103. Pożądany cudzoziemiec, czyli o trudnych tematach

Jeśli daliście się zwieść pierwszemu wrażeniu, jakie wywarł na Was tytuł, to chcę zaznaczyć, że się mylicie. WPIS NIE JEST O UCHODŹCACH.

Krótka geneza tytułu: Wpis jest recenzją filmu „Syn Szawła”. Jego bohater nazywa się Szaweł (Saul) Auslander, co tłumaczy się jako pożądany (Saul) cudzoziemiec (Auslander). Jest to film, który przedstawia historię członka Sonderkommando w Auschwitz-Birkenau. Holocaust, to właśnie „trudny temat”.

Na „Syna Szawła” wybrałam się w piątek wraz z K., N. i jeszcze jednym superbohaterem. Osobiście podziwiam ich wytrzymałość i stalowe nerwy. Nie mieli oni zbytniej okazji do rozrywki na tym filmie i prelekcja również nie należała do najłatwiejszych. Ale dzielnie wytrzymali 3 godzinie w sali studyjnej mniejszej niż mój pokój. Na dodatek nawet nie kręcili nosami, że najmłodszy uczestnik dyskusji (wyłączając nas) miał blisko 45 lat. Wiem, że wyjścia do kina ze mną nie należą do najłatwiejszych…

Na szczęście dla mnie po filmie odbyła się krótka prelekcja. Dyskusja toczyła się nie tylko wokół akcji filmu. Pojawiały się też kontrowersyjne zdania (co mi się podobało), ale również argumenty, których autorów podejrzewam o lekką głupotę, tudzież ignorancję (a to już zupełnie mi się nie podobało). Ostatecznie, wiele rzeczy zostało wyjaśnionych, cała symbolika filmu nabrała klarowności i już nie czułam się taka zdezorientowana. Dlaczego to mówię? Bo chcę Wam wszystkim polecić chodzenie na filmy z prelekcjami, ponieważ po nich nie da się powiedzieć „ten film był głupi”.

Ale do rzeczy.
Szaweł jest węgierskim Żydem. Pracuje w Sonderkommando i wie, że za kilka miesięcy podzieli los swoich rodaków. Pewnego dnia Szaweł jest świadkiem niesamowitego wydarzenia, gdzie młody chłopiec przeżył zagazowanie. Doktor SS uśmierca go jednak na miejscu, a Żyd bierze chłopca za swojego syna. Od tej pory stara się godnie pochować ciało dziecka. Robi to wbrew obozowym zakazom i wszystkim zasadom logiki.

1

„Syn Szawła” nie jest filmem TYLKO o holocauście. To przede wszystkim film o obronie godności człowieka, zachowania człowieczeństwa w obozowych warunkach. To historia człowieka postawionego w sytuacji granicznej, który znajduje punkt zaczepienia, pozwalający mu przetrwać. Jest to również film o obronie wiary i tradycji żydowskich. To dzieło na długo pozostaje w pamięci. W trakcie projekcji człowiek czuje, że nie wypada mu wziąć łyka napoju, nie wypada się poprawić, nie wypada rozmawiać. Nawet po projekcji pozostaje pewnego rodzaju brak komfortu życia. Widząc te okrutne obozowe warunki, miałam wrażenie, że nie wypada mi jeść ani nawet myć się, kiedy dotarłam do domu. Żaden film o holocauście nie jest łatwy. Ale po tym na nowo zaczęłam doceniać wolność, jaką mam i dobrobyt, w którym przyszło mi żyć.

Na uwagę zasługuje sposób prowadzenia kamery (za to zresztą film zdobył Brązową Żabę). Praktycznie przez cały czas trwania akcji kamera stoi za plecami Szawła, pokazuje go z profilu lub wskazuje na niego. To Saul jest tu głównym bohaterem i pokazuje to zamazywanie drugiego planu. Warto również zauważyć, że twórcy filmu postawili na muzykę diegetyczną, co pozwala na doświadczenie jeszcze większych doznań estetycznych.

Najważniejsze jest jednak to, że reżyser nie stroni od ciężkich tematów i nie daje nam komfortu odizolowania się od problemu. Na pewno wielu widzów będzie zszokowanych ilością nagich ciał, które traktuje się jak przedmioty. Wlecze się je po ziemi, ustawia w wielkie kopce, pali w krematoriach… Mamy tutaj do czynienia z zupełnym brakiem szacunku dla godności ludzkiej. A Laszlo Nemes nie boi się mówić o tym wprost. Osobiście ogromne wrażenie wywarła na mnie jedna z początkowych scen, kiedy Saul wraz z reszta Sonderkommando przytrzymują drzwi od łaźni. Panicze krzyki i uderzenia w drzwi ludzi, którzy giną przez zagazowanie, do tej pory znajdują się gdzieś w kącie mojej głowy.

Słowem zakończenia – polecam ten film dla ludzi wrażliwych na ludzką krzywdę, ale odpornych na mocne obrazy. Wydaje mi się, ze potwierdzeniem genialności tego filmu jest Oscar, który epika filmowa zdobyła w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. Jeśli już oglądaliście ten film to podzielcie się swoimi wrażeniami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji to podsuńcie tytuł jakiegoś dzieła o podobnej tematyce, który również wywarł na Was ogromne wrażenie.

/Siwa

1.
http://www.filmweb.pl/film/Syn+Szaw%C5%82a-2015-725060

97. Okiem krytyka, czyli „Szubienica”

„Szubienica” to horror lipca z zeszłego roku, który miałam nie przyjemność zobaczyć przedwczoraj. A skoro ostatnio na zajęcia dziennikarskie musiałam wykazać się zdolnością pisania recenzji krytycznych, stwierdziłam, że „Szubienica” nie może zostać pominięta.

