Na dodatek poznanie rozwiązania pozwoli Wam osiągnąć jasność sytuacji. Wiadomo, że podczas oglądanie łatwiej jest coś pominąć.

Z tego miejsca pragnę poprosić wszystkich Kinomaniaków i tych, którzy oglądali ten film (tudzież czytali książkę), aby nie zdradzali żadnych dalszych fragmentów fabuły. Nie mam tego w zwyczaju, ale będę blokować spojlery :D Pozwólcie, że niektórzy czytelnicy sami odkryją magię książki Roberta Blocha i filmu Alfreda Hitchcocka.

Co jeszcze mogę dodać? Mam nadzieję, że narobiłam Wam przysłowiowego „smaka” na tą historię i przed rozpoczęciem wakacji poznacie „Psychozę” w całej okazałości.

 81-1

 

P.S. Starałam się dodać nową stronę pt. „Docenione’. Ona istnieje, ale tylko kiedy ja na nią patrzę, bo jakoś na blogu mi się nie pojawiła. Mam nadzieję, że w niedługim czasie to ogarnę.

P.S.S. Notka pt. „Nigdy więcej nie będę jeździć na rowerze w czasie burzy” ukazała się na Onecie. To już czwarta wyróżniona notka mojego autorstwa. :D Stokroć dzięki, czytelnicy!

P.S.S.S. Ostatnia informacja… Żartowałam :P Już kończę.

/Siwa

Źródła zdjęcia i gifa – http://marcelinaczyta.blogspot.com/2014/06/majstersztyk-grozy-czyli-psychoza_6.html (ona też pisała notkę o tym filmie ^^)

79. Przemknę niezauważona….

Nie wiem jak zacząć, więc zrobią to za mnie wymowne trzy kropki.

Teraz już lepiej.

Po pierwsze, ustalmy, że ta przerwa była zaplanowana, ja miała, strasznie zajęty miesiąc i potrzebowałam odpoczynku.

Ale nie zawiodłam się na Was. Wielu z Was wciąż męczyło mnie, żebym napisała w końcu notkę. (Uwierzcie mi, lubię tę formę męczenia.) ;)

Teraz już nawet nie wiem, co mogę Wam napisać po tak długim okresie. Może po prostu powiem: ŻYJĘ. :D

Wszystko czasem nadrobię, nawet Wasze notki na blogach. Naprawdę wszystko da się nadrobić. Doskonałym tego przykładem są uczniowie z 9 zagrożeniami, którzy i tak otrzymują promocję do następnej klasy.

Ale dość już tych wyrzutów sumienia i tłumaczenia się. Sama siebie ostatnio zbytnio katowałam nieobecnością na blogu, żeby jeszcze bardziej się pogrążać.

Pragnę jeszcze wspomnieć, że dzisiejsza notka jest z dedykacją dla Lackofideas, która dzisiaj obchodziła swoje urodzinki <3 Pewnie i tak przeczyta to w niedziele, ale niech wie, że jest kochana…

Nie jestem pewna, ale u mnie ostatnio nic się nie zmieniło. Mam także wrażenie, że czytelników nie obchodzi to co się u mnie dzieje, tylko to, kim jestem, co uważam itd. Ale jeśli się mylę, to mnie poprawcie. ^_^

Może jednak trochę odejdę od tej zasady…

Jak wiecie, zaczęłam ćwiczyć dla siebie i dla zdrowia iii … popsułam sobie zdrowie. A dokładniej kręgosłup. Mam nadzieję, że już mogę zacząć ćwiczyć od nowa tym razem lepiej i ostrożniej.

Nie potrafię siebie zmotywować. (Stąd też tak długi brak notki.) Ale dobrze, że mam takich ludzi wokół siebie, którzy zawsze potrafią na mnie wpłynąć. ;) A na niczym mi tak nie zależy jak na przyjaźni…

Przejdą do drugiej klasy – bez promocji, ale przejdę. :D Pomijam już kwestie nauki, ale przypominam sobie jak na początku roku myślałam, że w liceum z nikim się nie zaprzyjaźnię. No i kolejny raz się pomyliłam. Oczywiście nie jest to jakaś wielka przyjaźń, ale są tam ludzie, dla których warto iść do szkoły. ;)

