105. Nie rozpoznaję świata, czyli gwałtowny powrót do rzeczywistości

Słowa dzisiaj krzyczą.

Wydzierają się wewnątrz czaszki jak opętane. A raczej jak tłumione przez całkiem długi czas.

Przynajmniej piszę notkę.

Mój mózg ostatnio jest jak jedna wielka zapora. Dawkuje słowa po trochę, a całe hektolitry zwierzeń zatrzymuje po drugiej stronie. W tym momencie tama pęka.

Niewiarygodne, że zawsze moja nieobecność na blogu spowodowana jest złym okresem w życiu. Oczywiście, w ciągu tych kilku miesięcy wydarzyły się również rzeczy niesamowite i sprawiające mi ogromną radość. Dlaczego więc mam zamiar pisać o samych przykrych przemyśleniach? O tym, co dobrego dzieje się u mnie w życiu wiedzą wszyscy. Nie ukrywam tego, bo pudełku na żywe szczęście nie mieści się na wąskim dnie mojego serca.

Czuję, że ktoś zamknął mnie w klatce. Nie mogę się wydostać, bo nie umiem krzyczeć. Ten wpis to mój krzyk o ratunek. Inaczej nie potrafię. Mogę o tym powiedzieć ludziom, ale po co, skoro i tak nikt nie jest w stanie mi pomóc. Dlatego decyduję się na bloga. Mam pewność, że przeczyta to przynajmniej 20 osób, ale nie będę musiała wytrzymywać ich łamiących spojrzeń.

To kolejne rozliczenie. Może ruszę po tym do przodu.

Wrzesień. Czekam na niego, bo będzie początkiem czegoś nowego. Przerażającego, ale jednak czegoś poukładanego.

Moim problemem ostatnio jest to, że nie poznaję świata.

Mam wrażenie, że od początku wakacji coś zmieniło się bezpowrotnie i już nigdy nie będę w stanie stwierdzić, że jest na tej planecie coś/ktoś, co/kogo znam i czego/kogo jestem pewna.

Wszyscy się pozmieniali. Mój pies nie jest już tą samą Siapą, co kiedyś. Ludzie ze szkoły poumierali. Boję się, że nie dogadam się z nimi za tydzień. Nie widziałam ich całe wieki. Najbliższe mi osoby są bardzo daleko. Brakuje mi R. Jej nieobecność sprawiła, że jej także nie rozpoznaję. Mama wygląda jak ta sama mama, ale nie wiem kim się stała. Szukam kontaktu z M., bo ona od zawsze była zagadką. Może chociaż ona się nie zmieniła… Przytłacza mnie świadomość, że czasem nie rozpoznaję też A.

Są na tym świecie tylko dwaj mężczyźni, których, mam wrażenie, mój poszarpany mózg rozpoznaje. Wiem już nawet dlaczego. Obaj są maksymalnie podobni do mnie.

Rozumiem się z T. bez słów. Czasem wystarczy jedno hasło, a już śmiejemy się do łez. Rozumie moje głupawki i idiotyczne zachowania. Zna mnie bardzo dobrze i ja jego też. Słucha moich rozpraw na temat ludzi mądrych i ich bólu egzystencjalnego. Czuję, że kiedy patrzę na niego, widzę cząstkę siebie. W końcu to on mnie urodził. Nie przeszkadza mi, że czasem się nie odzywa, że ma podły humor, bo wiem, że i tak mogę na niego liczyć. Jestem świadoma, że to boli, kiedy opisuję relację z T., ale to dlatego, iż cieszy mnie jej niezmienność. Mimo wszystko, jestem zaskoczona kiedy wychodzi sam na spacer.

W te wakacje dostałam ogromny skarb i to taki przez duże S. Był przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia. To z nim rozbijałam się po Krakowie tramwajami. To z nim próbowałam pierwszy raz różnych rodzajów alkoholu. To z nim śmiałam się jak kretyn i łaziłam po stołach. To jego ramię podtrzymywało mnie, kiedy narzekałam po pijaku. To on wie, kiedy zaraz się rozpłaczę. To on wie, kiedy przestać się ze mnie śmiać. Zna wszystkie granice, bo wcześniej udało mu się je przekroczyć. W te wakacje dostał paszport pełnoprawnego przyjaciula, bo mnie nie opuścił. Czasem mam wrażenie, że jest jak czekolada, czyli nie zadaje pytań, on po prostu rozumie. Myślę, że to właśnie pozwala zaklasyfikować go do tej nielicznej grupy ludzi, których rozpoznaję. S. należy do tego świata.

