104. Krótki przepis na dotrwanie do końca roku

Do końca roku jest już bliżej niż dalej. W końcu czekają nad już tylko 4 tygodnie nauki, czy może raczej „nauki”. W gruncie rzeczy właśnie te ostatnie dni są dla Nas, uczniów, najgorsze. Z jednej strony nie mamy powodów, aby nie chodzić do szkoły, bo nie ma żadnych konkretnych lekcji. A z drugiej strony nie ma też powodów, żeby pojawiać się w szkole, bo … nie ma żadnych konkretnych lekcji. Siedzimy więc w ławkach, nie robiąc właściwie nic i walczymy w pokusą urwania się z ostatniej, przedostatniej, w ostateczności drugiej lekcji z rana. Dzisiejsza notka pokaże Wam kilka sposobów na przetrwanie tego okresu nudy. Dlatego dzisiejszy wpis dedykuję uczniom :)

1. Matematyka

Sposobem na przetrwanie może być liczenie … wszystkiego. Tygodni, dni, godzin lekcyjnych i minut pozostałych do końca roku, tygodnia, dnia, czy lekcji. Jeśli dostatecznie skupicie się na liczeniu to minie Wam połowa lekcji. A później ani się nie obejrzycie, a do wakacji pozostanie wam tylko 28 godzin lekcyjnych.

2. Historia

Zamiast myśleć o tym, co mógłbyś zrobić z tym czasem, który bezczynnie spędzasz w szkole skup się na przeszłości. Wyobraź sobie ile już dni spędziłeś w tej szkole. Pomyśl, co uważałeś we wrześniu i jak Twoje zdanie zmieniło się do końca pierwszego semestru. Roztrząsanie przeszłości w tym wypadku jest dobrym pomysłem, ponieważ sprawi, że zapomnisz o tym, co robisz w szkole. Na dodatek nasze zmiany w myśleniu i zachowaniu zmieniają się z roku na rok, jak nie z miesiąca na miesiąc, więc zawsze może to być interesująca wędrówka wzdłuż ścieżki przemiany twojego charakteru i osobowości. Poza tym spędziłeś już w budynku szkoły 9 miesięcy. Zdążysz ogarnąć to wszystko w miesiąc.

3. Zajęcia interpretacyjne

Wersję z rozszerzoną historią swojego życia możesz zamienić na dokładną analizę stanu psychologicznego Twojej klasy. Twój nauczyciel przynudza? Zamiast ostentacyjnie spać na ławce, pomyśl jakie błędy popełnia w swojej przemowie. Skończyłeś pisać nudną pracę klasową? Zamiast patrzeć bezmyślnie w okno, popatrz co mają na sobie Twoi koledzy i oceń, kto z nich najlepiej dobiera kolory. Skoro już mowa o ubraniach i nudzie, to zestawianie części garderoby innych ludzi z własnymi „stylówkami” może być ciekawym zajęciem, zajmującym co najmniej 3 lekcje. Poddaj analizie sylwetki psychologiczne innych ludzi lub ich wygląd zewnętrzny. Myśl o tym, co ci się podoba, co chciałbyś od nich przejąć. Na pewno nie zmarnujesz czasu w szkole, a wręcz się ubogacisz, budując swój styl i osobowość.

4. PLANimetria

Luźne zastępstwa, czy lekcje przyrody to doskonały czas, aby poświęcić go na planowanie. Myśl o tym, co będziesz robił w wakacje, jak spożytkujesz te dwa miesiące. Zapisz sobie na kartce najważniejsze cele, które postarasz się zrealizować. To może być przeczytanie jakiejś wartościowej książki, nauczenie się nowego języka, wyrobienie sobie formy, odwiedzenie kuzynki z linii praciotecznego dziadka szwagra babki Marcelki, albo podróż na Malediwy, tudzież do Zamościa. Jeśli uwierzysz, że zrobisz coś pożytecznego ze swoim wolnym czasem, to uda Ci się to zrobić. A przy okazji, planując już w czerwcu, będziesz pewny, że jesteś doskonale przygotowany na różne okoliczności i wykorzystanie różnych opcji osiągnięcia celu.

5. Religia

No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że Siły Sprawcze przyspieszą godziny i dni, a następnego dnia obudzisz się wolny jak ptak .

A do tego czasu trzymam gorąco za Was kciuki, że wytrwacie ten czas nic nie robienia. ;-)

P.S. Mam nadzieję, że „czas stracony” niedługo nadrobię i w wakacje będę się pojawiać częściej na moim blogu oraz będę więcej czytać Waszych notek.

Pozdrawiam serdecznie <3

/Siwa

100. Tysięcy momentów z życia.

T. dzwoni do mnie i pyta:
-Masz czas gadać? Co tam?
Zostawiam niedokończoną kolację i idę pogadać z nią przez 5 minut. Wracam po pół godzinie. Kolacja już dawno wystygła.Radość, dużo radości, że ją mam (T., nie kolację).

Promocja tomiku wierszy mojej znajomej. Przed budynkiem czeka na mnie E., która kolejny raz wygląda jak gwiazda. Mała sala, cała wykonana z drewnianych materiałów. E. gra tam na skrzypach dwa utwory. Jest miło. Lubię patrzeć jak gra i robi dziwne miny, jakby chciała ziewnąć, ale nie mogła.
Zachwycenie, dużo zachwycenia.

Treser podchodzi do mnie i siedzącego wciąż psa. Właśnie odprowadził czekoladowego labradora do właścicielki.
-Jeden komentarz. – odnosi się do próby grzeczności mojego psa. – Brawo!
Siapa jest szczęśliwa jak nigdy. I nie obchodzi ją już żaden labrador.
Duma, dużo dumy.

Tata prowadzi auto skupiając się na ulicy oświetlonej latarniami.
-Rozumiesz o co chodzi w tej piosence? – moje słowa brutalnie przedzierają się przez jego zasłony zamyślenia.
-Nie. – odpowiada krótko i zwięźle.
-Mhm.. – mruczę tylko.
Śmiech, dużo śmiechu. Śmieję się nawet w domu, kiedy ściągam buty.