Zamiast odsuwać spotkania z ludźmi w czasie zaczęłam się z nimi umawiać „na reżysera”. Czyli coś w stylu „oddzwonię do Ciebie”, „spiszemy się jeszcze”… Nienawidzę tego w sobie, ze nigdy nie trzymam się terminów, zawsze coś muszę przedłużyć  i zawalić. :/

Kolejny ważny wywiad do gazety już za mną. Jestem z siebie dumna, kiedy ludzie nareszcie zaczynają traktować mnie jak człowieka, a nie małolata. No i byłam na pierwszej konferencji prasowej w moim życiu. Nie było to znowu nic szalonego, zwykła lokalna konferencja, ale i tak to ciekawe doświadczenie.

Zauważyliście, że z minuty na minutę piszę coraz więcej zdań? Może jak już się nakręcę, to niedługo dodam kolejną notkę – tym razem tematyczną.

Weno spływaj na mnie strumieniami. (Wiem, wiem… Apostrofa powinna być na początku…)

To na razie tyle.

Pamiętajcie tylko, że ŻYJĘ :D

/Siwa

76. Czas na małe podsumowanie, chociaż to nie Nowy Rok…

17 marca to szczególny dzień dla mnie. Dokładnie rok temu założyłam bloga. Cóż, jak dotąd ma się on świetnie, z dnia na dzień przybywa mu czytelników i w ostatnim czasie nieźle się rozwinął. Dochodzę więc do wniosku, że założenie go, było jednak dobrym wyborem. Jestem dumna nie tylko z niego, ale i z siebie. Praktycznie rzecz biorąc mój blog = ja, więc to cała moja robota. :D

76 - torcik

Poczyniłam naprawdę dość duże postępy. Nauczyłam się lepiej pisać. Nie mówię, że doskonale, ale zauważam poprawę, patrząc na pierwsze wpisy i porównując je z teraźniejszymi. Blog to także mój wywietrznik. Tutaj jest wszystko co u mnie w głowie. Przynajmniej się tam nie magazynuje i nie zagraca potrzebnego miejsca.

„Co-miś…” doczekał się także kilku „wyróżnień”. Kilka notek (chyba ze trzy albo cztery) trafiło na Onet, co także mnie czegoś nauczyło… Dzięki temu, i nie tylko, mój blog ma ponad 42 tys. wejść. Dziękuję też za każdy komentarz. Nazbierało się ich już pół tysiąca (to brzmi zdecydowanie lepiej niż 500 ^^). Blog to nie tylko statystyki, ale i ludzie. A poznałam tutaj kilka ciekawych osób, a także ich blogi.

Tutaj zapewne znajdą się podziękowania, bo rok to dość duże wydarzenie (nie to co 3 lub 11 lat…). Oznacza to przede wszystkim, że będę kontynuować moje dzieło. Postaram się to robić jak najlepiej. A teraz z tego miejsca, z pozycji jedynego i najcudowniejszego administratora owej strony, pragnę podziękować:

  • Paulinie „Lackofideas”, bo kiedy myślę „blog” myślę także o niej. Okazało się, że mamy bardzo dużo wspólnego (nie tylko wiek, wybrany kierunek nauki …) :D Dziękuję Ci przede wszystkim za znajomość, która jest dopiero początkiem ;*
  • „Beatrycze”, mojej starszej, zwariowanej, blogowej siostrze. Ta wariatka była pierwszą, która przeczytała wpis. Jej „Foszek” jest fenomenalnym zjawiskiem. I pomimo tego, że dzieli nas pół Polski, to wiem, że i tak stworzymy kiedyś wspólną notkę :D
  • Kiki, która także jest nieodłącznym punktem tej strony. Dziękuję jej za każde wysłuchiwanie moich ekstaz z powodu pojawienia się notek na Onecie… Za tłumaczenie mi zasad skomplikowanego aska, za bycie moją prywatną Gimbuską i za to, że jest kochana i nieustępliwa.
  • Mamie – mojej najwierniejszej czytelniczce.
  • Magdzie – za ostatnią notkę i nie tylko. Wiedziała od początku o moim blogu i, pomimo swojej cichej obecności, mnie wspierała. Co jak co, ale dzięki niej potrafię wierzyć w siebie.
  • Kamilowi, za każdy film, który ze mną obejrzał, a który później opisywałam. Za niezliczoną ilość chamstwa. (Od kilku lat toczy się spór, czy to ja nauczyłam go chamstwa, czy on mnie…) W ostateczności, zaskoczył mnie, kiedy byłam smutna i zawiedziona, a on domyślił się i spytał „Co się stało?”. Nigdy nie zapomnę tego dnia… :P Co do Kamila… Gdyby ktoś chciał kupić Aprillię RS 50 to wiecie gdzie uderzyć <<<<<-
  • Paulinie, za każde niemiłe słowo, które motywowało mnie do działania.
  • Natalii, która czyta prawie każdy wpis i objawia się tylko jako cyferka w liczniku.
  • Każdemu czytelnikowi, a zwłaszcza Piacare, Pasteli, Leserette oraz tym, których już w „blogosferze” nie ma, czyli Dani i Rainbow. :D