Warto już na samym początku wspomnieć, że film to totalne dno, zmarnowana godzina i co tam jeszcze chcecie. Ale ogląda się i tak, po to, żeby sprawdzić czego się nie lubi… Jak każdy widz współczesnego kina mam już lekki przesyt współczesnymi horrorami. Uwierzcie, obejrzenie „Lśnienia” było dla mnie jak balsam dla duszy. Skąd taka opinia? Winowajcą jest znana wszystkim seria „Paranormal activity”, która ma już chyba 6 części. Możliwe, że obejrzałam 3, albo 4. Nie jestem pewna, bo każda jest zaskakująco podobna do poprzedniej. Kiedy przy pierwszej części się bałam, to przy kolejnej już lekko nudziłam.

Tak samo jest z „Szubienicą”. Nie wnosi ona nic nowego. Niczym też nie zachwyca. Współczesny widz na nowo został zbombardowany koncepcją found footage. Na początku to musiało być oryginalne, ale teraz dużo jest horrorów, które kurczowo trzymają się tego typu realizacji. Jedyną zaletą są sceny ubarwione filtrami, czyli ujęcia na korytarzach i w piwnicach. Efekt wywoływany przez nagrywanie kamerami bohaterów jest całkiem niezły.

Może co nieco o fabule? Uczniowie liceum mają zamiar wystawić sztukę pt. „Szubienica”. Dwadzieścia lat wcześniej w czasie tego samego przedstawienia zginął aktor o imieniu Charlie. Główny bohater nie chce dopuścić aby spektakl się odbył, więc w nocy wyrusza ze swoimi znajomymi zniszczyć dekoracje. Ta część filmu rozkręca się właściwie przez większość czasu. Tutaj nie byłam w stanie się skupić, bo ujęcia nie pokazywały nic konkretnego, a równie dobrze takie rozwinięcie fabuły można by zmieścić w 10 minutach. Nuda, nuda, nuda… Wtem na ekranie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Po obejrzeniu przynajmniej jednej części „Paranormal activity” wiemy już, że nie jest to nic szczególnego. Uczniowie zostają zamknięci w szkole, jeden z nich zostaje ranny. Pojawia się jakiś kat, którego postać wcale nie jest jakość szczególnie zamaskowana (co jeszcze bardziej psuje klimat) ani ponadwymiarowa. Widz zasłania oczy poduszką, a kiedy ponownie spogląda na ekran okazuje się, że trzech z czterech bohaterów zginęło.

Ciężko mi to w jakikolwiek sposób skomentować. Może podzielę całość na plusy i minusy.

Zalety :

  • W momencie rozkręcenia się fabuły widz nie jest w stanie oderwać oczu od ekranu,
  • Sam motyw pojawienia się kata również jest ciekawy i ma przynajmniej jakiś sens,
  • Scena prawie finałowa jest zdecydowanie najlepsza: Na scenie jest dwójka żywych osób, ale co jakiś czas w kamerze pojawia się również inna postać.

Wady:

  • Tragicznie słaba gra aktorów,
  • Bardzo długo rozkręcająca się akcja, więc zanim dojdzie do sceny przełomu widz może zasnąć,
  • Przeniesienie postaci Charliego do świata ludzi (pod koniec przypominało to już bardziej „Piłę” niż horror z mocami paranormalnymi)
  • Przereklamowany już found footage,
  • W trailerze pojawiły się sceny finałowe, co wskazuje na beznadziejność tego filmu,
  • Wszyscy zginęli – jakże oryginalne rozwiązanie,

Teraz to wygląda jeszcze gorzej niż pięć minut po obejrzeniu tego horroru. Myślę, że gdybym zobaczyła go drugi raz to umarłabym ze śmiechu albo z nudy. Jedyne co ratuje ten film przed plakietką „totalna porażka” to reżyserzy amatorzy. Mając świadomość tego, że „Szubienicę” kręciło dwóch fanów gatunku z ograniczonym budżetem i kadrą aktorską jesteśmy w stanie zapomnieć im chociaż połowę błędów. Nie oznacza to wcale, że film jest geniuszem młodych twórców. Nie jest ani trochę oryginalny i nie nadaje się do polecenia.

szubienica

Dobrze, że „Szubienica” trwa tylko godzinę i 20 minut (ostatnie 20 minut trwa dobra akcja…), bo inaczej byłoby jeszcze gorzej niż jest. A i tak dobrze nie jest.

Czego uczy „Szubienica”? Żeby nie chodzić w nocy do szkoły? Raczej nie…
Już wiem! Żeby przenigdy więcej nie oglądać już współczesnych horrorów na miarę „Paranormal activity”…

Ciekawostka nic nie wnosząca do mojej recenzji: Imię każdej postaci jest równocześnie imieniem aktora, który tę rolę odtwarza.

Słowo zakończenia: nie oglądajcie „Szubienicy”, bo szkoda waszego cennego życia. A za tą godzinę można przeczytać wszystkie notatki z francuskiego, napisać notkę na bloga, zagrać z rodziną w grę planszową, pójść na łyżwy, porobić sobie 58 dziwnych zdjęć na Snapchacie i wiele, wiele innych.

Pozdrawiam

/Siwa

 

94. Lubimy zabijać, czyli krótki i długi film o zabijaniu.

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat zabijania, a właściwie problemu jakim jest odbiór morderstwa przez współczesne społeczeństwo w oparciu o film Krzysztofa Kieślowskiego oraz serię „Igrzyska Śmierci”, który jest ostatnio fenomenem wśród młodzieży.

Tak wyglądałby wstęp do mojego przemówienia.

Gdyby to było przemówienie.

Gdyby to był język polski.

Gdyby to była poważna osoba.

Ale, to tylko mój blog. Więc, jak w temacie, wiecie o czym chcę napisać. Temat wielce nie „jajcarski” ani nawet zabawny, ale ciężko mi będzie pisać dla Was jak dla mojego wychowawco-polonisty. (Przed chwilą napisałam interpretację jakiegoś wiersza, więc limit pisania tekstów poważnych już wyczerpany.)