Wchodzę do autobusu, a Mt. znowu stoi jako jedyny. Podchodzę do niego i bardzo mu współczuję, bo ja za pół kilometra będę miała miejsce, kiedy chłopak po lewej wysiądzie. Ale w końcu siadamy razem. Już któryś raz pod rząd. I rozmawiamy, albo nie. Najpierw to ja się śmiałam. Teraz również on się uśmiecha bardzo szeroko i czasem zaśmieje się bardzo szczerze.
Radosne poranki, dużo radosnych poranków.

N. kroi banany u nas w kuchni.
-Robimy sałatkę owocową z kiwi. Zrobić ci porcję bez? – pyta mnie.
-Nie, powybieram sobie.
P. patrzy zdumiona.
-Dlaczego miałaby nie jeść kiwi? – zwraca się do N.
N. patrzy na nią, trzymając nóż w ręce.
-Bo ona nie lubi kiwi. – odpowiada bez wahania.
Przyjaciele, dużo prawdziwych przyjaciół.

Festiwal Młodych Talentów. Razem z E. siedzimy na balkonie. Z góry doskonale widać scenę. Nad naszymi głowami znajduje się jedyne źródło światła, ogromny reflektor. Blask jego światła jest taki ciepły. Wszystko wokół czarne i ciche. Tylko scena i ludzie, którzy śpiewają i tańczą. Czasem bardzo delikatnie, czasem żywiołowo. A kiedy kończą, razem z E. drzemy się i głośno klaszczemy.
Talenty, dużo talentów.

Razem z T. stoimy w pięknym miejscu w mieście. Ta uliczka jest tak cudowna, że obie mamy ochotę przenieść się tu natychmiast. Tylko gromady gołębi wzbudzają podejrzenie T. Przyszłyśmy tu robić zrobić parę ujęć potrzebnych dla ludzi na wysokich stanowiskach. Wszystko, co ma wyjść pięknie okazuje się być paskudne. Jedyne dobre ujęcia to te, na których się wydurniam, śmieję, jestem sobą. Ale T. ma cierpliwość, chociaż rezygnuje z wizji dobrego, pożywnego obiadu. Później trzymam jej drożdżówkę z budyniem w dłoniach i podsuwam jej pod nos.
-Weź sobie gryza jak chcesz. – mówię z pełnymi ustami.
-Aleś ty szczodra. – odpowiada, próbując ugryźć własny obiad. Zdjęcia, dużo zdjęć.

Podziemia kina, gdzie kiedyś mieściła się restauracja. E., Ch. i ja idziemy na zaplecze przez drzwi bez klamek. Wchodzimy do pomieszczeń socjalnych, gdzie śmierdzi pająkami i środkami chemicznymi osiadłymi na wszędobylskich płytkach. E. wygląda jak anioł w swojej białej sukience do ziemi. Ale to ona pierwsza wchodzi do ciemnych pomieszczeń. Kiedy jeden magazyn przechodzi w drugi i nic już nie widać, włączam latarkę. E. znajduje ogromne rury oblepione folią aluminiową. To koniec labiryntu, dotarłyśmy do końca, ale wszystkie trzy mamy ochotę na jeszcze. Ch. przechodzi szybko obok mnie, co automatycznie sprawia, że mam ochotę krzyczeć i uciekać. Unikała tylko ściany, robiąc przeskok.
Zakamarki, dużo zakamarków.

M. robi dla mnie herbatę i opowiada o zbliżających się kartkówkach i sprawdzianach. W końcu siadamy na jej łóżku i śmiejemy się tak szczerze, że po chwili bolą mnie policzki od uśmiechania się. Super jest przychodzić do niej tylko na herbatę.
Wieczory, dużo zaparowanych wieczorów.

Podziemia kina. E. gra na skrzypach. Tylko dla mnie i dla K. Ta druga zahipnotyzowana jest palcami naszej koleżanki, które poruszają się tak szybko, jak maleńkie robaczki. A ja nie mogę oderwać wzroku od smyczka, który zdaje się głaskać struny.
Pasja, dużo prawdziwej pasji.

Ubrana w buty tak brudne, że nie widać już ich koloru, leginsy, na których widać odciśnięte paski błota i kurtkę, która tak bardzo śmierdzi psem, że z powodzeniem mogłaby go udawać, idę w las. Siapa ciągnie mnie w głąb lasu. 30 metrów od drogi asfaltowej. Boję się, że poślizgnę się na śniegu i co pięć minut zerkam na wszystkie strony, żeby przekonać się, że jesteśmy tu same. I jak na złość nie ma żadnego mordercy z siekierą. Tylko gałęzie trzaskają, ptaki wzbijają się w powietrze, a ostatnie jeszcze krople deszczu głośno opadają na ściółkę. Dobrze, że przynajmniej mój pies jest odważny.
Paranoje, dużo dziwnych paranoi.

Oczy już prawie zamknięte. Pocieram je zniecierpliwiona. Drażniące światło monitora wypala mi źrenice. Nogi bolą mnie po całodziennym bieganiu. Palce straciły już opuszki na rzecz twardych nakładek stukających po klawiaturze. A w myślach przewijają mi się wszystkie rolki z ostatnich trzech dni. Pełno ludzi, pełno emocji, pełno wydarzeń, pełno tajemniczych miejsc. To najlepsze co mnie ostatnio spotyka. Myślę, że spełnienie jest wtedy, kiedy kładę się do spania i myśląc o minionym dniu przywołuję najwięcej dobrych wspomnień.
To ogromne szczęście. Ogromne szczęście jest też wtedy, kiedy bez względu na sytuację i osobę, z którą przebywam śmieję się tak szczerze, że aż boli mnie brzuch. Zaczął się Wielki Post. Wszyscy się smucą, a ja zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej. Sama do siebie, sama do wspomnień, sama z siebie. Co niektórzy moi przyjaciele i znajomi chwytają ten rodzaj żartu i też się śmieją jak szaleńcy.
Śmiejmy się wszyscy. Niech ten czas będzie piękny, bo w myśl zasady Zenona z Kitionu jutro na pewno nie będzie już tak fajnie jak dzisiaj. Bo po spokoju przychodzi burza, a po dniu – noc.

jaoida

Pozdrawiam czule (dzięki A., za takie pozdrowienia)

/Siwa

90. Pozdrowienia z Krakowa.

Nie wiem jaki dokładnie koncept miałam na napisanie tej notki, ale coś tam było. Myślę, że to miała być notka z przesłaniem, albo taka, w której znowu udowadniam, że może być lepiej. A może połączymy dydaktyzm z marzycielstwem i zrobię mix?