Jeśli kogoś pominęłam to.. przykro mi. Dostanie się mu za kilka lat :P Bo za rok nie liczcie na takie wylewności. ^^

Specjalnie z okazji urodzinek zostanie dodana jeszcze jedna strona na moim blogu. Już niedługo szykuję kilka notek o:

- Nowościach w marcu, czyli zaproponuję Wam ciekawą książkę, film i coś na dodatek…

- O filmie „Pokłosie” lub „Niezłomny”, także możecie już odrobić pracę domową i obejrzeć. ;)

- O dziewczynie zwanej „Emo Martynka”, która kilka lat temu zrobiła pogrom w internetach :D

A teraz wasza kolej -> Która notka podobała Wam się najbardziej? ;)

Pozdrawiam :*

/Siwa

75. Egipt – czyli kronika młodego podróżnika.

Ogłoszenia parafialne od autorki bloga:

Jak już pewnie wiecie lub się domyślacie – poprzednia notka trafiła na Onet, przez co statystyki nam podskoczyły i mamy ponad 40 tys. wejść i ponad pół tysiąca komentarzy. Dziękuję bardzo <3 Oczywiście dowiedziałam się też, że jednak wyglądam jak chłopak, że coś jest ze mną nie tak, skoro przydarzyła mi się taka sytuacja, ale… poznałam też wiele kobiet, które miały taki sam problem jak ja :D To było miłe doświadczenie. A teraz zostawiam bloga w rękach mojej przyjaciółki. ;)

/Siwa

 magda na statku

Egipt, czyli kronika młodego podróżnika.

Hmm… nie wiem jak zacząć. :/ Nie jestem doświadczona w pisaniu, tak jak Siwa :D (Osobiście uważam, to za przesadzony komentarz, ale miło – bezczelne wtrącenie Siwej). No ale… może od początku? Dla niezorientowanych – właśnie minęły ferie. W tym roku, w naszym województwie (małopolska), przypadły na ostatni termin (16.02.-1.03.), co mi nie przeszkadza. :P Jednak jak na złość, w czasie naszego wolnego, tradycyjnie nie było śniegu. Mimo wszystko, te ferie zaliczam do jednych z najbardziej udanych do tej pory.

No więc (tak, wiem że zdania nie zaczyna się od tych wyrazów -.-), tak się złożyło, że ja – dziecko szczęścia – dostałam wspaniały prezent na ubiegłe Święta Bożego Narodzenia od mojego kochanego braciszka S. i jego dziewczyny J.. Był nim wspólny, tygodniowy wyjazd do Egiptu. :D Tak, wiem zazdrościcie mi. ^^ (Ona zawsze jest taka nieskromna… – kolejne bezczelne wtrącenie Siwej.)

Oczywiście rozpaczliwie odliczałam dni do ferii, a czas nie ubłagalnie się ciągnął. Przygotowywałam się już od grudnia (małe zakupy, lista najpotrzebniejszych rzeczy, i takie tam), aż wreszcie nadszedł czas wyjazdu. Pakowanie, problemy z ilością rzeczy (okrutne ograniczenie bagażowe 20kg), obawy przed zapomnieniem czegoś… Na szczęście zdołam się bezproblemowo z wszystkim uporać na czas wylotu (w tym miejscu pragnę pozdrowić moją przyjaciółkę N., która pomogła mi w pakowaniu). Nie ukrywam, że również bardzo ucieszyłam się z podróży samolotem (w końcu był to mój pierwszy lot). Podróż odbyła się bez wielkich komplikacji (takie tam godzinne opóźnienie samolotu :D ).