Wróćmy do tematu, bo skończy się na tym, że opowiem Wam co ostatnio robiła Siapa i czemu lata po ogrodzie jak potłuczona i szczeka na powietrze…

„Krótki film o zabijaniu”, który obejrzałam ostatnio, co prawda z przymusu, był jednym z najdziwniejszych, najstraszniejszych, najlepszych i najmocniejszych filmów ostatnich czasów. Moich czasów, bo film jest już całkiem stary. Wydarzenia rozgrywają się w Warszawie. Do stolicy przyjeżdża młody, zagubiony i małomówny chłopak, który próbuje uciec od traumy, jaka go spotkała w rodzinnej miejscowości. Morduje sobie taksówkarza. Właśnie tak – „morduje sobie”, ponieważ nie ma żadnego motywu i nie wiadomo do końca czy robi to z nudy, czy próbuje odreagować stres. Mało istotny jest w tym momencie wątek młodego adwokata, kara zabójcy i egzekucja. Większość osób (pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wszyscy), którzy oglądali ten film twierdzą, że to sama scena morderstwa taksówkarza była dla nich najmocniejszym przeżyciem. Dlaczego jęki i charczenie duszonego mężczyzny, zakrwawiony wzrok ofiary, dobicie mężczyzny kamieniem wywiera na widzach takie wrażenie?

Moim zdaniem jesteśmy przyzwyczajeni do zabijania i mordowania ludzi, więc nie dziwi nas taki motyw w filmach. Jednak zawsze jest to ukazane w bardzo ogólny sposób. Strzał, uderzenie, upadek, krew, krew na podłodze, krew na rękach, zimne oczy trupa, koniec. Nie spotykamy się z katowaniem ofiary przez ponad 5 minut na oczach widzach. Reżyserzy zazwyczaj odpuszczają nam dźwięki wydawane przez zabijanych ludzi. Ja również nie mogłam tego słuchać i w najgorszych momentach odwracałam wzrok i zamykałam uszy.

Czym dla nas teraz jest zabijanie?

Wiele osób oglądało całą serię „Igrzyska Śmierci„, bądź czytało całą sagę. Można zaliczyć mnie w poczet dobrych fanów tej serii. Za sobą mam już nawet wizytę do kina na premierę ostatniej części. Prawie cała sala była pełna. Ale o czym myślimy po obejrzeniu takiego filmu?

Większość pewnie o tym, dlaczego Katniss wybrała Peet’ę a nie Gale’a.

Albo tak, jak ja – dlaczego musiał zginąć akurat Finnick?

Jak odbieramy zabijanie w tym filmie? Sam temat mordowania wyszukanymi sposobami jest jednym z głównych problemów. Prezydent Snow uwielbia bawić się ludzkim życiem i oglądać wyszukane egzekucje swoich wrogów. Czy jest to tylko fikcja literacka wymyślona przez Suzanne Collins, aby zabawić nastolatków współczesnego świata?

Sama autorka powieści powiedziała: „To nie jest książka dla dzieci. To jest powieść dla dojrzałych młodych ludzi, którzy rozumieją, że okrucieństwo jest częścią historii ludzkości, którzy potrafią dostrzec jego znamiona w najbardziej wyrafinowanych formach i którzy jak Katniss mają w sobie odwagę i determinację, by mu się przeciwstawić.” Może ktoś z Was pomyśli nie tylko o wątku miłosnym, ciekawych postaciach i dobrej akcji, ale skupi się też na tym, że morderstwa, które miały miejsce na arenie wcale nie były „tylko” morderstwami. Gdyby nasze społeczeństwo nie było tak znieczulone przez media, prawdopodobnie odwracalibyśmy wzrok od każdej sceny egzekucji, która pojawiła się w całym tym filmie.

Jeśli nie porusza nas mordowanie na ekranach to jak zareagujemy na okrucieństwo śmierci w prawdziwym życiu? Może jesteśmy już tak znieczuleni, że nawet nie odwrócimy wzroku? Może cierpienie drugiego człowieka stało się dla nas „chlebem powszednim”?

I tak oto przeszliśmy do poważnej refleksji.

Zostawiłabym to tak, żebyście mogli sobie w ciszy to przemyśleć, ale chciałam Was jeszcze przeprosić za brak notki w poprzednim tygodniu. Miałam o czym pisać, ale jedyne czym Bóg mnie ostatnio nie obdarzył hojnie jest CZAS.

Więc pozdrawiam serdecznie i zostawiam Wam trzy kropki na przemyślenia.

/Siwa

91. „Rozumieny się bez słów” i słowa ode mnie dla małpy.

Na początku chciałabym Wam polecić ciekawy film – jeden z nowszych. Przepraszam, za tak niewiarygodnie inną formę opisywania na moim blogu, ale tak mnie naszło na uporządkowanie.

91 - 1

Tytuł: „Rozumiemy się bez słów”

Gatunek, produkcja: Francuska komedia z 2014 r. (świat) – To dość istotne, bo nie wszystkie francuskie komedie są śmieszne.

Opis fabuły: Jest to historia rodziny Belier, żyjącej sobie spokojnie na wsi i prowadzącej własne gospodarstwo. Matka, ojciec i ich syn są osobami głucho-niemymi. Jedyną w pełni sprawną osobą jest tam córka, Paula. Poznajemy właściwie całkiem dobrze prosperującą rodzinę. Niepełnosprawne osoby nie ograniczają się tam w niczym, wiodą spokojne życie. Oczywiście w kontaktach z zewnętrznym światem pomaga im odpowiedzialna Paula. Dziewczyna, jak to nastolatka, znajduje jednak własną drogę życia. Przez chłopaka, który jej się podoba zapisuje się do chóru szkolnego i odkrywa, że ma świetny głos. Żaden z członków rodziny nie mógł jej tego nigdy powiedzieć. Paula staje więc przed trudnymi wyborami – czy wyjechać do Paryża, do wymarzonej szkoły śpiewu, czy zostać w domu i pomagać rodzicom, zwłaszcza kiedy jej ojciec rozkręca swoją kampanię wyborczą.