W ubiegłą sobotę byłam u mojej siostry w Krakowie. Tego jak było, nie będę komentować. Ale w pewnym momencie mieliśmy dylemat (aaa, zapomniałam wspomnieć, że był z nami P., kolega siostry z liceum), bo zabrakło nam oleju koniecznego do zrobienia babeczek. Kto normalny nie ma w domu oleju? Otóż, zaskoczę was, 3 na 4 badanych nie odczuwa wewnętrznej potrzeby posiadania w domu zapasu oleju. Wpadłam więc na pomysł, żeby przejść się po innych mieszkaniach i popytać sąsiadów, czyli sposób pt. „pożyczy pani cukru?”. Oczywiście, padło na mnie, jako, że byłam tam tylko na niecałe 24 godziny.

W pierwszym mieszkaniu kobieta, na oko, 30-letnia, z małym dzieckiem. Oleju oczywiście miała co kot napłakał. W drugim mieszkaniu – i tu właśnie sedno całej sprawy – młody chłopak. Stawiam, że student, lat maksymalnie 20. Blondyn, uśmiechnięty już od progu, całkiem nie brzydki, nie źle ubrany. Zaprosił mnie do środka i pieczołowicie przeszukiwał kuchni w poszukiwaniu oleju. Takowego nie znalazł, ale dowiedziałam się za to, że jego brat ma na imię Andrzej. Nie widzicie tu związku…? Chłopak zadzwonił do swojego brata pytając, czy posiada w mieszkaniu olej. Odtąd zaczęłam go nazywać „brat Andrzeja”, szkoda tylko, że samego Andrzeja na oczy nie widziałam… Ja zrezygnowana, że muszę szukać dalej i zostawić go samego, on – jeszcze bardziej. No ale, cóż, cieszę się, że nie  zabrakło mi języka w gębie. Dzięki Bogu, student (już nie tak interesujący) w trzecim mieszkaniu miał olej. Chwała mu za to, bo babeczki były pyszne (Dzięki, P.!).

Wniosek z całej historii: Nie bójcie się zrobić z siebie idiotów, zwłaszcza w obcym miejscu. Może głupie chodzenie po mieszkaniach i pytanie o olej/cukier/sól sprawi, że poznacie nowych ludzi, albo chociaż na nich popatrzycie. Czasem warto nie myśleć i nawiązać chociażby chwilowy kontakt z innymi osobami. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że Was nie zapamiętają. (No chyba, że będą tacy podekscytowani każdą osobą jak ja i napiszą o tym na blogu).

Chyba zapomniałam zakończyć moją pyszną historię… Otóż, później chcieliśmy podziękować dawcy oleju i bratu Andrzeja babeczkami, ale dwukrotnie nie zastałam żadnego w mieszkaniu. (Możliwe, że bali się, że znowu chcę coś pożyczyć). Więc, wyjeżdżając z Krakowa zostawiłam im urocze karteczki na drzwiach. Teraz wydaje mi się to lekkomyślne, ale ja sama cieszyłabym się jak debil, jeśli mnie przydarzyłaby się taka sytuacja. :D

Kurde, chyba nie skończę dzisiaj… Mam ochotę opisać Wam WSZYSTKO. Obawiam się tylko, że osoby z poza Internetu wszystko słyszały już co najmniej dwa razy.

Nie chcąc więc przynudzać przejdę do chwalenia się. Otóż, od następnego numeru (listopad-grudzień) gazetka licealna „Paranoja” ma nową redaktor naczelna. I będzie nią nie kto inny jak ja. Musicie sobie wyobrazić, jak bardzo się cieszę, skoro piszę o tym tutaj. (Szczegół, że dowiedziałam się tego już w czerwcu…) Mam nadzieję, że uda mi się wywiązać ze swoich obowiązków i nie zawieść samej siebie.

Może tutaj skończę swoje wywody, bo obiecałam Arl., że wyślę jej notatki, a krucho u mnie z pamięcią jeśli chodzi o wysyłanie czegokolwiek… (Najserdeczniej pozdrawiam Turka i Ewę, pokrzywdzoną wczoraj przez mój brak mózgu!)

(Zdjęcie z wycieczki z Klaudią wariatką :* ) klausia

Pozdrawiam, ale teraz wszystkich czytających.

/Siwa

83. Tłum czarno-białych ludzi.

Dzisiaj rano widziałam z L. tłum czarno-białych ludzi. Wysypywali się za każdej mniejszej lub większej uliczki. Każdy z nich był na swój sposób podekscytowany. Najszczęśliwsi byli oczywiście ci, którzy w ręce trzymali świstek papieru. Kilkoro osobników bez papierka wydawało się być bardzo smutnymi, a ich miny zdawały się mówić „No to sierpień…”.

Nareszcie wakacje. Już jutro. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to tak szybko. Nie zdążyłam pouczyć się, ponarzekać na naukę, poznać wszystkich ludzi z klasy. Z roku na rok jest coraz szybciej. Powtarzające się fragmenty rozmów, miejsc – zmieniają się tylko twarze.

Ale nie o tym dzisiaj. To znowu będzie niezidentyfikowana notka…

Muszę się z Wami podzielić moim bezcennym doświadczeniem ostatnich dni. Nauczyłam się, że podstawą jakiejkolwiek więzi z innym człowiekiem jest rozmowa. Mówi się, że z przyjacielem dobrze się też milczy. Może i racja, ale ten etap powinien być dopiero po zupełnym poznaniu człowieka, odkryciu jego wnętrza. Bo czym byłaby przyjaźń gdybyśmy tylko siedzieli i milczeli?