Pierwszego dnia poszliśmy na spacer i w tym czasie poznaliśmy zasady ruchu drogowego na drogach egipskich, a raczej ich brak. Ludzie tam jeżdżą jak chcą, ręki z klaksonu nie zdejmują, wysiadają i wsiadają gdzie chcą. Tam raczej nie obawiają się wysokich mandatów jak u nas, w Polsce.

Podczas spaceru spotkaliśmy bardzo sympatycznego Araba, jadącego na wielbłądzie. Gdy nas zobaczył – naiwnych Polaczków – zaproponował przejażdżkę na jego środku lokomocji. My, oczywiście zachwyceni, skorzystaliśmy z propozycji. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć, więc stwierdziliśmy, że damy miłemu panu „w sukience” napiwek. Dlaczego nie? Skoro tak dobrze bawiliśmy się… Jednak miły pan, po zapytaniu go, ile się należy, powiedział „tylko” 20€ … za osobę. -,-

wielbłąd.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 

„Lekko” zdenerwowani poszliśmy w dalszą drogę do czegoś na kształt mini centrum. Zaczepił nas tam jeden z właścicieli sklepów i zaprosił do swojej drogerii. Oczywiście od razu zapytaliśmy, czy z tym zaproszeniem wiążą się jakieś koszty. ;) W tym miejscu zostałam naszym „królikiem doświadczalnym”.  Właściciele reklamowali się różnymi perfumami i naturalnymi kosmetykami. Z racji, że jestem nastolatką nie ukrywam, że mam trądzik na twarzy. Panowie postanowili cudownie wyleczyć moje niedoskonałości „mlekiem wielbłądzim” – zostańmy przy tym, że to było mleko…  Miałam tak gładką skórę, że stwierdziliśmy iż trzeba czym prędzej udać się do hotelu i umyć moją twarz peelingiem, ponieważ skóra zaczęła mnie swędzieć. :P

Poza tymi przygodami, podczas spaceru zaintrygowało mnie kilka interesujących faktów, a mianowicie: architektura, którą się zachwyciłam. Ciekawy, surowy styl budynków (najczęściej wykonanych z cegły) i okna jak w tej bajce „Alladyn”- coś pięknego.

budynek.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 

Zwiedziliśmy Biały Kanion. Ogólnie zapowiadało się świetnie: rajd jeepem, jazda na wielbłądach, snorkeling. Pomijam fakt, że musieliśmy obudzić się o godzinie 4:45. Udaliśmy się na tą wycieczkę, ale aby znaleźć miejsce zwiedzania musieliśmy przejechać ok. 2km przez pustynię, co powinno zająć  maksymalnie 10 min. Jednak pojawił się malutki problem, czyli zepsuty napęd przednich kół, co skutkowało zakopaniem się po przejechaniu 50m. Grzecznie poprosili nas, abyśmy opuścili jeepa (a że to była godzina 7 rano wiało jak w Kieleckim). Zostaliśmy przetransportowani innym samochodem do Białego Kanionu. Z początku wiatr nie dawał spokoju, sypiąc po oczach piaskiem. Ogólnie było zimno, ale po pół godzinie przestało to nam przeszkadzać i tylko zachwycaliśmy się pięknymi widokami.

Po 1,5h. dotarliśmy do wioski Beduinów, gdzie zostaliśmy ugoszczeni herbatką (bardzo dobra i bardzo słodka), gdzie spotkaliśmy pierwszą kobietę. Standardowo, była ona ubrana na czarno, od stóp do głów, widoczne było tylko jej oczy. Coraz bardziej oczywisty stawał się dla mnie brak kobiet. W naszym hotelu byli sami pracownicy,  w okolicy budynku nie ujrzeliśmy żadnej przedstawicielki płci pięknej. W późniejszym czasie, gdy udało nam się spotkać kobietę, to właśnie tak wyglądały: sukienki po ziemię, legginsy, golfy i chusty na głowach zakrywające większą bądź mniejszą część twarzy (zależało to o ich kultury).