Moje odczucia: Muszę przyznać, że cały wątek miłosny jest bardzo płytki i przewidywalny. No, ale coś musi przecież być nie tak, a czyż nie każda nastolatka ma chłopaka, który jej się podoba? (Odpowiadając na to retoryczne pytanie (brawa za łamanie zasad): Nie, nie każda nastolatka musi być zakochana.) Muszę przyznać, że pomimo tego wzruszyłam się kilka razy. Myślę, że główną rolę odegrała tutaj muzyka i bardzo dobre wykonanie piosenek. Na uznanie zasługuje scena śpiewu dla ojca, a później, w trakcie przesłuchania, śpiew dla rodziców. Także scena pokazana z perspektywy rodziców wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Cóż, ogólnie rzec biorąc: fabuła oklepana i totalnie przewidywalna, portret nastolatki mało oryginalny (pomijam doskonałe opanowanie języka migowego). Mimo tego, ten film sprawił, że na jednej scenie łzy płynęły jak rzeka, a w kolejnej śmiałam się jak opętana. Bardzo przystępny humor, ciekawe żarty dotyczące samej niepełnosprawności Belierów. Na pochwałę zasługuje także sam temat filmu, bardzo rzadko poruszany. Pokazał on tak naprawdę, że ludzie głucho-niemi też mogą normalnie żyć i to my jesteśmy nienormalni, że boimy się z nimi zadawać.

Ocena (w skali 1-10): 8 – zdecydowanie polecam, każdemu i tym, którzy chcą się pośmiać i tym, którzy chcą popłakać, szukającym czegoś lekkiego, ale i poruszającego ważnego tematu.

To by było tyle odnośnie notki. Teraz przejdziemy do drugiej części.

Otóż Zielona Małpa nominowała mnie do Liebster Blog Award. Wyraziłam chęć wzięcia udziału w tej akcji, podaję więc odpowiedzi na pytania:

1. Jakie miasto jest twoim zdaniem najpiękniejsze?

Tą konkurencję zdecydowanie wygrywa włoskie Urbino, ze względu na klimat tych ciasnych uliczek i malutkich domków, przyciśniętych do siebie. To jedyne miasto, w którym lubię się gubić, jest jak jeden wielki labirynt.

2. Co zazwyczaj robisz w deszczowe dni?

Hmm.. o 6:30 wychodzę z psem na spacer, bla bla bla… Właściwie robię wszystko to, co zawsze. Omijam tylko aktywności związane z dobrą pogodą. Sprzątam tyle samo, uczę się tyle samo. Chciałabym, żeby deszczowe weekendy wyglądały jak te z obrazka – herbatka, kocyk i książka (w zastępstwie blog lub film), ale niestety rzeczywistość jest największym mordercą marzeń.

3. Dlaczego lubisz blogowanie?

Bo mogę tu wyrazić siebie i mogę poznać wielu różnych ludzi. To chyba najkrótsza odpowiedź na to pytanie.

4. Kawa z mlekiem czy bez? Z cukrem czy bez?

Jeśli już kawa to koniecznie rozpuszczalna z mlekiem i duużo cukru. Tylko taką uznaję, no chyba, że jest trzecia w nocy, oglądam z K. i N. film, a w półce tylko parzona…

5. Bez czego nie ruszasz się z domu?

Bez telefonu. Tak. To przykre.

6. Gdzie chcesz być za 10 lat?

Chcę siedzieć w swoim przytulnie urządzonym mieszkanku i opracowywać wywiad, który robiłam w południe. (Za 10 lat od teraz jest godz. 19:58.) Właśnie tam chciałabym być.

7. Jaka jest twoja absolutnie ulubiona potrawa?

Spaghetti. Robione przez moją siostrę, albo takie typowo włoskie.

8. Gdybyś mogła stać się mistrzem w jednej dziedzinie, to jaką dziedzinę byś wybrała?

Zdecydowanie pisanie – notek, artykułów, opowiadań, wywiadów, powieści, prozy i innych. Wydaje mi się, że mam już zadatki…

9. Jesteś introwertkiem czy ekstrawertkiem?

Chyba ekstrawertykiem. Nie mogłabym żyć bez ludzi, chociaż czasem działają mi na nerwy.

10. Jakiej muzyki lubisz słuchać, gdy jest ci smutno?

Nie jest to jakiś specyficzny gatunek np. muzyka klasyczna. Piosenka (nie ważna czy to pop, ballada rockowa, klasyka czy electro) musi mieć w sobie małą dozę smutku i być spokojna.

11. Jakich rzeczy nie jadasz?

Od ponad roku nie jem stałych pozycji: fast-foodów (typu żarcie z Mc’D, KFC itd.), chipsów, pomidorów (ale tego nigdy nie lubiłam), pierogów ruskich, barszczu, żelków kwaśnych i w gruncie rzeczy wieeelu wieeelu innych. Nie mogę się tylko przemóc i zrezygnować z czekolady.

To by było na tyle. Niestety nie nominuję nikogo, bo razem z Zieloną Małpą czytamy prawie te same blogi, więc większość była już nominowana, ale dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tej zabawie.

Ale się rozpisałam…

Gdybyście mieli jakieś fajne pytanie dla mnie to z chęcią odpowiem Wam w komentarzach.