To wcale nie przypadek, że o tym piszę. Kilka dni temu spędziłam z moją przyjaciółką kilka najlepszych godzin w życiu. Możecie się zdziwić, ale my tylko rozmawiałyśmy. Zawsze wydawało mi się, że nasz kontakt ogranicza się do spraw teraźniejszych, aż nagle zdałam sobie sprawę jak mało o niej wiem. Jak mogę nazywać kogoś przyjacielem jeśli nie wiem o nim podstawowych rzeczy? Zaczęłam zadawać jej pytania, później ona mi, czasem były to banalne pytania o ulubione danie, a innym razem zupełnie poważne. Tak się rozkręciłyśmy, że nie miałam ochoty kończyć. Mam nadzieję, że spędzę z nią jeszcze niejedną taką chwilę. Te idiotyczne pytania pozwoliły mi ją lepiej poznać. Nawet mnie uczyniły szczęśliwszą. :D

Wczoraj byłam u L. w domu. Położyłyśmy się o północy, ale nagle żadnej nie chciało się spać i rozmawiałyśmy ponad 2 godziny. Można powiedzieć, że grałyśmy w „suche fakty”, jak nazwała to L. Na zmianę podawałyśmy jedną informację o sobie. Tutaj także pojawiały się tematy banalne, śmieszne, ale i poważne. Pokazywanie komuś innemu swojego bagażu doświadczeń (jakiegokolwiek nie byłby rozmiarów) jest trudne i wiąże się z uronieniem kilku łez. To była kolejna noc z cyklu niezapomnianych. Od początku roku szkolnego, kiedy poznałam L. miałam ochotę dowiedzieć się o niej czegoś więcej, poznać ją bliżej. I nareszcie nadeszła taka okazja. Tak samo było z A. (także z mojej nowej klasy).

Widzicie jak jedna rozmowa może zmienić nastawienie człowieka. Wiem, że osoby, którym ujawniałam także moje fakty z życia są tego warte. Rozmowa to podstawa.

Bez rozmawiania wszystko się psuje, matowieje, powszednieje. Przez brak rozmowy właśnie nie potrafię pogodzić się z bliską mi osobą. Spędzanie razem czasu nie pomaga, jeśli w sytuacji kryzysu unika się drugiej osoby. Brak rozmów prowadzi do tego, że jedno głupie zdanie przekreśla lata znajomości. Przecież to jakiś obłęd! Wytrwałość T. jest godna podziwu. Nie patrzy na mnie już od tygodnia, nie wita się ze mną, nie rozmawia, odpowiada tylko, kiedy ja zagadam. Podziwiam ją, bo mnie szlag trafia. Nie potrafię nie rozmawiać. Chociaż czasem jest już za późno by cokolwiek ratować. Kolejny ruch należy do niej.



Wystąpili:

L. – koleżanka z liceum,

A. – koleżanka z liceum,

M. – przyjaciółka, której dedykuję tę notkę,

T. – przyjaciółka, o której mowa w akapicie powyżej,

Dla M., bo marzyła się jej moda.

 83-1.jak-zmniejszyc-fotke_pl 83-2.jak-zmniejszyc-fotke_plWielki hug :* 83-3.jak-zmniejszyc-fotke_pl

/Siwa

79. Przemknę niezauważona….

Nie wiem jak zacząć, więc zrobią to za mnie wymowne trzy kropki.

Teraz już lepiej.

Po pierwsze, ustalmy, że ta przerwa była zaplanowana, ja miała, strasznie zajęty miesiąc i potrzebowałam odpoczynku.

Ale nie zawiodłam się na Was. Wielu z Was wciąż męczyło mnie, żebym napisała w końcu notkę. (Uwierzcie mi, lubię tę formę męczenia.) ;)

Teraz już nawet nie wiem, co mogę Wam napisać po tak długim okresie. Może po prostu powiem: ŻYJĘ. :D

Wszystko czasem nadrobię, nawet Wasze notki na blogach. Naprawdę wszystko da się nadrobić. Doskonałym tego przykładem są uczniowie z 9 zagrożeniami, którzy i tak otrzymują promocję do następnej klasy.

Ale dość już tych wyrzutów sumienia i tłumaczenia się. Sama siebie ostatnio zbytnio katowałam nieobecnością na blogu, żeby jeszcze bardziej się pogrążać.

Pragnę jeszcze wspomnieć, że dzisiejsza notka jest z dedykacją dla Lackofideas, która dzisiaj obchodziła swoje urodzinki <3 Pewnie i tak przeczyta to w niedziele, ale niech wie, że jest kochana…

Nie jestem pewna, ale u mnie ostatnio nic się nie zmieniło. Mam także wrażenie, że czytelników nie obchodzi to co się u mnie dzieje, tylko to, kim jestem, co uważam itd. Ale jeśli się mylę, to mnie poprawcie. ^_^

Może jednak trochę odejdę od tej zasady…

Jak wiecie, zaczęłam ćwiczyć dla siebie i dla zdrowia iii … popsułam sobie zdrowie. A dokładniej kręgosłup. Mam nadzieję, że już mogę zacząć ćwiczyć od nowa tym razem lepiej i ostrożniej.

Nie potrafię siebie zmotywować. (Stąd też tak długi brak notki.) Ale dobrze, że mam takich ludzi wokół siebie, którzy zawsze potrafią na mnie wpłynąć. ;) A na niczym mi tak nie zależy jak na przyjaźni…

Przejdą do drugiej klasy – bez promocji, ale przejdę. :D Pomijam już kwestie nauki, ale przypominam sobie jak na początku roku myślałam, że w liceum z nikim się nie zaprzyjaźnię. No i kolejny raz się pomyliłam. Oczywiście nie jest to jakaś wielka przyjaźń, ale są tam ludzie, dla których warto iść do szkoły. ;)

Zamiast odsuwać spotkania z ludźmi w czasie zaczęłam się z nimi umawiać „na reżysera”. Czyli coś w stylu „oddzwonię do Ciebie”, „spiszemy się jeszcze”… Nienawidzę tego w sobie, ze nigdy nie trzymam się terminów, zawsze coś muszę przedłużyć  i zawalić. :/

Kolejny ważny wywiad do gazety już za mną. Jestem z siebie dumna, kiedy ludzie nareszcie zaczynają traktować mnie jak człowieka, a nie małolata. No i byłam na pierwszej konferencji prasowej w moim życiu. Nie było to znowu nic szalonego, zwykła lokalna konferencja, ale i tak to ciekawe doświadczenie.