Pozostali są dziwni i nieprzewidywalni. Patrzysz na nich, ale wiesz, że nikt ci nie pomoże. Kiedy pozwalasz nieść się fali dobrej zabawy, doceniasz ich. Oni też potrzebują się śmiać i balować. Ale zmiana w ich oczach… Masz wrażenie, że nie istnieją i zaczynasz się bać, że to niebo co wisi nad tobą zaraz spadnie z całym ekwipunkiem gwiazd.

Możliwe, że to ja się zmieniłam. To jest wręcz pewne.

Możliwe, że oni nie rozpoznają mnie tak samo jak ja ich. To wręcz pewne.

Możliwe, że boję się ludzi, bo się zmieniłam. To wręcz pewne.

Możliwe, że oszalałam. To wręcz pewne, bo czuję się jak zasrany schizofrenik.

Możliwe, że kiedyś umrę. To pewne.

Słowa nie bawią się dzisiaj w rymowanki. Nie układają się w moich dłoniach delikatnie. Są ciężkie jak kamienie i jestem pewna, że przygniotą dzisiaj nie jedną osobę. Ale te słowa tak głośno krzyczą, że chcę, żeby zostały uwolnione, nawet jeśli ma się to stać tu i teraz w tej blogosferze.

W te wakacje otrzymałam jeszcze jeden prezent.

Diagnozę.

Wspaniała, jak na ponad 6 lat męki.

Czułam, że odnalazłam dom. Ludzi, którzy mają to samo. To było piękne uczucie przeczytać o swoim życiu na kartach wikipedii.

W prezencie dostałam potwora. Darmowy. Jestem niskim procentem populacji, któremu się to zdarzyło.

Wybraniec… Brzmi ciekawie.

W prezencie dostałam potwora. Nigdy nie odejdzie.

„Naucz się z tym żyć” – piszą na forach. To właśnie próbuję robić od ostatnich kilku lat.

W prezencie dostałam potwora. Który ma nazwę. To najlepsze co mi się przydarzyło, bo dużo łatwiej walczyć z czymś co możesz zawołać po imieniu.

Mój potwór ma nazwę. A kiedy już ją odnalazłam, zupełnie przez przypadek, czułam, że to mi pomoże. Teraz mogę przywołać swojego potwora za każdym razem, kiedy daje o sobie znać. Pomyślałam, że skoro wiem, skąd wzięły się wszystkie moje lęki, fobie i fizyczne objawy, tego, że zwariowałam, to MUSI BYĆ LEPIEJ. Rzeczywiście, kiedy poczytałam, co ludzie teraz przechodzą, mogę śmiało stwierdzić, że mam to za sobą.

Chciałabym żyć dalej bez lęku. Bez paniki. Bez zamykania oczu i ukrywania twarzy w dłoniach. Bez patrzenia pod nogi i rejestrowania części ciała. Bez szukania elementów stałych. Bez drapania się do blizn. Bez chęci ucieczki.

Mój ukochany potwór wydawał się już być na uwięzi, żebym mogła powiedzieć, że przez 6 lat darmowych praktyk udało mi się go oswoić. Ale on zrobił super trik i zamiast atakować moje ciało, które doskonale zna już powidoki, śnieg optyczny, zmiany perspektywy i zamianę świata w planszę dla miniaturowych ludzików, postanowił pokazać mi, że mój umysł jest niczym. I udało mu się. Od kilku tygodni mam dziką ochotę rzucić się pod pociąg (szkoda, że nie jadą) tylko dlatego, że nie rozpoznaję ludzi. Patrzę do lustra i boję się, że tam nie będzie mnie. Patrzę na najbliższych i mój umysł przypomina mi sytuację sprzed 6 lat, kiedy widząc mamę w moim pokoju uświadomiłam sobie, że to obca osoba, która tak naprawdę nigdy mi nie pomoże. Dlatego to piszę. Bo wiem, że jestem skazana, żeby zostać z tym sama. Nikt mi nie pomoże. Ale zamiast odkrywać to po kawałku, ta informacja przygniotła mnie nagle, w tym momencie. Potwór, zwany depersonalizacją i derealizacją chce pozbawić mnie woli walki. I tak już dużo wytrzymałam.

