57. Bo życie jest piękne :)

Czy życie jest piękne? A Wy jak sądzicie?
Niektórzy już wiedzą, że jesień nie jest moją ulubioną porą roku.
Nie będę tutaj udowadniać czemu, bo mam milion powodów.
Czasem wieczorami kładę się na łóżku i tak strasznie skupiam się na tym, żeby umrzeć. Nie, nie jestem samobójcą. Jeszcze nigdy mi się nie udało (wow, logika…). I zawsze liczę, że uda mi się przed następnym angielskim… ;)

Wracając do sedna sprawy. Dzisiaj oprzemy się na filmie pt. „Życie jest piękne”. Piękny, wzruszający, włoski film z 1997 roku. Obejrzałam go na lekcji polskiego i, co ciekawe, spodobał mi się. My, uczniowie mamy to do siebie, że cokolwiek oglądamy/czytamy w szkole jest po prostu nudne i złe!

Guido przeżywa różne śmieszne przygody, w końcu w poznaje dziewczynę. Kończy się jak kończy, mają razem dziecko i żyją bardzo szczęśliwie. I tutaj pojawia się druga rzeczywistość. Guido jest Żydem i wraz ze swoim synkiem zostaje zabrany do obozu koncentracyjnego. Jego żona zgłasza się dobrowolnie. Guido, żeby nie martwić swojego syna wymyśla pewną zabawę. Pobyt w obozie to gra. Kto przetrwa do końca wygrywa czołg!

Więcej nie mówię. Obejrzyjcie sami. Ja gorąco polecam. Jeśli nie macie czasu w najbliższym tygodniu, to dopiszcie chociaż ten film do swojej listy (jeśli takową macie ^^). Zobaczycie, czy dzieciak w końcu wygra ten czołg…

Ten mistrzowski sposób przekazania tak okrutnej prawdy działa mocno na psychikę. Bo kiedy jest źle czyż nie lepiej pomyśleć, że inni mieli gorzej. Przecież to tylko jedynka, jedna lekcja, spóźniony autobus, ból głowy, deszcz za oknem, czy zła koleżanka… To TYLKO coś, co może niedługo minie. Powiem Wam, że życie jest piękne. W całkowitym tego słowa znaczeniu. Cieszmy się, że nikt nie czyha na nasze życie, że ta jedynka nie przekreśla całej przyszłości. I powtarzaj sobie w chwilach szarości i słabości: ŻYCIE JEST PIĘKNE ;) Bo jest!

Dostałam ostatnio od mamy taką genialną białą, żelową bransoletkę z napisem „Powiedz STOP narzekaniu”. I chyba zacznę to robić. ^^

57

Jeśli masz taki problem, że uważasz, że życie jednak nie jest piękne napisz do mnie na adres fruzia@o2.pl ;) Może razem znajdziemy jakieś plusy. W każdym bądź razie ja jestem do dyspozycji :D

/Siwa

54. Jak córka stała się „turką” – wspomnienia z Włoch. :)

Trochę mnie tu nie było, ale kto jak nie wy wiecie o pochłaniaczu czasu zwanym nauką.
Dzisiaj tak jakby jeszcze wspomnienie o Włoszech. Nie będzie to już opisywanie miast i tego, co zwiedzałam, ale, krótka anegdota o nieporozumieniach.

Rzecz działa się jednego z ostatnich wieczorów naszego pobytu w Italii. Poszliśmy w odwiedziny do znajomego mechanika. Pomógł on trochę w przeszłości mojemu tacie, wynajmował jemu i kolegom mieszkanie. Wypadałoby więc odwiedzić znajomych.
Tata był przeszczęśliwy. W końcu to tak jakby odwiedzał wujka. Gorzej z nami. Naturalnie, mama, ja i moje siostry nic nie rozumiałyśmy.
Siedząc sobie i słuchając pięknego języka włoskiego rozglądałam się po pomieszczeniu. Jak przystało na kulturalną osobę nie ziewałam, a nawet udawałam, że jestem zainteresowana tym dziwnym szwargotaniem rozmową.
Kontemplując co oznaczają kolory ścian i jakie przesłanie niesie ze sobą kształt żyrandola dostrzegłam ciekawe zdjęcie. Na fotografii widać było pana w mundurze. Zaciekawiła mnie jego postać więc wskazałam je i spytałam tatę kto to jest.
Tutaj gospodyni (żona mechanika) ożywiła się i zaczęła opowiadać, jakbym co najmniej miała wszystko zrozumieć. Wyglądało to tak. Ona gada (przepraszam, że nie „mówi”, ale to mój blog), cisza, tata tłumaczy, ja kiwam ze zrozumieniem głową, zadaję pytanie, tata tłumaczy, ona gada, cisza, tata tłumaczy… Coś w tym stylu.
W końcu wyciągnęła cięższą artylerię – album. Najpierw kilka starych zdjęć jej i mechanika. Później zdjęcia (profesjonalna sesja fotograficzna…) z pierwszej komunii świętej ich dzieci. Synek, grubasek, który teraz „przypakował” i bardzo ładna dziewczynka.