Później czekał nas rajd po pustyni, a następnie podróż na wielbłądach, aż do „restauracji”. To, co tam zobaczyliśmy spowodowało u nas niemały szok. Zaprowadzili nas do jakiejś wioski wiejącej biedotą i tam właśnie było nasze miejsce spożycia posiłku. Tego nie można nazwać restauracją 5 gwiazdkową, nawet nie wiem czy zalicza się pod 1 gwiazdkę. Po prostu stodoła zbita dechami, brak krzeseł, no i oczywiście „bardzo smaczne” jedzenie. I tak właśnie cały dzień spędziłam o bułce z serem i kilku frytkach – to tylko wyglądało w miarę zjadliwie. O barcie S. już nie wspomnę. Stracił on automatycznie humor i wszystkie żyły na jego twarzy szyi były jeszcze bardziej widoczne.

restauracja.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 

Na snorkeling było zbyt zimno, więc zrezygnowaliśmy z tej atrakcji. W jednym z kolejnych dni wybraliśmy się na rejs statkiem na wyspę Tiran. Ogólnie bardzo ciekawa wycieczka z trzema zejściami do morza. Pływanie wśród raf – coś pięknego. Byłam zachwycona podwodnym światem.

nurkowanie

 

W pozostałe dni  nic szczególnego nie robiliśmy: rano jeździliśmy na plażę, po południu spędzaliśmy czas nad hotelowymi basenami i opalaliśmy się – to chyba najbardziej mi się podobało. Czekały na nas także trochę „hardcorowe” atrakcje: Parasailing oraz Tuba.(Przy tym pierwszym srałabym w gacie i nie pomógłby mi nawet „Stoperan”. To ze względu na lęk wysokości. A zdjęć z tzw. „tuby” wolicie nie widzieć :D Trzymanie się jakiegoś nadmuchanego banana, ciągniętego przez motorówkę z prędkością światła, może i jest „hardcorowe”, ale i nieprzyjemne – autorka bloga nie mogła powstrzymać się od tej znaczącej uwagi.)

parasailing.jak-zmniejszyc-fotke_pl

 

Wieczorem udaliśmy się do Naama Bay. To miasto wieczorem budzi się do życia. Jest to miejsce imprez, restauracji, sklepów zarówno z pamiątkami jak i ubraniami oraz wielu pamiątek. Zostaliśmy tam zaczepieni przez pewnego Araba, który po wypowiedzeniu tradycyjnego dialogu czyli:
-Hi, Where are you from ?
-Poland.
-Ooo, Polska. Jak się masz ?
-Dobrze, a Ty ?
-Super. Jak masz na imię ?
-J., S. i Magda
-O Magda! Egipcjan name.

(Serio? Tam właśnie się dowiedziałam, że moje imię jest pochodzenia egipskiego, ale ile razy można tego słuchać. Każda osoba, z którą rozmawialiśmy mówiła mi to -,- )
Pytał się jeszcze dlaczego tak mało Polaków jest w Egipcie. Mój brat mu odpowiedział, że z powodu pieniędzy, a on zaczął się śmiać, bo stwierdził , że S. nie brakuje pieniędzy, skoro ma dwie żony (spoglądając na J. i mnie). Dopiero po chwili wytłumaczyliśmy mu, że ja jestem jego siostrą i wtedy zaczął pytać mojego brata, ile wielbłądów chce za mnie. (Cena stanęła na 2 wielbłądach… ale mój brat stwierdził, że jestem bezcenna.)

naama-at-night.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Niestety nasz wypoczynek dobiegł końca. Wylecieliśmy z pół-godzinnym opóźnieniem, po tym jak system elektroniczny padł na lotnisku (ręczne pisanie biletów i noszenie wszystkich bagaży). Było świetnie, mimo natarczywości Arabów, którzy na siłę chcieli nam coś sprzedać. Do tej pory, gdy słyszymy słowa „Dzień dobry! Jak się masz?” miło się nam robi na sercu i wspomnienia z Egiptu wracają. Miło wspominam również niespodzianki, które zostawiali nam pracownicy hotelu w pokojach po sprzątaniu. Były nimi różne ozdoby ułożone z ręczników (statek, łabędź i serce, słoń, kwiat…).
Dziękuję Siwej za możliwość opublikowania mojej pierwszej debiutanckiej notki. Mam nadzieję że nie zaszkodzę Ci tym wpisem. Pozdrawiam wszystkich czytających i przyjaciółkę N., która miała mały wkład w tej notce ;)

/Magda

71. Sezon na leszcza i tak oto zostałam gniewem.

Trochę mnie tutaj nie było. Nie myślcie, że nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Moja rozmowa z N. przyniosła wczoraj następujące wnioski:

  • Jak opiszę film to czytelnicy pomyślą, że chcę ich zbyć.
  • Z drugiej strony mogłabym opisać co takiego robiłam przez ten czas, ale moje życie nie jest aż takie interesujące, a gra w „Eurobusiness” jest interesująca tylko dla graczy (Ja, N, Szister i Przyszły Szwagier, czyli Chamskie Warszawskie Słoneczko).