Świadomość, że jesteś sam na świecie i nierozpoznawanie najbliższych zabijają mnie od środka.

W tej sytuacji, kiedy atakowany jest tylko mój umysł nikt nie może nawet domyślić się, że coś jest nie tak. Pomimo tego, że moje myśli krzyczą, to nikt ich nie słyszy, kiedy mnie przytula.

Chciałabym wyjść na zewnątrz i nie bać się, że niebo spadnie mi na głowę.

Jutro już tego nie przeczytam, bo same wspomnienia budzą we mnie trwogę.

Czuję, że A. by mnie zrozumiała. Ona też ma w głowie jakieś gówniane zaburzenia. „My, odmieńcy, musimy trzymać się razem” Tylko, że ona siedzi z H. i są już prawie małżeństwem.

Jest mi lepiej, kiedy pomyślę sobie, co jest już za mną. Nie. Nie było warto. Nie chciałam tego potwora. Teraz przynajmniej wiem, że jestem normalna, a to TYLKO zaburzenia psychopatologiczne. Jeśli mam wątpliwości wchodzę na fora internetowe, gdzie opisują moje ostatnie 6 lat strachu. Jacyś ludzie ekscytują się, że inni mają coś takiego w głowie. Jest fajnie, dopóki nie okazuje się, że to spotkało ciebie.

Przynajmniej nie czuję się już jak dziwak i wariatka. Strach, tak samo jak  niewiedza sprawiały, że momentami było bardzo ciężko. Dotarłam aż tutaj, żeby dowiedzieć się, że żaden z psychologów, ani nawet psychiatra mnie nie rozumieli. „Biedne, małe, strachliwe dziecko”.

Nic nie jest uporządkowane.

Wszystko wisi na włosku, bo zwaliło się na mnie dwa miesiące temu z niesamowitą siłą i nie zdążyłam przywyknąć do tego ciężaru.

Może kiedyś odciążę zmęczony umysł i odsunę zasłonę szarości sprzed oczu.

A na razie nie chcę tylko spanikować.

Brawo, nie ma to jak bać się paniki.

To dobry krok, żeby usiąść na ziemi, podkurczyć nogi, zamknąć oczy i zasłonić uszy.

„Nie dorwiesz mnie świecie za nic w świecie”!

W odpowiedzi słyszę doskonale znane pytanie. Głos niski i kpiąco spokojny pyta: „Ale jesteś pewna, że to istnieje”?

Kurtyna opada i nie podniesie się więcej.

Wystarczający wgląd do mojej głowy.

Mogłabym powiedzieć teraz, żebyście się nie przejmowali, bo tak naprawdę nic się nie dzieje.

Dwa dni temu, a może trochę więcej, byłam na poczcie. Czekałam na mamę, więc usiadłam za regałem i wzięłam do ręki książę „Bóg nigdy nie mruga”. Natrafiłam tam na mądrą sentencję, z której wynikało, że problem, który jest dla nas tragedią dzisiaj, za 5 lat nie będzie miał znaczenia. Nie warto więc się tym przejmować.

To nieprawda. Pięć lat temu też pewnie miałam załamanie. Też czułam się pobita i niezrozumiana.

Czasem wydaje mi się, że fizyczne cierpienie przyniosło by mi od ludzi więcej zrozumienia. Niestety, moje zaburzenia, jako pole walki, wybrały sobie moją głowę.

Kończę te wakacje prawie pokonana. Mimo tego, że mam przy sobie chłopaka, rodzinę, przyjaciula i znajomych. Ale nie mam siły na nic.

Zapadam się w świecie książki, bo nie chcę już myśleć o tym, jak bardzo nie rozpoznaję własnego.

I czekam.

Czekam, aż w końcu przestanę patrzeć na ludzi ze strachem, że zamienią się w potwory. Czekam, aż najbliżsi znowu wrócą na stare miejsca.

Może po tym dzisiejszym krzyku jutro nastanie cisza. W świecie na pewno. Nie wiem jak w mojej głowie, ale potrzebuję pewnego rodzaju oczyszczenia. A ta notka (kolejna z cyklu „pozwólcie mi sobie ponarzekać, bo móóój jest ten kawałek podłogi”) ma dla mnie wymiar katharsis.