To na razie. :)

91-2

Pozdrowienia specjalne dla Zielonej Małpy Naczelnej oraz wszystkich czytelników (pomijam tutaj Arletę, bo byli byście zazdrośni, że dwa razy pod rząd ją pozdrawiam). :D

/Siwa

1. http://cotucotam.pl/kalisz/film/rozumiemy-sie-bez-slow

82. Pułapka na Stuhry, antypolski chłam czyli „Pokłosie”.

Znowu mam fazę na pisanie notek o filmach. Miałam się Wam dzisiaj czymś pochwalić, ale w końcu stwierdziłam, że zrobię to za kilka miesięcy… :D

Dzisiaj, tak samo jak ostatnim razem, postaram się nakreślić Wam fabułę filmu i moją opinię. W tym wypadku będzie to jednak polskie kino – „Pokłosie” w reżyserii Władysława Pasikowskiego.

„Pokłosie” opowiada o losach dwóch braci – Józefa i Franciszka Kaliny. Narażają się oni mieszkańcom wsi przez swoje zbytnie zainteresowanie historią oraz przez nagrobki żydowskie, które Franciszek postanowił uratować przed zatraceniem. Wgłębiając się w tajemnice spokojnej wsi odkrywają szokujące fakty w przeszłości. Mieszkańcy wioski nie cofają się jednak przed użyciem siły do zniechęcenia braci. To by było tak moimi słowami. ^^

Nie każdemu podoba się ten film. Dlaczego?

Podobno propaguje antypolskość i antysemityzm oraz stawia Polaków w złym świetle, jako okrutnych oprawców i wrogów Żydów. Pokazuje Polskę jako zły kraj, zacofany i pełen układów.

Z kolei ja zauważyłam kilka zalet tego filmu:

  • Przede wszystkim rola Macieja Stuhra, którego bardzo lubię i Ireneusza Czopa, którego lubię mniej… Obydwoje pozytywnie mnie zaskoczyli.
  • Ciekawy temat, całkiem nieoryginalny. Może i „antypolski” ale przedstawiający inną wersję historii. Wystarczy nie przyjmować wszystkiego zbyt dosłownie i nie unosić się od razu honorem.
  • Stopniowo rozwijający się wątek, który pozwala widzowi zagłębiać się w fabułę już od samego początku. Nie można się nudzić, bo co rusz pojawia się jakaś scena wnosząca coś nowego, jakąś nutkę tajemnicy.
  • Nieoczekiwane zakończenie. Zdecydowanie to przesądziło o mojej opinii na temat tego filmu. Mówię tu nie tylko o odkryciu tajemnicy skrywanej przez mieszkańców, ale i dalszych losach bohaterów.

Z takich oto powodów oceniam ten film w pozytywnym świetle. Wierzę, że są jeszcze osoby, które słysząc ten film nie prychają pogardliwie pod nosem, i którym spodobało się to dzieło. Dlaczego wybrałam akurat ten film? Bo jest troszkę kontrowersyjny i liczę, że każdy z Was będzie mógł powiedzieć swoje zdanie o nim. Więc teraz Wasza kolej – co o nim sądzicie i czy już oglądaliście?

82-1

I na wesoło:

82-2 82-3 82-4

Pozdrawiam Was serdecznie, kończąc arcykrótką notkę. Przepraszam taką miałam wenę, musiałam napisać o tym akurat filmie… :P

/Siwa

P.S. Chciałam obejrzeć także film „Dom zły”, ale cała moja rodzina mi odradza. Co Wy o tym sądzicie? Jest warty zobaczenia?

1.  
http://slo7.waw.pl/2013/02/poklosie/

2.
http://witamy-w-polsce.pl/3589/Pok%C5%82osie

3.
http://remekdabrowski.blox.pl/2012/11/Poklosie-poklosia.html

4.
http://www.andrzejrysuje.pl/2012/11/

81. Klasyka kina, arcydzieło Blocha – groza i napięcie w pełnej okazałości.

Dzisiaj, pierwszy raz od dłuższego czasu (od 3 notek, dokładnie rzecz biorąc) zajmę się filmem i pokrótce książką. Postaram się to zrobić jak najlepiej, ale i najkrócej. Mowa o największej klasyce kina, czyli „Psychozie”.

Prawdopodobnie jest to dość znany tytuł, lecz mało ludzi miało styczność z książką lub filmem. Ja zajęłam się obiema dziełami i nie potrafię wybrać, który jest lepszy. Ostatecznie chyba jednak stawiałabym na książkę.

Teraz może mały wstęp do fabuły: Młoda dziewczyna, Marion Crane, kradnie pieniądze z pracy, które miała dostarczyć do banku i ucieka z nimi do swojego partnera Sama. Zatrzymuje się na noc w opuszczonym (ze względów czysto ekonomicznych) motelu. Tam poznaje Normana Batesa, który prowadzi ten motel razem z despotyczną i lekko upośledzoną matką. Marion ginie jednak zadźgana nożem pod prysznicem (jedna z najsłynniejszych scen kina światowego). Na poszukiwanie wyrusza Sam, siostra Crane, Lila oraz wynajęty detektyw.

Cóż, ostatkami sił powstrzymuję się, aby nie dodać tu kilku pytań retorycznych, kilku dodatkowych zdań, które naprowadziły by Was bardziej na trop morderstwa Marion. Ale nie mogę Wam tego zrobić, ponieważ ja także czytałam tą książkę w pełnej nieświadomości i wywarła ona na mnie tak ogromne wrażenie, że zapragnęłam obejrzeć film.

Dlatego Wy też zapamiętajcie – najpierw książka, później film. Czemu? Ponieważ zakończenia książki w życiu nie będziecie się spodziewać, a film będziecie oglądać już ze spokojem. Będziecie mogli też częściowo wyłapywać ważniejsze fragmenty, tropy, oraz docenicie samą produkcję filmu. Na dodatek poznanie rozwiązania pozwoli Wam osiągnąć jasność sytuacji. Wiadomo, że podczas oglądanie łatwiej jest coś pominąć.