Wnioski końcowe: opiszę trochę tego i tego. Kurde to mój blog! Nikt się nie będzie czepiał (chyba za dużo czytam „Foszka”) :P

Poza pisaniem artykułów (aż dwóch) do gazety i strony internetowej tworzyłam też całkiem ciekawy wywiad z dziennikarką. Ciężko było, bo – jak sama przyznaje – nie lubi udzielać wywiadów, zwłaszcza o sobie.

Nie wspomnę o wszystkich sprawdzianach, kolejnych obietnicach, że będę się uczyć. Na szczęście zakończenie semestru nie poszło tak źle i dostałam 4 ze wszystkich rozszerzonych przedmiotów (pol-hist-ang), co jest dla mnie nie lada osiągnięciem. Normalnie jestem z siebie dumna, zwłaszcza, że nie byłam pewna czy przejdę z edb…

A co do moich ukochanych filmów <3. (A wydaje mi się, że wcale ich tak dużo nie oglądam.) „Kraina lodu” z N. Tak z niczego zaczęłyśmy oglądać tą bajkę i doszłyśmy do wniosku, że ona uczy dzieci czegoś więcej niż jakiś dziwny serial „Violetta” (polecam recenzję Beatrycze :P).

Z K. obejrzeliśmy także stary polski film – „Sezon na leszcza”. Jemu chyba się zbytnio nie spodobał, ale mi przypadło do gustu nietuzinkowe zakończenie. Jest to historia niepokornego gliniarza, nadużywającego alkoholu, który próbuje się dowiedzieć z kim zdradziła go żona. Pojawia się także całkiem osobny wątek dwójki rodzeństwa, którzy napadają na bank. Ginie ich wspólnik, a oni muszą uciekać. Przy okazji zabierają 3-letniego dzieciaka z ukradzionego auta. Całkiem ciekawy film, nieoczywisty, pokazujący polskie realia. Dwa wątki łączą się dopiero 5 minut przed zakończeniem filmu (co osobiście doprowadziło mnie do szału). Warto wspomnieć o roli Bogusława Lindy (którego zna każdy, zwłaszcza z takich filmów) i Ani Przybylskiej. Jest to produkcja z 2000r. więc myślę, że większość z Was go widziała.

Z kolei wczoraj oglądaliśmy komedię na miarę „American Pie”, czyli „Eurotrip”. Nie polecam, chyba, że ktoś lubi lekkie, dziwne, a zarazem mało wymagające i oklepane komedie. ;)

Szczerze powiedziawszy to czekam już tylko na ferie. To będzie ten czas, kiedy spotkam znajomych, z którymi nie widuję się na co dzień. Co dziwniejsze, ja już od dawna planuję co będę robić w te dwa tygodnie wolnego, a u nas ferie dopiero od 16.02.  :/

A na koniec zostawię Wam taką wisienkę na torcie (który dzisiaj wykonany jest raczej z samej margaryny). W ciągu mojej nieobecności na blogu zorganizowałyśmy (ja, Szister, N. i Kiki.) sesję zdjęciową. Miał to być projekt zaliczeniowy dla Kiki, więc trochę się poprzebierałyśmy i wyszły świetne efekty.

N. była miłością.

71-1

Szister pożądaniem (dlatego też nie udostępnię tego zdjęcia).
Kiki była szczęściem.

A ja zostałam… GNIEWEM. Nie wiem czy to jakaś aluzja, czy o co chodzi. Mi się to zdjęcie nawet podoba. Jest takie prawdziwe. Przynajmniej już wiem jak wyglądam, kiedy się drę.