Ale nie pytaj mnie, co u mnie.

I tak w świetle lamp powiem ci, że mam się świetnie.

Ostatnio kłamanie wychodzi mi doskonale.

Nie pytaj mnie, jak się czuję.

Bo uczucia to właśnie to, co najczęściej koloryzuję i ubarwiam. S. doskonale o tym wiedział od samego początku. A potem to przerosło nawet mnie.

Nie pytaj mnie, co się dzieje.

Bo i tak z uśmiechem na ustach odpowiem ci, że wszystko w porządku.

Zachowujmy się tak, jakby to się nigdy nie wydarzyło.

Siedem lat w niepamięć, dwa miesiące w nieistnienie, 1 728 słów do zapomnienia.

/Siwa

P.S. Ale spokojnie. Widzimy się we wrześniu.

94. Lubimy zabijać, czyli krótki i długi film o zabijaniu.

Dzisiaj chciałabym poruszyć temat zabijania, a właściwie problemu jakim jest odbiór morderstwa przez współczesne społeczeństwo w oparciu o film Krzysztofa Kieślowskiego oraz serię „Igrzyska Śmierci”, który jest ostatnio fenomenem wśród młodzieży.

Tak wyglądałby wstęp do mojego przemówienia.

Gdyby to było przemówienie.

Gdyby to był język polski.

Gdyby to była poważna osoba.

Ale, to tylko mój blog. Więc, jak w temacie, wiecie o czym chcę napisać. Temat wielce nie „jajcarski” ani nawet zabawny, ale ciężko mi będzie pisać dla Was jak dla mojego wychowawco-polonisty. (Przed chwilą napisałam interpretację jakiegoś wiersza, więc limit pisania tekstów poważnych już wyczerpany.)

Wróćmy do tematu, bo skończy się na tym, że opowiem Wam co ostatnio robiła Siapa i czemu lata po ogrodzie jak potłuczona i szczeka na powietrze…

„Krótki film o zabijaniu”, który obejrzałam ostatnio, co prawda z przymusu, był jednym z najdziwniejszych, najstraszniejszych, najlepszych i najmocniejszych filmów ostatnich czasów. Moich czasów, bo film jest już całkiem stary. Wydarzenia rozgrywają się w Warszawie. Do stolicy przyjeżdża młody, zagubiony i małomówny chłopak, który próbuje uciec od traumy, jaka go spotkała w rodzinnej miejscowości. Morduje sobie taksówkarza. Właśnie tak – „morduje sobie”, ponieważ nie ma żadnego motywu i nie wiadomo do końca czy robi to z nudy, czy próbuje odreagować stres. Mało istotny jest w tym momencie wątek młodego adwokata, kara zabójcy i egzekucja. Większość osób (pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wszyscy), którzy oglądali ten film twierdzą, że to sama scena morderstwa taksówkarza była dla nich najmocniejszym przeżyciem. Dlaczego jęki i charczenie duszonego mężczyzny, zakrwawiony wzrok ofiary, dobicie mężczyzny kamieniem wywiera na widzach takie wrażenie?

Moim zdaniem jesteśmy przyzwyczajeni do zabijania i mordowania ludzi, więc nie dziwi nas taki motyw w filmach. Jednak zawsze jest to ukazane w bardzo ogólny sposób. Strzał, uderzenie, upadek, krew, krew na podłodze, krew na rękach, zimne oczy trupa, koniec. Nie spotykamy się z katowaniem ofiary przez ponad 5 minut na oczach widzach. Reżyserzy zazwyczaj odpuszczają nam dźwięki wydawane przez zabijanych ludzi. Ja również nie mogłam tego słuchać i w najgorszych momentach odwracałam wzrok i zamykałam uszy.

Czym dla nas teraz jest zabijanie?

Wiele osób oglądało całą serię „Igrzyska Śmierci„, bądź czytało całą sagę. Można zaliczyć mnie w poczet dobrych fanów tej serii. Za sobą mam już nawet wizytę do kina na premierę ostatniej części. Prawie cała sala była pełna. Ale o czym myślimy po obejrzeniu takiego filmu?