Zauważyliście, że z minuty na minutę piszę coraz więcej zdań? Może jak już się nakręcę, to niedługo dodam kolejną notkę – tym razem tematyczną.

Weno spływaj na mnie strumieniami. (Wiem, wiem… Apostrofa powinna być na początku…)

To na razie tyle.

Pamiętajcie tylko, że ŻYJĘ :D

/Siwa

71. Sezon na leszcza i tak oto zostałam gniewem.

Trochę mnie tutaj nie było. Nie myślcie, że nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Moja rozmowa z N. przyniosła wczoraj następujące wnioski:

  • Jak opiszę film to czytelnicy pomyślą, że chcę ich zbyć.
  • Z drugiej strony mogłabym opisać co takiego robiłam przez ten czas, ale moje życie nie jest aż takie interesujące, a gra w „Eurobusiness” jest interesująca tylko dla graczy (Ja, N, Szister i Przyszły Szwagier, czyli Chamskie Warszawskie Słoneczko).

Wnioski końcowe: opiszę trochę tego i tego. Kurde to mój blog! Nikt się nie będzie czepiał (chyba za dużo czytam „Foszka”) :P

Poza pisaniem artykułów (aż dwóch) do gazety i strony internetowej tworzyłam też całkiem ciekawy wywiad z dziennikarką. Ciężko było, bo – jak sama przyznaje – nie lubi udzielać wywiadów, zwłaszcza o sobie.

Nie wspomnę o wszystkich sprawdzianach, kolejnych obietnicach, że będę się uczyć. Na szczęście zakończenie semestru nie poszło tak źle i dostałam 4 ze wszystkich rozszerzonych przedmiotów (pol-hist-ang), co jest dla mnie nie lada osiągnięciem. Normalnie jestem z siebie dumna, zwłaszcza, że nie byłam pewna czy przejdę z edb…

A co do moich ukochanych filmów <3. (A wydaje mi się, że wcale ich tak dużo nie oglądam.) „Kraina lodu” z N. Tak z niczego zaczęłyśmy oglądać tą bajkę i doszłyśmy do wniosku, że ona uczy dzieci czegoś więcej niż jakiś dziwny serial „Violetta” (polecam recenzję Beatrycze :P).

Z K. obejrzeliśmy także stary polski film – „Sezon na leszcza”. Jemu chyba się zbytnio nie spodobał, ale mi przypadło do gustu nietuzinkowe zakończenie. Jest to historia niepokornego gliniarza, nadużywającego alkoholu, który próbuje się dowiedzieć z kim zdradziła go żona. Pojawia się także całkiem osobny wątek dwójki rodzeństwa, którzy napadają na bank. Ginie ich wspólnik, a oni muszą uciekać. Przy okazji zabierają 3-letniego dzieciaka z ukradzionego auta. Całkiem ciekawy film, nieoczywisty, pokazujący polskie realia. Dwa wątki łączą się dopiero 5 minut przed zakończeniem filmu (co osobiście doprowadziło mnie do szału). Warto wspomnieć o roli Bogusława Lindy (którego zna każdy, zwłaszcza z takich filmów) i Ani Przybylskiej. Jest to produkcja z 2000r. więc myślę, że większość z Was go widziała.

Z kolei wczoraj oglądaliśmy komedię na miarę „American Pie”, czyli „Eurotrip”. Nie polecam, chyba, że ktoś lubi lekkie, dziwne, a zarazem mało wymagające i oklepane komedie. ;)

Szczerze powiedziawszy to czekam już tylko na ferie. To będzie ten czas, kiedy spotkam znajomych, z którymi nie widuję się na co dzień. Co dziwniejsze, ja już od dawna planuję co będę robić w te dwa tygodnie wolnego, a u nas ferie dopiero od 16.02.  :/

A na koniec zostawię Wam taką wisienkę na torcie (który dzisiaj wykonany jest raczej z samej margaryny). W ciągu mojej nieobecności na blogu zorganizowałyśmy (ja, Szister, N. i Kiki.) sesję zdjęciową. Miał to być projekt zaliczeniowy dla Kiki, więc trochę się poprzebierałyśmy i wyszły świetne efekty.

N. była miłością.

71-1

Szister pożądaniem (dlatego też nie udostępnię tego zdjęcia).
Kiki była szczęściem.

A ja zostałam… GNIEWEM. Nie wiem czy to jakaś aluzja, czy o co chodzi. Mi się to zdjęcie nawet podoba. Jest takie prawdziwe. Przynajmniej już wiem jak wyglądam, kiedy się drę.

71-2

Pozdrawiam i czekajcie na następną notkę. :D

/Siwa

49. Mało ambitnie, ale to mi się podoba :)

Szkoła, a głównie rozszerzony język polski, zabiera mi całą wenę i czas na napisanie cokolwiek. Dlatego podstawiam Wam notkę o tym co mnie we wrześniu zainspirowało, oczywiście z różnych dziedzin :D

Standardowo na pierwszy ogień książka. Na wrzesień polecam Ofiarowaną”. Dość gruba powieść, napisana przez Jennę Miscavige Hill, przy współpracy Lisy Pulitzer. Jest to prawdziwa historia Jenny, bratanicy przywódcy scjentologów. Ogółem sekta ta została założona przez L.R.H., który robił ludziom wodę z mózgu. Jenny od dziecka była związana z tą sektą i razem z wiekiem odkrywała ciemne strony tej organizacji. Lekko niepokojąca zwłaszcza, że są to prawdziwe wspomnienia. Polecam wszystkim, którzy nie boją się takich lektur i którzy mają czas. Pomimo tego, że jest troszkę gruba, bardzo wciąga.