Z tego miejsca pragnę poprosić wszystkich Kinomaniaków i tych, którzy oglądali ten film (tudzież czytali książkę), aby nie zdradzali żadnych dalszych fragmentów fabuły. Nie mam tego w zwyczaju, ale będę blokować spojlery :D Pozwólcie, że niektórzy czytelnicy sami odkryją magię książki Roberta Blocha i filmu Alfreda Hitchcocka.

Co jeszcze mogę dodać? Mam nadzieję, że narobiłam Wam przysłowiowego „smaka” na tą historię i przed rozpoczęciem wakacji poznacie „Psychozę” w całej okazałości.

 81-1

 

P.S. Starałam się dodać nową stronę pt. „Docenione’. Ona istnieje, ale tylko kiedy ja na nią patrzę, bo jakoś na blogu mi się nie pojawiła. Mam nadzieję, że w niedługim czasie to ogarnę.

P.S.S. Notka pt. „Nigdy więcej nie będę jeździć na rowerze w czasie burzy” ukazała się na Onecie. To już czwarta wyróżniona notka mojego autorstwa. :D Stokroć dzięki, czytelnicy!

P.S.S.S. Ostatnia informacja… Żartowałam :P Już kończę.

/Siwa

Źródła zdjęcia i gifa – http://marcelinaczyta.blogspot.com/2014/06/majstersztyk-grozy-czyli-psychoza_6.html (ona też pisała notkę o tym filmie ^^)

78. Wyczekiwana recenzja „Snajpera” ;)

No i nadeszła pora na „Snajpera’, który niedawno miał swoją premierę i pewnie większość z Was go widziała, a jeśli nie, to koniecznie musicie to nadrobić… ( Zdradzę Wam sekret – Film ten możecie bez problemu znaleźć na cda.)

W tym miejscu następują ukłony dla reżysera Clinta Eastwooda, który stworzył świetne dzieło. „Snajper” opowiada o amerykańskim żołnierzu, chlubie wojska, którego nazywano Legendą. Miał to być film biograficzny, wojenny i dramat w jednym, ale z tym pierwszym bym się nie zgodziła. Znalazłam bowiem kilka niedociągnięć. Albo raczej to nie ja je znalazłam, tylko ktoś komu się chciało, a ja po prostu wyszukałam „10 kłamstw w filmie <Snajper>” KLIKNIJ TUTAJ JEŚLI CHCESZ ZOBACZYĆ CO SIĘ NIE ZGADZA.

Kolejna fala braw należy się odtwórcy głównej roli, Bradley’owi Cooperowi. Myślę, że bardzo dobrze wywiązał się ze swojego zadania. Jeśli już skupiłam się na suchych faktach to dodam jeszcze tylko, że „Snajper” dostał Oscara w kategorii Najlepszy montaż dźwięku, a nominowany był także do 5 innych kategorii.

78-1

Przechodzimy do sfery emocji i odczuć. Film bardzo mnie poruszył, pomijam, że ostatnie minuty to była męka, bo oglądałam go dość późno i prawie podtrzymywałam powieki zapałkami (pozdrawiam K., który siedział ze mną :D ). Zrobił na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza końcówka. Wszystko było w miarę klarowne. Nie zachwyciły mnie tylko niektóre sceny batalistyczne i inne, w których ciężko było zorientować się co się dzieje i jakie to będzie miało konsekwencje. Fantastyczne okazało się to, że podczas strzelanin nie katowano widza wyszukaną muzyką, budującą napięcie. Zostawiono te sceny „pustymi” i to sprawiło, że stały się bardziej realistyczne. Podobało mi się także ukazanie nie tylko pola walki, ale i strefy rodzinnej Chrisa (głównego bohatera).

78-2

Świetne były sceny, w których bohater zmagał się z samym sobą – „zabić czy nie zabijać”. W konsekwencji przemienił się w „bohatera”, z manią chronienia ojczyzny i innych ludzi. (Nie kpię tutaj z żołnierzy, ale jeśli obejrzeliście to wiecie o co chodzi.) Jak wspominałam już wcześniej, końcówka była idealna. Zszokowała mnie tak bardzo, że przez kilka minut nie mogłam dojść do siebie i odtwarzałam ten moment ponownie. Ogólnie film oceniłam na 8. Doskonały na nudny wieczór, zostaje w głowie. Nie bez powodu piszę o nim notkę.

Podsumowując: ten film pokazał, że bycie żołnierzem to nie tylko strzelanie i obrona kraju. Czasem zabijani są niewinni cywile, a każdy oddany strzał niesie ze sobą konsekwencje. Musimy być świadomi, że powrót takiego żołnierza nie wiąże się z odzyskaniem spokoju, a to, co zostawiają na polu walki ciągnie się za nimi cały czas. „Snajper” pokazał również prawdziwą miłość. Nie mówię tutaj o miłości Chrisa do żony, która także była obecna i podtrzymywała go przy życiu, ale o tej miłości patrioty do ojczyzny. Ile trzeba mieć w sobie odwagi, żeby rzucić wszystko i walczyć w „obronie” kraju? Najsmutniejsze jest to, że taki człowiek istniał naprawdę. Cywile wciąż są zabijani, wojny wciąż trwają, a żołnierze zdobywają kolejne rany psychiczne.