Większość pewnie o tym, dlaczego Katniss wybrała Peet’ę a nie Gale’a.

Albo tak, jak ja – dlaczego musiał zginąć akurat Finnick?

Jak odbieramy zabijanie w tym filmie? Sam temat mordowania wyszukanymi sposobami jest jednym z głównych problemów. Prezydent Snow uwielbia bawić się ludzkim życiem i oglądać wyszukane egzekucje swoich wrogów. Czy jest to tylko fikcja literacka wymyślona przez Suzanne Collins, aby zabawić nastolatków współczesnego świata?

Sama autorka powieści powiedziała: „To nie jest książka dla dzieci. To jest powieść dla dojrzałych młodych ludzi, którzy rozumieją, że okrucieństwo jest częścią historii ludzkości, którzy potrafią dostrzec jego znamiona w najbardziej wyrafinowanych formach i którzy jak Katniss mają w sobie odwagę i determinację, by mu się przeciwstawić.” Może ktoś z Was pomyśli nie tylko o wątku miłosnym, ciekawych postaciach i dobrej akcji, ale skupi się też na tym, że morderstwa, które miały miejsce na arenie wcale nie były „tylko” morderstwami. Gdyby nasze społeczeństwo nie było tak znieczulone przez media, prawdopodobnie odwracalibyśmy wzrok od każdej sceny egzekucji, która pojawiła się w całym tym filmie.

Jeśli nie porusza nas mordowanie na ekranach to jak zareagujemy na okrucieństwo śmierci w prawdziwym życiu? Może jesteśmy już tak znieczuleni, że nawet nie odwrócimy wzroku? Może cierpienie drugiego człowieka stało się dla nas „chlebem powszednim”?

I tak oto przeszliśmy do poważnej refleksji.

Zostawiłabym to tak, żebyście mogli sobie w ciszy to przemyśleć, ale chciałam Was jeszcze przeprosić za brak notki w poprzednim tygodniu. Miałam o czym pisać, ale jedyne czym Bóg mnie ostatnio nie obdarzył hojnie jest CZAS.

Więc pozdrawiam serdecznie i zostawiam Wam trzy kropki na przemyślenia.

/Siwa

89. Jestem

Na wstępie dziękuję za ostatni odzew po notce 88. Zwłaszcza moim znajomym, którzy sami pytali mnie co się dzieje. Żaden komentarz nie pozostawał mi także obojętny. Jezu, zaczynam jakbym właśnie miała umrzeć. Ale wcale tak nie jest.

Ostatnio Pyśka spytała mnie „to kiedy zmartwychwstaniesz?”. Wydaje mi się, że teraz mogłabym powiedzieć jej, że już. Może północ to nie jest dobry moment na pisanie notki, ale ja potrzebuję powiedzieć, że JESTEM.

Jestem już spokojniejsza, może bardziej uśmiechnięta. Jestem wciąż tak samo zajęta, ale teraz na szczęście tylko przez jakieś wyjazdy i spotkania. Nauka w tym tygodniu musi sobie mnie odpuścić. Jutro (jak to czytacie, to pewnie dzisiaj) jadę z Turkiem na wycieczkę do Wrocławia. Mam nadzieję, że będzie fajnie, ale nawet nie chcę myśleć o nadrabianiu materiału…
W ogóle wszystko ostatnio się jakoś układa. Wszystko, dokładnie jak puzzle, łączy się w całość.
Po podwórku, już w sumie od sierpnia, biega moja mała miłość. Taak, jakoś zapomniałam się pochwalić. Nareszcie mam mojego ukochanego WIELKIEGO pieska (dzięki mamo i tato, że spełniliście moje marzenie). Jak na razie nie jest ona taka wielka, ale rośnie z tygodnia na tydzień. Niestety, jej zęby również, a moje dłonie wyglądają jakbym się pocięła kartką papieru. Pomimo tego wszystkiego kocham ją bardzo. Mam nadzieję, że kiedyś ona „powie” mi to samo jak dorośnie. Yyy.. chyba zapomniałam wspomnieć, że to owczarek niemiecki długowłosy i wabi się SIAPA. Tutaj macie jedno z jej pierwszych zdjęć.

piesekWięc, droga Pysiu, ze spokojnym sercem mogę Ci powiedzieć – teraz zmartwychwstałam.