49-1

Polecam Wam też niezły film – „Jak urodzić i nie zwariować”. Niezły dlatego, że niewymagający. Mam już nawet  pomysły na listopad, żeby wprowadzić Was w nastrój. :D A ten film jest świetny na takie leniwe dni (albo i nie), kiedy wakacje zostają już tylko wspomnieniem. Komedia, przy której można się pośmiać. Z genialną Cameron Diaz i świetną Jenifer Lopez. Jest to film o pięciu parach. Każda z nich to inna historia. Pary te mają różne spojrzenia na ciążę i rodzicielstwo.  Oglądaliśmy ten film familijnie (czyli ja i rodzice) i w pewnych momentach naprawdę się śmialiśmy. Mówię „naprawdę”, bo niektóre komedie wcale nie są zabawne. Ale myślę, że większość z Was i tak go oglądała. :)

49-2

O kosmetykach za bardzo nie pogadamy, bo jedyne co mnie interesowało, to dodać jakiś kolor do moich coraz krótszych włosów. Za każdym razem kiedy postanawiam zapuszczać włosy, ścinam je jeszcze bardziej :P

Ostatnio pomyślałam, że bluzy to produkty uniwersalne. Można założyć do spódnicy, do których się powoli przekonuję, no i oczywiście jako dodatek sportowy. Z racji, że sprzydałoby się coś „z pazurem”, spodobała mi się jedna z nadrukiem lwa. Bardzo oryginalna i hmm… nie każdemu może się spodobać (czyli jak zwykle u mnie na blogu).

Aloha from deer.
Tu znajdziecie inne szalone bluzy.

http://alohafromdeer.com/bluzy.html#/page/1

49-3

Co jest ostatnio złe, przykre czy żenujące?
Niee, nie szkoła. Ale jak dla mnie to osoby, które są lepsze, albo takie się czują. Nie mamy w Polsce podziałów na stany, a i tak mamy „szlachtę”. Przykład? Wystarczy przyjść do nowego środowiska, a zawsze znajdą się osoby, które spędziły tam więcej czasu. Gdyby miło się uśmiechały, pomogły od czasu do czasu, pogadały (albo chociaż przedstawiły się) to byłoby fajnie. Ale ONI wolą patrzeć, uśmiechać się pod nosem, a także go zadzierać. Mocno denerwujące. Zrozumcie! Nikt nie jest lepszy. A takie zachowania sprawiają, że inni czują się gorsi i głupsi, nikomu nie potrzebni. Osoby, które zawadzają…

To może trochę pozytywów?
Poranki! Ale nie ten moment kiedy budzisz się od głośnego dzwonka budzika. Mówię o wcześniejszych godzinach, kiedy otwierasz okno i patrzysz na prawie pusty świat, czasem spowity poranną mgłą, ze śpiewem ptaków i ciszą. Właściwie jest przyjemnie. Tylko później trzeba iść się zbierać. Kontakt z naturą masz też, kiedy wychodzisz na przystanek. To jest dopiero super pobudka – spacerek i chodne powietrze. No chyba, że tak jak ja lubicie biegać (ale nie z powodu hobby, po prostu, wstyd się przyznać, spóźniam się na autobus, a jeszcze nie przyszło mi na myśl, żeby wyjść wcześniej). Niestety oferta nie jest dla ludzi, którzy jeżdżą autem i mieszkają w mieście. Kocham moją wieś! :D

Na koniec nutka. Słyszeliście w radiu, chociaż rap. Przyjemna i wzruszająca, zwłaszcza teledysk. Przed państwem K2 i Buka w utworze „1 moment” <3



 

/Siwa


  1. http://chomikuj.pl/rossita11/Ksi*c4*85*c5*bcki/Hill*2c+Jenna+Miscavige+-+Ofiarowana.+Moje+*c5*bcycie+w+sekcie+scjentolog*c3*b3w,3294845302.pdf

  2. http://www.filmweb.pl/film/Jak+urodzi%C4%87+i+nie+zwariowa%C4%87-2012-603172

  3. http://alohafromdeer.com/bluzy.html#/page/1

 

48. Jeśli nie chcesz zginąć, nie zapomnij zapukać. – o filmie „Młodzi gniewni”.

„Młodzi gniewni” to taki fajny, stary film.

Wiem. Lepiej zacząć nie mogłam. :D

Reżyserem jest John N. Smith, a ogólnie film wyszedł w 1995 roku (Uwaga! Nie mylić z „Młodzi gniewni – historia Rona Clarka”). I takie tam ble, ble, ble…

Szukając po kanałach jakiegoś fajnego filmu po 22 znalazłyśmy go opisanego jako „dramat”. Z racji, że T., moja przyjaciółka, nie lubi dramatów nie miałyśmy zamiaru go oglądać. Ale cóż, z braku laku dobry kit. Oglądałyśmy od (prawie) początku do końca. I nie żałujemy. To właściwie jeden z niewielu filmów (który znowu aż tak fantastyczny nie jest) z którego wyciągnęłam wnioski.

Jest to historia nauczycielki, pani Louanne Johnson, która w jakiś tam sposób znajduje się w szkole w Los Angeles. Oczywiście dostaje bardzo trudną klasę. Jej uczniowie, w większości czarna młodzież, mieszkają w bardzo biednych, a nawet niebezpiecznych dzielnicach. Przez to muszą sobie radzić w życiu i nie wiele myślą o nauce, a co dopiero o literaturze. Na szczęście (dla nich) Louanne naucza w nietypowy sposób. Zabiera ich do parku rozrywki, organizuje konkursy, w których nagrodą jest kolacja w bardzo drogiej restauracji, czy uczy sztuk walki na zajęciach. Ogólnie bardzo ciekawa sprawa, na którą aż przyjemnie się patrzy.

Nauczycielka w niedługim czasie zmienia nastawienie nastolatków. Uczy ich jak być wrażliwym na piękno, jakimi zasadami się kierować itd. Sposoby jej nauczania nie podobają się dyrektorowi, który z całą swoją „świtą” nie jest przyzwyczajony do takich metod, nie ma dobrego kontaktu z młodzieżą, a nawet ustala swoje własne zasady.