71-2

Pozdrawiam i czekajcie na następną notkę. :D

/Siwa

68. Względność pisania notek, a upływu czasu.

- O czym napisać w nowym roku?

- O postanowieniach noworocznych?

- Niee, to oklepane.

- To o czym napiszesz?

- Aaa, wyjdzie w praniu…

Tak stwierdzając, postanowiłam, że nie będę Was zanudzać moimi postanowieniami. Większość osób jakieś ma. Szczęśliwi ci, którzy zrozumieli, że i tak się  nie uda im spełnić. Życzenia na Nowy Rok już były, teraz wypada tylko przeprosić, że nie dotrzymałam słowa i spóźniłam się z notką.

Właściwie czemu nie napisać o czasie?

Cha cha :P Mówiłam, że wyjdzie w praniu ^^

Z tym pisaniem na blogu nie jestem jedyna. Oczywiście ja jestem jeszcze tym, który się spóźnia, i to malutko. Ale są w internetach tacy, którzy traktują blogi jak… podręczniki do szkoły? ^_- Czyli odwiedzają tylko od czasu do czasu. A później katalog blogów na Blog.pl wygląda tak:

68-1

Serce się kraje ;( (Kurcze, ile ja powiedzonek dzisiaj używam…)

Znam osobiście takie blogi, których autorzy znikają na dłuuugie czasy, a niekiedy jest to wielka strata (także dla czytelników). Ale co innego jak ktoś znika na pół roku…

Co to tego mojego czasu, chcę jeszcze przytoczyć ciekawe powiedzonko Lackofideas (serialomaniaczki ^^). (Wszelkie prawa autorskie należą tylko i wyłącznie do niej, a ja za pozwolenia sobie na skopiowanie bez pytania, przepraszam pokornie, ale liczę, że z racji na znajomość mi wybaczy <3)

68-2

Ta notka chyba będzie rekordowo krótka :o

Tak już totalnie (totalnie? Mogłaś się chociaż wysilić…) na koniec.
Dziękuję za ponad 25 000 wyświetleń. Lubię wyświetlenia, ale nie ukrywam, że kocham komentarze :D Ich liczba także jest w miarę satysfakcjonująca. (Wiem, wydziwiam.) Ale jak ostatnio napisałam gdzieś w komentarzu – Najlepsze w blogach co może być, to blogerzy.

Osobiste podziękowania będą raczej w urodziny bloga (czyli już za 3 miesiące), ale już teraz dziękuję każdemu czytelnikowi, który uczynił mój poprzedni rok lepszym. ;*

/Siwa

64. Musimy porozmawiać o Kevinie.

Drodzy Państwo, zebraliśmy się tutaj, żeby powitać Siwą, autorkę tego bloga, po jej (najdłuższej jak dotąd) przerwie.

A tak serio. Nie zapomniałam o blogu. Zdarzą się jeszcze nie raz sytuacje, że nie będę pisać. Kto pisze ten wie, jak ciężko jest złapać czas, lawirując pomiędzy zajęciami szkolnymi, a odpoczynkiem w domu. Poza tym niedługo nadrobię najnowsze notki na Waszych blogach, mam nadzieję, że wiele mnie nie opuściło…

Z ogłoszeń parafialnych chcę jeszcze wspomnieć, że założyłam funpage’a mojego bloga :D Łapcie link! <TUTAJ>

W ciągu ostatnich dwóch tygodni byłam 3 razy w kinie. Nieźle, jak na mnie.

Raz z przyjaciółką na „Dzień dobry, kocham Cię.” Oczywiście nie odpuściłam sobie „Igrzysk śmierci.” Jednak żaden z tych filmów nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ostatni, który miałam okazję oglądać przy okazji rekolekcji filmowych.

Teraz MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE.  
Kilka suchych faktów, potrzebnych do znalezienia filmu: reż. – Lynne Ramsay, któremu należą się wielkie ukłony. Rok produkcji – 2011. W rolach głównych – Tilda Swinton, Ezra Miller i inni.
Ogólnie jest to historia matki i syna. Widzimy normalną, szczęśliwą rodzinę, a z drugiej strony demonicznego nastolatka, który od małego dziecka manipuluje ludźmi (zwłaszcza rodzicielką).