P.S. A co do tytułu to polecam polski film „Jestem”. Oceniam 5/10 i w sumie odradzam osobom, które nie lubią analizować i wolą np. filmy akcji itd..

Ogółem pozdrawiam.

ja i arleta

/Siwa

85. 10 sposobów na to, jak nie zwariować w wakacje.

Dla Natalii w dniu jej 18-tych urodzin. ;* 

Przychodzi taki czas w wakacje, kiedy nie wiesz co zrobić ze swoim życiem. Np. wracasz z naprawdę fantastycznego wyjazdu, zostajesz w domu i… no właśnie, nie wiesz co robić. Albo siedzisz już 3 tydzień w domu i spanie do późna, oglądanie głupich seriali oraz granie w karty nocami Ci się już znudziło.

Z tego też powodu powstała notka, która może naprowadzić Cię na swój dawny cel, dzięki czemu nie zmarnujesz pozostałego miesiąca wakacji. Jeśli  moje pomysły będę niewystarczające proponuję stworzyć własną listę (i wysłać mi ją w mailu) lub podpatrzeć na innych stronach. Uwierzcie mi, nuda w czasie wakacji to musi być WIELKI PROBLEM jeśli ludzie tyle się o tym rozpisują…

Wakacje to czas, kiedy można pokochać poranki. Nie śpij do późna! Chociaż raz wstań bardzo wcześnie (godz. 5/6) kiedy na zewnątrz jest jeszcze chłodno, ale świat jest już obudzony. Możesz doskonale wykorzystać tą chwilę np. na poranne śniadanie z herbatką na balkonie, wczesny jogging, spacer po pustych jeszcze ulicach (dotyczy godz. 5 nad ranem). Sposobów na przeżycie niesamowicie pięknego poranka jest bardzo dużo. Nawet jeśli jesteś niewyspany/niewyspana będziesz się świetnie bawić.

Wakacje to czas, kiedy można odnowić starocie. Wybierz się na zakurzony strych, do zagraconego garażu lub po prostu otwórz swoją szafę. Wyciągnij stamtąd coś, o czym już dawno zapomniałeś/zapomniałaś i nadaj temu nową moc. Stare ubrania uda Ci się wkomponować w swój strój codzienny. Może na strychu znajdziesz używaną lampę lub inny mebel, który będzie pasował do Twojego pokoju. Może uda Ci się znaleźć starą kolarzówkę lub inny model roweru typu retro, który po podreperowaniu będzie genialny na dłuższe przejażdżki?

Wakacje to czas, kiedy rządzą kolory. Tutaj proponuję zaszaleć z kolorem włosów, ubrań, albo jakimś małym tatuażem (najlepsze są te zmywalne, takie znajdowane w gazetach i paczkach chipsów). Może wybierzesz się na festiwal kolorów, bądź zorganizujesz sobie własny u siebie w domu?

Wakacje to czas, kiedy natura wzywa Nas do siebie. Niech jedynym celem, jaki będzie Ci przyświecał będzie znalezienie najlepszego miejsca do odpoczynku. Szukaj w ogrodzie, w parku, w szczerym polu, a nawet we własnym ogrodzie. Znajdź miejsce idealne na popołudniowy odpoczynek, możesz zorganizować tam piknik, lub ładnie to miejsce ozdobić. Musisz czuć się tam świetnie i NATURAlnie.

Wakacje to czas, wyrwania się z przytłaczających nałogów. Dla jednych to może być dzień bez komputera, a dla innych dzień bez papierosa. Pomyśl o tym, co najczęściej robisz, a co wcale nie jest dobre (nieustanne siedzenie na internecie, przed telewizorem, słuchanie muzyki na słuchawkach aż uszy bolą, jedzenie zbyt dużej ilości czekolady, zbyt późne chodzenie spać). Postanów sobie, że jeden dzień w tygodniu poświęcisz na ograniczenie swoich przyzwyczajeń. Niedługo stwierdzisz, że internet, czekolada, tudzież papieros wcale nie są niezbędne do życia!