Ten film nie byłby dramatem gdyby nie końcówka. Niestety niebezpieczne dzielnice dają o sobie znać i ginie jeden z bohaterów (nie zdradzę Wam kto ^^). Bardzo dobry film, spełnia swoją rolę. Godny obejrzenia, uczy wielu rzeczy. Na dodatek można popatrzeć na inne reali, jego zaletą są też ciekawi bohaterowie. Trzeba także wspomnieć o bardzo ładnej (jak na tamte czasy) Michelle Pfeiffer.

A czego właściwie nauczył mnie ten film: (między innymi)

- Nie liczy się status społeczny. W każdej sytuacji ma się prawo do kształcenia i uczenia się nowych rzeczy.

- Nie ważne jest czy jesteś biedny, bogaty, ładny, brzydki, mądry, mało inteligentny, czarny, biały, ani skąd pochodzisz. Ważne, że jesteś wartościowym człowiekiem. Możesz być z tego dumny.

- Nauka to nie tylko sztywne siedzenie w ławkach. To odkrywanie świata i własnej wrażliwości na piękno.

- Jeśli nie chcesz zginąć nie zapomnij pukać. (To wydaje się dziwne, ale po obejrzeniu nabiera sensu).

Chcecie poznać o co chodzi z tym ostatnim? Obejrzyjcie film! :D
Tutaj link do „Młodzi gniewni” na cda.
KLIKAJ

A na koniec link do notki mojej czytelniczki :D (mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko) o Ice Bucket Challenge. Ja już nie będę się o tym rozpisywać, ale chcę żebyście to przeczytali i się wypowiedzieli, co na ten temat myślicie :)
KLIKAJ
P.S. Takie małe zadanie domowe, bo już jutro szkoła :(

48


  1. http://chomikuj.pl/marcin22980/*e2*96*88+FILMY+TRYLOGIE+*2cWSZYSTKIE+CZ*c4*98*c5*9aCI…+LEKTOR+PL/M*c5*81ODZI+GNIEWNI+1*2c2

 

/Siwa

 

38. Dolny Śląsk, Karpacz, Słoneczniki, rowerki i inne szczyty, które zdobywałam :)

„Kronikę wakacyjną” czas zacząć. :)

Moje wakacje ( nie wiem jak wasze) zaczęły się już w piątek 27.06 o godzinie 13. Nie zgadniecie co w tedy robiłam. Siedziałam sobie w autobusie, jadąc z powrotem do szkoły, z której wyszłam szczęśliwa kilka godzin wcześniej. Zmęczona, spocona i przede wszystkim zdenerwowana. Moja czarna sukienka doprowadzała mnie do szału. Było mi niewygodnie i chciałam już tylko do domu. Nie było mi to niestety dane jeszcze przez półtorej godziny. Zajebiste uczucie siedzieć sama w szkole (byłej) z dwoma nauczycielkami i dyrektorką, bo coś jeszcze ode mnie chciały…
Mniejsza z tym. Piosenką moich wakacji będzie „Dni, których nie znamy” Grechuty, ponieważ ją pierwszą usłyszałam zaraz po wiadomościach. Ciepłe wakacje rozpoczęłam zjedzeniem „Solo” na przystanku. Chociaż tyle na osłodę życia. Do tej pory jak to piszę budzą się we mnie stare pokłady frustracji z tego dnia.

Kolejny dzień (sobota) spędziłam prawie calusieńki z Małą. Czego to my nie robiłyśmy! Było bardzo fajnie. Raz do roku należy jej się dzień ze mną. :) Mam nadzieję, że kochana Dani mnie pochwali za piękną opieką nad dzieckiem, chociaż już starszym :D haha.

I niedziela… Tutaj się działo. W sumie raczej zleciało…  Po południu wybrałam się z przyjaciółką T. na rowery. Najpierw pod dużą górę, a później zjazd z wielką prędkością. Ja się wybawiłam :) Jeszcze później w pobliskiej miejscowości był festyn. Dużo osób, można było pogadać… Ogółem zarąbiście gdyby nie to, że jak wracałam to zlało mnie do reszty. Wyobraźcie sobie, na rowerze w strugach deszczu -,- Niezapomniane uczucie.

Poniedziałek. Hmmm.. Właściwe co napisać. Z rana dopełniłam formalności w liceum, a później z Nowego Sącza do Krakowa i z Krakowa do … Jeleniej Góry. 12 godzin w podróży. 11 w autobusie.  W międzyczasie gość, który darł się do telefonu zamiast mówić. Mega wrażenia, zwłaszcza, że to już mój trzeci raz. Przyjechałyśmy (z siostrą) po 22. Nareszcie w domu.. albo prawie domu…

Wtorek – Kurde wreszcie wakacje! Można spać do południa, zamulać nad kompem, telewizorem i książką. Ale nie na długo. Tutaj jest tylu ludzi, że się nie da. Dlatego uwielbiam to miejsce. Wieczorem pomimo brzydkiej pogody przejażdżka na rowerze. Nareszcie trochę aktywności. Szkoda, że wszystko mija tak szybko.

Środek tygodnia, może czas ruszyć dupsko. Tak więc po długim spaniu (wieczorem do późna graliśmy w super grę i oglądaliśmy mecz)i ogarnięciu się pojechałam się przejechać. Oczywiście było już po południu ^^ Ze Ścięgien pojechałam do Kowar i do Karpacza. Było fajnie chociaż byłam sama. Zjadłam najlepsze lody jakie mogą być tam podawane. Potem wróciłam do domu. Zmęczona ale zadowolona. To nie był koniec moich wypadów, bo później kuzynka wzięła mnie z ośmioletnim K. nad zaporę w Karpaczu. Po drodze spotkaliśmy dziwnie grubego psa. Nie wiem czy ktoś go spasł specjalnie i czy nie wywalił go na wakacje. (Przestroga! Nie róbcie tego…)

38-1 38-2

Właściwie nie wiem, co robiłam w czwartek. Tutaj (na Śląsku) wszystko mi się pomieszało. Nie wiem, który dzień tygodnia. Wydaje mi się, że jestem tu cały miesiąc, albo jeden długi dzień…
Wieczorem kolejna przejażdżka. Właściwie spodobało mi się to, szkoda, że nie uprawiam żadnych sportów regularnie… No ale cóż! Nie wszyscy są do tego stworzeni. Ale dwa plusy z mojego rowerownia:
+ Powtórka z poruszania się po drodze i zwłaszcza czytania znaków
+ Poprawa kondycji, nawet jeśli dystanse nie są znowu jakieś wielkie.