Keep calm and watch „Snajper” <3

P.S. Przepraszam za chaotyczność tej notki. Mam nadzieję, że zrozumieliście co chciałam Wam przekazać ;)

/Siwa


  1. http://redheads-thoughts.blogspot.com/2015/03/american-sniper-czyli-wyszo-jak-wyszo.html

77. Misz masz, robisz to masz.

Stwierdziłam, że daruję sobie tłumaczenia i przeprosiny za nieobecność oraz za to, że notka miała być wcześniej i miała być „marcowa”, a nie „kwietniowa”, za to, że jest pewnie dość słaba, bo mam mało weny, a jutro szkoła…

Z poleceniem Wam dobrego filmu miałam ogromny problem. Obejrzałam w tym czasie dwa, dość nowe filmy ( co do mnie nie podobne!). Jeden z nich to „Bóg nie umarł”, a drugi „Snajper”. Tematyką trochę odbiegają od siebie, ale oba są fantastyczne. Zdecydowałam, że w tej notce pokrótce opowiem Wam o „Bóg nie umarł”, a „Snajpera” zostawię sobie na inną, dłuższą notkę.
„Bóg nie umarł” to film o młodym człowieku, który musi obronić swojej wiary. Na studiach napotyka wykładowcę, który każe im napisać słynną myśl pewnego filozofa, czyli „Bóg umarł.”. Chłopak nie godzi się na to i próbuje udowodnić, że to nie jest prawdą. W tzw. międzyczasie poznajemy też innych ludzi, którzy mają zachwiania, kłopoty ze swoją wiarą i muszą dokonać wyboru, czy obronić swoich przekonań czy nie sprowadzać na siebie problemów. Na koniec filmu pojawia się intrygujący tekst z informacją, żeby wysłać do swoich znajomych wiadomość „Bóg nie umarł.”. Reakcje moich przyjaciół, którzy otrzymali tę wiadomość były dość .. ciekawe ;) Moim zdaniem film był wzruszający, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby wierzące. Ale powinny go też obejrzeć osoby innego wyznania lub niewierzące czy wątpiące, żeby mogli zobaczyć życie z perspektywy wierzących. Zdecydowanie polecam :D

 77-1

Książka nie będzie żadną nowością, bo jakoś nie mogłam znaleźć w „Empiku” takiej, która bardzo by mnie zaintrygowała. Zdecydowałam się więc na „Skórę” Adrienne Marii Vrettos z 2006 roku. To z kolei dość banalna książka o anoreksji. Banalna, bo opisana bardzo prosto, prawie nie było w niej mowy o tej chorobie. Takie efekt powstał poprzez uczynienie brata chorej narratorem. Wydarzenia z perspektywy młodego chłopaka, prawie dziecka, pokazują nam skomplikowany świat ludzkich relacji i uczuć. Wszystko to łączy się w fantastyczną całość! Bardzo spodobała mi się ta książka. Można powiedzieć, że czytanie jej jest jak płynięcie łódką. Najpierw jest spokojnie i nie zauważa się nawet, jak mijają kolejne kilometry (strony). Nagle, na samym końcu pojawia się wodospad i nie ma czasu na wycofanie się. Na końcu łódka roztrzaskuje się na samym dnie, co skutkuje pojawieniem się pojedynczej łzy. (Czy to ja na początku napisałam, że nie mam weny?!) W każdym bądź razie – bardzo polecam!

77-2

Z wybraniem świetnej piosenki także miałam problem. Wahałam się pomiędzy:

  •  Indilla „Tourner dans le vide”
  • Calvin Harris ft. Haim “Pray to God” (Jak bardzo tematycznie.)

A w końcu wybrałam Kodaline (zespół, który nie każdy zna) i „Honest” <3



 

No i koniec.

Koniec notki.

Koniec świąt.

Koniec odpoczywania.

Koniec lenistwa.

Koniec grania w „Państwa – miasta” z rodziną <3

Koniec jedzenia ile wlezie. (Taaaa, wiem, teraz czas „schuść”, jak to mówi moja Arleta, a tak serio, to wypadałoby ze sobą coś zrobić.)

A kiedy już myślę, że mam wolne, nagle w tygodniu okazuje się, że w weekend nie będę miała czasu nawet poczytać książkę. W tygodniu jestem tak zapracowana nad tym jak mieć dobre oceny, byle by się nie uczyć, że nie robię nic dla siebie. Jest mi też przykro, bo umawiam się już z ludźmi na terminy „za miesiąc”.

Ale może kiedyś :|

77-3

Pozdrawiam.

/Siwa


  1. http://www.filmweb.pl/film/B%C3%B3g+nie+umar%C5%82-2014-684049

  2. http://miastodzieci.pl/dla_rodzicow/92:/1273:8222skora8221-adrienne-maria-vrettos

  3. http://www.pinger.pl/szukaj/po_tagu/?t=Motywuj%C4%85ce%20cytaty

 

73. Był taki jeden chłopiec…

Wiecie już, że piszę o rzeczach „przeterminowanych”. Okazuje się też, że piszę o rzeczach oczywistych…

Ostatni tydzień poświęciłam na zaznajomieniem się z chłopcem, ale nie byle jakim chłopcem. Z „Chłopcem w pasiastej piżamie”. Mało osób wie, że jest także książka, a nie tylko film. Ja, jak zwykle, postanowiłam i przeczytać i obejrzeć, aby móc porównać. Jestem pod wrażeniem, zarówno książki jak i filmu.

Książkę (autor John Boyne) przeczytałam w kilka dni. Bardzo prosto napisana. Świat przedstawiony jest z perspektywy niemieckiego dziecka, więc czasem trzeba myśleć co on opisuje. Wzruszyła mnie prawie do łez. Na dodatek, czytając ją, zauważyłam, że sama się boję, a moje serce bije szybciej. Możecie sobie więc wyobrazić jak autor wyraźnie przedstawił świat Brunona.

Film (reżyseria Mark Herman) właściwie nie odbiega w niczym, jeśli chodzi o fabułę, od książki. Wiadomo, że film nie wyjaśni niektórych rzeczy, a zwłaszcza myśli ludzi. Na dodatek zmienione są dosłownie szczegóły np. to w jaki sposób Bruno przedostał się do obozu itp. Pozostawił dziwną pustkę, tak jakby coś było niedopowiedziane. Ja i K., z którym oglądałam film, stwierdziliśmy, że ojciec powinien jeszcze zobaczyć ciało syna – bolałoby bardziej.