Wakacje to czas, kiedy możemy uczyć się sami dla siebie. Słyszę już jęk zawiedzionych uczniów, którzy to czytają. Ile to razy postanawiasz sobie, że w wakacje ogarniesz co działo się na lekcjach? To taka mała „przypominajka”. Już za miesiąc wracamy z powrotem do szkoły. Nie zalecam siedzenia w nosem w podręczniku, ale wybranie jednego/dwóch ważnych dla Ciebie przedmiotów. Dla kogoś może to być przypomnienie sobie lektur z języka polskiego, dla innych poćwiczenie zadań z matmy, ktoś inny może spróbować nawet nauczenia się wszystkich stolic państw świata (pozdrawiam A., jeśli jeszcze pamięta…). Jeśli nie możesz się zdecydować – wybierz jakiś język. One zawsze się przydają.

Wakacje to czas, aby nie oszczędzać swojej energii. Zrób coś niecodziennego, szalonego. Przejdź się po mieście i uśmiechaj się do wszystkich przechodniów, mówiąc im „dzień dobry”. Zacznij tańczyć na środku ulicy – niech ludzie widzą jak się dobrze bawisz. Nie oszczędzaj swojego gardła ani nóg. Zobaczysz, że za kilka miesięcy będziesz miał/miała co wspominać.

Wakacje to czas, żeby popracować nad sobą. Na pewno zauważasz u siebie jakąś wadę, którą wszyscy Ci wytykają, a Ty sam nie możesz tego znieść. Jeśli chcesz pokazać się w pracy/szkole jako nowy człowiek, to najwyższy czas, abyś nad sobą popracował. Jeśli jesteś zbyt nieśmiały/a postaraj się poznawać nowych ludzi. Jeśli często kłamiesz – próbuj mówić prawdę. Jeśli mało się uśmiechasz – licz ile razy dziennie na Twojej twarzy pojawił się „banan”. Jeśli używasz wulgaryzmów – wyczyść swój słownik. Jeśli jesteś egoistą – zrób coś dla innych. Opcji jest milion. To Ty znasz siebie i tylko Ty wiesz, jak możesz popracować nad swoją wadą. Pamiętaj jednak, aby wybrać tylko jedną ujemną cechę charakteru. Na resztę jeszcze będzie pora…

Wakacje to czas, kiedy musisz zaakceptować siebie. Czasem już tak jest, że nie wszystko w Nas da się zmienić. Pogódź się z tym, że gdzieniegdzie jesteś zbyt puszysty/a, że musisz nosić głupie okulary, że masz ohydny profil, a twój nos wygląda jak Zakopiańska skocznia… Bynajmniej nie zachęcam do mówienia sobie „Dobra, i tak już nic na to nie poradzę, więc mogę siedzieć bezczynnie przed telewizorem”. Raczej chodzi o to, aby nie czuć odrazy do osoby, którą widzisz w lustrze. Żeby dobrze czuć się w swojej skórze musisz siebie zaakceptować. Wiadomo, że każdy ma wady (patrz punkt poprzedni). Nikt nie jest perfekcyjny.

Wakacje to czas ŻYCIA. Przypominają mi się słowa piosenki „Nice” LemONa – „Istnieć nie znaczy żyć”. W dzisiejszym świecie bardziej kierujemy się zasadą MIEĆ niż BYĆ. Nie ważne jest to ile masz kasy w portfelu, jak piękny masz dom, jakie markowe ubrania masz na sobie, jakim samochodem jeździsz, czy spędzasz wakacje u babci czy w luksusowym kurorcie. Liczy się tylko to, ile jest w Tobie człowieka.

Ta lista nie ma na celu pouczania Was. Jest napisana także dla mnie, bo w tym momencie to ja potrzebuję takiej motywacji, żeby wyrwać się z gęstych, nudnych dni, które sprawiają, że czuję się coraz podlej.

Liczę, że pod koniec wakacji dostanę milion maili gdzie słownie, lub za pomocą zdjęć opiszecie co osiągnęliście w ciągu tego miesiąca. :lol:



Oczywiście w komentarzach możecie dopisywać swoje sposoby na spędzenie genialnego czasu w wakacje.

Pozdrawiam ;*

/Siwa

83. Tłum czarno-białych ludzi.

Dzisiaj rano widziałam z L. tłum czarno-białych ludzi. Wysypywali się za każdej mniejszej lub większej uliczki. Każdy z nich był na swój sposób podekscytowany. Najszczęśliwsi byli oczywiście ci, którzy w ręce trzymali świstek papieru. Kilkoro osobników bez papierka wydawało się być bardzo smutnymi, a ich miny zdawały się mówić „No to sierpień…”.