W piątek spotkałam się z moją koleżanką. Pojechałyśmy do Jeleniej Góry. Czy to nie dziwne (ale i fajne zarazem), że pomimo tego, iż widujemy się tylko dwa razy w roku (na wakacje i ferie) to i tak mamy o czym gadać? Niby super, ale tak się tylko da na chwilę, bo z osobami, które są mi bliskie widując się 7 razy w tygodniu i tak nie mogę się z nimi „nagadać”.
Wiadomość dnia! Dostałam się do wymarzonego liceum :) Za pierwszym razem i to od razu do mojej klasy, czyż nie cudownie? ^^

Sobota wcale nie była dniem wypoczynku… Po przyjeździe rodziców poszliśmy w gór. Karkonosze są naprawdę piękne. Zamiast na nudną i naszym zdaniem banalną Śnieżkę wybrałyśmy się (same kobiety ^^) na Pielgrzymy i Słoneczniki. Nie wiem co jeszcze opisać, bo nie da się. Tak bardzo bolą nogi, takie piękne widoki, taka euforia – cały ten pakiet zdobędą tylko ci, którzy tego spróbowali.

38-4

38-3

38-6

Niedziela wcale nie zapowiadała się źle, bo nie bolały mnie nogi tak jak np. moją siostrę (pozdro) :D Czyli nie jest najgorzej z moją kondycją. Jedyne co później się działo to pożegnania i wyjazd do domu. Tak mi się powiedziało do siostrzyczki: „Muszą być pożegnania, czasem ze łzami, żeby później móc się stęsknić i ucieszyć się na powitanie”.
Dwa kolory lata:
- niebieski, a właściwie błękit – jak niebo w pogodne poranki, tylko z kilkoma pierzastymi chmurkami.
- złoty – kolor zboża, które tak przyjemnie szumi i porusza się falami na wietrze.

Tak widzę lato…

A jako, że zdobyłam szczyt ^^ to może taka piosneczka:



 

36. Przywileje i obowiązki trzecioklasisty, czyli podsumowanie roku szkonego :)

Już koniec klasy trzeciej. To był bardzo męczący rok. Dużo obowiązków, dużo stresu, kilka fajnych imprez. Cieszę się, że to już koniec. Nie będę tęsknić za swoją klasą, oczywiście za przyjaciółmi tak, ale za resztą wcale, a wcale. :P Nie mogę się doczekać liceum (ciekawe czy się dostanę). Na dodatek obiecuję Wam, że wszystko co będę robić w wakacje znajdzie się na tym blogu. W końcu jest o mnie to co, zabronicie mi? ^^

Może zacznijmy od minusów bycia trzecioklasistą:

  • Jest bardzo duża presja, a nauczyciele są bardzo denerwujący. Cały czas pieprzą o  egzaminach. Bla, bla, bla…
  • Zajęcia dodatkowe. Na początku roku taacy szczęśliwi, że tylko raz w tygodniu 7 lekcji, a resztę po 6. I BUM! Twardy upadek na ziemię. Wszyscy nauczyciele chcą nas przygotowywać do egzaminów. Teraz dopiero po egzaminach mamy dużo, dużo wolnego :)
  • Brak fajnych osób w gimnazjum. Nasz rocznik też nie jest genialny, ale teraz przychodzą coraz gorsze dzieci, albo takie co rozumy pozjadały -,- Nieciekawa atmosfera.
  • Ostatni rok z klasą, ale ja to bym chyba zaliczyła do plusów :P
  • Testy, testy, testy! Jeden wielki minus… Niepotrzebny stres. Liczenie punktów, gonitwa za ocenami – wszystko to po to, żeby dostać się do wymarzonego liceum. I problemy z papierami -,-

To teraz plusy.

  • Na więcej nam pozwalają. Można się już pokłócić z nauczycielami.
  • Dużo osób, których nie znasz dodaje Cię do znajomych na Fb. I zastanawianie się „Skąd ja cię kurde znam?” -_^
  • Wycieczki np. nasza ostatnia do Warszawy :D Było genialnie. Nie będę opowiadać tylko dodam fotkę z pokoju moją i przyjaciółki M. No i samej jej w koszulce z W-wy :) Poza świetnymi atrakcjami i zwiedzaniem, to tam na koniec roku niektórzy się zintegrowali .

36-1 36-2

  • Rekolekcje po bierzmowaniu. Też była fajnie. Wszystkie wyjazdy na przynajmniej dwie nocki są świetne. No i to tam tak jakby „znowu zaczęłam wierzyć” i uczyniłam bardzo duży krok do zmian w swoim życiu.

36-3

  • Bierzmowanie. Przywilej nie tylko klas trzecich, ale jak dla mnie to plus. Spotkania nie były męczące. Sama przyznam, że nie poczułam na policzku, czy w sercu „uderzenia” Ducha Świętego, ale zawsze to jakieś umocnienie w wierze.
  • Ostatni raz w tej szkole i wyczekiwanie na ostatnie dni :)
  • Komers! Tylko w ostatniej klasie. Było świetnie, bardzo dobrze się bawiliśmy. Wytańczyłam się jak nigdy – macie moje zdjęcie ( były też inne, robione przez przyjaciół, ale słaba jakość, więc ostatecznie to )
    36-4
  • Koniec roku!!! Już ostatni w tej szkole. Nie płakałam :) Byłam wręcz szczęśliwa.

Więcej plusów niż minusów, więc reasumując – opłacało się być w trzeciej klasie. Teraz wakacje. Już wiem, że będą krótkie, ale mam zamiar aktywnie spędzić ten czas.  Jak wspomniałam wcześniej nie ominie Was to, co będę robiła, więc poza „normalnymi” notkami czekajcie też na foty i opowieści z tygodnia.