Film jest bardzo szokujący, nic tam nie jest pewne. Z jednej strony chcemy zabić głównego bohatera, Kevina, a z drugiej jest nam go po prostu szkoda. Kończy się… inaczej i tragicznie. Ale zdecydowanie jest to film warty polecenia. Obejrzyjcie koniecznie, a liczę, że będziecie MUSIELI myśleć o problemie tam przedstawionym. To nie tak, że Wy będziecie chcieli go analizować, on po prostu raz po raz będzie wkradał się do Waszych głów bez Waszej zgody.

Mam nadzieję, że się na mnie zbytnio nie obraziliście :D Zapraszam więc tych, którzy już ten film oglądali  do wyrażenia swojego zdania, a pozostałych do zaproponowania równie mocnego dramatu.

Pozdrawiam.

/Siwa

54. Jak córka stała się „turką” – wspomnienia z Włoch. :)

Trochę mnie tu nie było, ale kto jak nie wy wiecie o pochłaniaczu czasu zwanym nauką.
Dzisiaj tak jakby jeszcze wspomnienie o Włoszech. Nie będzie to już opisywanie miast i tego, co zwiedzałam, ale, krótka anegdota o nieporozumieniach.

Rzecz działa się jednego z ostatnich wieczorów naszego pobytu w Italii. Poszliśmy w odwiedziny do znajomego mechanika. Pomógł on trochę w przeszłości mojemu tacie, wynajmował jemu i kolegom mieszkanie. Wypadałoby więc odwiedzić znajomych.
Tata był przeszczęśliwy. W końcu to tak jakby odwiedzał wujka. Gorzej z nami. Naturalnie, mama, ja i moje siostry nic nie rozumiałyśmy.
Siedząc sobie i słuchając pięknego języka włoskiego rozglądałam się po pomieszczeniu. Jak przystało na kulturalną osobę nie ziewałam, a nawet udawałam, że jestem zainteresowana tym dziwnym szwargotaniem rozmową.
Kontemplując co oznaczają kolory ścian i jakie przesłanie niesie ze sobą kształt żyrandola dostrzegłam ciekawe zdjęcie. Na fotografii widać było pana w mundurze. Zaciekawiła mnie jego postać więc wskazałam je i spytałam tatę kto to jest.
Tutaj gospodyni (żona mechanika) ożywiła się i zaczęła opowiadać, jakbym co najmniej miała wszystko zrozumieć. Wyglądało to tak. Ona gada (przepraszam, że nie „mówi”, ale to mój blog), cisza, tata tłumaczy, ja kiwam ze zrozumieniem głową, zadaję pytanie, tata tłumaczy, ona gada, cisza, tata tłumaczy… Coś w tym stylu.
W końcu wyciągnęła cięższą artylerię – album. Najpierw kilka starych zdjęć jej i mechanika. Później zdjęcia (profesjonalna sesja fotograficzna…) z pierwszej komunii świętej ich dzieci. Synek, grubasek, który teraz „przypakował” i bardzo ładna dziewczynka.

Miała na sobie specyficzny strój. Biała, długa sukienka, ale nie taka jak u nas. Bardzo skromnie z kwiatuszkiem w ręku. Na głowie miała zaś coś na kształt obrusa, albo zasłony. Wyglądało to … inaczej :D Bardzo ładnie, ale całkiem dziwnie jak dla mnie. Jeszcze nie wiedziałam, że to jej córka „komunistka”, więc spytałam:
-Córka? – nie było to do końca skierowane do niej.
Zanim tata zdążył przetłumaczyć gospodyni oburzyła się i zaczęła tłumaczyć. Nie wiedziałam co, ale zaprzeczała. Tata natomiast się śmiał.
Sęk w tym, że kobieta zrozumiała „TURKA”, co w ich języku znaczy to samo co u nas. Próbowała mi wyperswadować, że ta dziewczyna nie jest Turczynką, że była do komunii i jest jej CÓRKĄ.

Tak to właśnie jest, jak się nie zna języka. Może dojść do wielu ciekawych nieporozumień. Później oczywiście po wyjaśnieniu wszyscy się śmialiśmy. A czy Wam przydarzyło się coś podobnego? :D

P.S. Ten wpis był nawet podobny do wpisów Pani S., którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)

P.S.S. Jeśli znaleźliście w tej notce jakiś błędy, błagam napiszcie do mnie. Albo na maila, albo po prostu mnie poprawcie.

/Siwa