Nareszcie wakacje. Już jutro. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to tak szybko. Nie zdążyłam pouczyć się, ponarzekać na naukę, poznać wszystkich ludzi z klasy. Z roku na rok jest coraz szybciej. Powtarzające się fragmenty rozmów, miejsc – zmieniają się tylko twarze.

Ale nie o tym dzisiaj. To znowu będzie niezidentyfikowana notka…

Muszę się z Wami podzielić moim bezcennym doświadczeniem ostatnich dni. Nauczyłam się, że podstawą jakiejkolwiek więzi z innym człowiekiem jest rozmowa. Mówi się, że z przyjacielem dobrze się też milczy. Może i racja, ale ten etap powinien być dopiero po zupełnym poznaniu człowieka, odkryciu jego wnętrza. Bo czym byłaby przyjaźń gdybyśmy tylko siedzieli i milczeli?

To wcale nie przypadek, że o tym piszę. Kilka dni temu spędziłam z moją przyjaciółką kilka najlepszych godzin w życiu. Możecie się zdziwić, ale my tylko rozmawiałyśmy. Zawsze wydawało mi się, że nasz kontakt ogranicza się do spraw teraźniejszych, aż nagle zdałam sobie sprawę jak mało o niej wiem. Jak mogę nazywać kogoś przyjacielem jeśli nie wiem o nim podstawowych rzeczy? Zaczęłam zadawać jej pytania, później ona mi, czasem były to banalne pytania o ulubione danie, a innym razem zupełnie poważne. Tak się rozkręciłyśmy, że nie miałam ochoty kończyć. Mam nadzieję, że spędzę z nią jeszcze niejedną taką chwilę. Te idiotyczne pytania pozwoliły mi ją lepiej poznać. Nawet mnie uczyniły szczęśliwszą. :D

Wczoraj byłam u L. w domu. Położyłyśmy się o północy, ale nagle żadnej nie chciało się spać i rozmawiałyśmy ponad 2 godziny. Można powiedzieć, że grałyśmy w „suche fakty”, jak nazwała to L. Na zmianę podawałyśmy jedną informację o sobie. Tutaj także pojawiały się tematy banalne, śmieszne, ale i poważne. Pokazywanie komuś innemu swojego bagażu doświadczeń (jakiegokolwiek nie byłby rozmiarów) jest trudne i wiąże się z uronieniem kilku łez. To była kolejna noc z cyklu niezapomnianych. Od początku roku szkolnego, kiedy poznałam L. miałam ochotę dowiedzieć się o niej czegoś więcej, poznać ją bliżej. I nareszcie nadeszła taka okazja. Tak samo było z A. (także z mojej nowej klasy).

Widzicie jak jedna rozmowa może zmienić nastawienie człowieka. Wiem, że osoby, którym ujawniałam także moje fakty z życia są tego warte. Rozmowa to podstawa.

Bez rozmawiania wszystko się psuje, matowieje, powszednieje. Przez brak rozmowy właśnie nie potrafię pogodzić się z bliską mi osobą. Spędzanie razem czasu nie pomaga, jeśli w sytuacji kryzysu unika się drugiej osoby. Brak rozmów prowadzi do tego, że jedno głupie zdanie przekreśla lata znajomości. Przecież to jakiś obłęd! Wytrwałość T. jest godna podziwu. Nie patrzy na mnie już od tygodnia, nie wita się ze mną, nie rozmawia, odpowiada tylko, kiedy ja zagadam. Podziwiam ją, bo mnie szlag trafia. Nie potrafię nie rozmawiać. Chociaż czasem jest już za późno by cokolwiek ratować. Kolejny ruch należy do niej.



Wystąpili:

L. – koleżanka z liceum,

A. – koleżanka z liceum,

M. – przyjaciółka, której dedykuję tę notkę,

T. – przyjaciółka, o której mowa w akapicie powyżej,

Dla M., bo marzyła się jej moda.

 83-1.jak-zmniejszyc-fotke_pl 83-2.jak-zmniejszyc-fotke_plWielki hug :* 83-3.jak-zmniejszyc-fotke_pl

/Siwa