Dlatego nalegam abyście nie tylko obejrzeli film, ale też przeczytali książkę. Można dowiedzieć się więcej. Ostatnio wydaje mi się, że książki to naprawdę świetne uzupełnienie filmu. Niestety działa to tylko przy dobrych produkcjach (np. „Igrzyska śmierci, które teraz czytam). Myślę, że „Chłopiec w pasiastej piżamie” jest wam dobrze znany. Kto jeszcze nie wie o kim mówię musi koniecznie to naprawić! Wydaje mi się, że chyba nie muszę wspominać o czym to jest…

„Ambicją Marka Hermana – reżysera ekranizacji – jest, by film znalazł się na liście obowiązkowych tytułów w ramach zajęć szkolnych i służył ku przestrodze pokoleniu, które już wkrótce opowieści o obozach zagłady może włożyć między krwawe anime.” – z okładki książki. Myślę, że nic więcej nie trzeba dodawać.

To by było tyle odnośnie „Chłopca…”. Ja zaczęłam już ferie i jak na razie są one beznadziejne. Jedynie co mi się udaje to… yy czytanie. Taaak! Czytanie „Igrzysk..” wychodzi mi doskonale. Poza tym to totalna klapa. Czuję, że zmarnuję ten czas i nawet nie zdążę odpocząć od szkoły. Z niecierpliwością czekam na koncert „Happysadu” i wyjazd do Jeleniej Góry w następnym tygodniu. Na koniec macie Zeusa i „Hipotermię”. Dawno nie słuchałam rapu…



„Nie mam pojęcia co się stało ze mną,
Coś zamieniło światło w ciemność…”

73-2

/Siwa

71. Sezon na leszcza i tak oto zostałam gniewem.

Trochę mnie tutaj nie było. Nie myślcie, że nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Moja rozmowa z N. przyniosła wczoraj następujące wnioski:

  • Jak opiszę film to czytelnicy pomyślą, że chcę ich zbyć.
  • Z drugiej strony mogłabym opisać co takiego robiłam przez ten czas, ale moje życie nie jest aż takie interesujące, a gra w „Eurobusiness” jest interesująca tylko dla graczy (Ja, N, Szister i Przyszły Szwagier, czyli Chamskie Warszawskie Słoneczko).

Wnioski końcowe: opiszę trochę tego i tego. Kurde to mój blog! Nikt się nie będzie czepiał (chyba za dużo czytam „Foszka”) :P

Poza pisaniem artykułów (aż dwóch) do gazety i strony internetowej tworzyłam też całkiem ciekawy wywiad z dziennikarką. Ciężko było, bo – jak sama przyznaje – nie lubi udzielać wywiadów, zwłaszcza o sobie.

Nie wspomnę o wszystkich sprawdzianach, kolejnych obietnicach, że będę się uczyć. Na szczęście zakończenie semestru nie poszło tak źle i dostałam 4 ze wszystkich rozszerzonych przedmiotów (pol-hist-ang), co jest dla mnie nie lada osiągnięciem. Normalnie jestem z siebie dumna, zwłaszcza, że nie byłam pewna czy przejdę z edb…

A co do moich ukochanych filmów <3. (A wydaje mi się, że wcale ich tak dużo nie oglądam.) „Kraina lodu” z N. Tak z niczego zaczęłyśmy oglądać tą bajkę i doszłyśmy do wniosku, że ona uczy dzieci czegoś więcej niż jakiś dziwny serial „Violetta” (polecam recenzję Beatrycze :P).

Z K. obejrzeliśmy także stary polski film – „Sezon na leszcza”. Jemu chyba się zbytnio nie spodobał, ale mi przypadło do gustu nietuzinkowe zakończenie. Jest to historia niepokornego gliniarza, nadużywającego alkoholu, który próbuje się dowiedzieć z kim zdradziła go żona. Pojawia się także całkiem osobny wątek dwójki rodzeństwa, którzy napadają na bank. Ginie ich wspólnik, a oni muszą uciekać. Przy okazji zabierają 3-letniego dzieciaka z ukradzionego auta. Całkiem ciekawy film, nieoczywisty, pokazujący polskie realia. Dwa wątki łączą się dopiero 5 minut przed zakończeniem filmu (co osobiście doprowadziło mnie do szału). Warto wspomnieć o roli Bogusława Lindy (którego zna każdy, zwłaszcza z takich filmów) i Ani Przybylskiej. Jest to produkcja z 2000r. więc myślę, że większość z Was go widziała.

Z kolei wczoraj oglądaliśmy komedię na miarę „American Pie”, czyli „Eurotrip”. Nie polecam, chyba, że ktoś lubi lekkie, dziwne, a zarazem mało wymagające i oklepane komedie. ;)

Szczerze powiedziawszy to czekam już tylko na ferie. To będzie ten czas, kiedy spotkam znajomych, z którymi nie widuję się na co dzień. Co dziwniejsze, ja już od dawna planuję co będę robić w te dwa tygodnie wolnego, a u nas ferie dopiero od 16.02.  :/

A na koniec zostawię Wam taką wisienkę na torcie (który dzisiaj wykonany jest raczej z samej margaryny). W ciągu mojej nieobecności na blogu zorganizowałyśmy (ja, Szister, N. i Kiki.) sesję zdjęciową. Miał to być projekt zaliczeniowy dla Kiki, więc trochę się poprzebierałyśmy i wyszły świetne efekty.

N. była miłością.

71-1

Szister pożądaniem (dlatego też nie udostępnię tego zdjęcia).
Kiki była szczęściem.

A ja zostałam… GNIEWEM. Nie wiem czy to jakaś aluzja, czy o co chodzi. Mi się to zdjęcie nawet podoba. Jest takie prawdziwe. Przynajmniej już wiem jak wyglądam, kiedy się drę.

71-2

Pozdrawiam i czekajcie na następną notkę. :D

/Siwa