Miała na sobie specyficzny strój. Biała, długa sukienka, ale nie taka jak u nas. Bardzo skromnie z kwiatuszkiem w ręku. Na głowie miała zaś coś na kształt obrusa, albo zasłony. Wyglądało to … inaczej :D Bardzo ładnie, ale całkiem dziwnie jak dla mnie. Jeszcze nie wiedziałam, że to jej córka „komunistka”, więc spytałam:
-Córka? – nie było to do końca skierowane do niej.
Zanim tata zdążył przetłumaczyć gospodyni oburzyła się i zaczęła tłumaczyć. Nie wiedziałam co, ale zaprzeczała. Tata natomiast się śmiał.
Sęk w tym, że kobieta zrozumiała „TURKA”, co w ich języku znaczy to samo co u nas. Próbowała mi wyperswadować, że ta dziewczyna nie jest Turczynką, że była do komunii i jest jej CÓRKĄ.

Tak to właśnie jest, jak się nie zna języka. Może dojść do wielu ciekawych nieporozumień. Później oczywiście po wyjaśnieniu wszyscy się śmialiśmy. A czy Wam przydarzyło się coś podobnego? :D

P.S. Ten wpis był nawet podobny do wpisów Pani S., którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)

P.S.S. Jeśli znaleźliście w tej notce jakiś błędy, błagam napiszcie do mnie. Albo na maila, albo po prostu mnie poprawcie.

/Siwa

46. Wspomnienie o miastach…

Miała być kolejna „włoska” notka, ale wspomnę tutaj o wszystkich miastach, które zwiedzaliśmy (jeśli da się to tak nazwać) w czasie naszego pobytu za granicą. Ostrzegam i z góry przepraszam, że bez zdjęć, ale niestety mój nowy aparat robi je w takiej rozdzielczości, że się tu nie mieszczą. Z racji, że nie chce mi się bawić nie zobaczycie tych „pięknych” fotek.  No chyba, że kiedyś… ^^

Zaczynając od początku to oczywiście San Marino. To, jak wiemy, jest już państwo. Miały być piękny widoki z racji, że miasto-państwo jest położone stosunkowo wysoko. Właśnie… Miały. Ale nie było, bo zastaliśmy tam bardzo ładną mgłę. Oczywiście siebie widzieliśmy, ale o spojrzeniu na jakieś miejscowości w dole można było zapomnieć. (Dziękuję Ci Pogodo…)
Nie powiem Wam co można tam zwiedzać (od tego macie inne blogi wyspecjalizowane w tym). Powiem Wam za to, co My („turyści”, którzy chcą coś zobaczyć, ale nie mają za grosz pojęcia gdzie to znaleźć i jaka jest tego historia) zobaczyliśmy.
Zobaczyliśmy bardzo przyjemnie brzmiący napis „Muzeum Tortur” i stwierdziliśmy, że tam pójdziemy. Ja i tata uważamy, że to nic specjalnego, siostra była zachwycona, Młoda płakała, więc mama wyszła z nią. Chwilę później, kiedy poszliśmy w głąb miasta wiedzieliśmy już skąd to wszystko. Spotkaliśmy parady ludzie ze średniowiecza. Księżniczek, dam, rycerzy, zwykłych ludzi, kupców itp. Ogólnie rzecz biorąc; bardzo mi się tam podobało.

Dwa dni później odwiedziliśmy Pizę.
Co można zobaczyć w tak przereklamowanym miejscu:
- krzywą wieżę, która okazała się być rzeczywiście krzywa,
- ludzi starających się „przytrzymywać” wieżę na zdjęciach,
-pełno fotografów i „fotografów”,
-drogie butelki wody w restauracjach,
- deszcz…

W tym samym dniu, po krótkim pobycie w Pizie pojechaliśmy do Florencji. Zdecydowanie spędziliśmy tam za mało czasu… Obejrzeliśmy jakiś rynek, sklepiki, mosty i Bóg wie co jeszcze. Niestety nigdzie nie wchodziliśmy do środka i nie wiedzieliśmy na co tak naprawdę patrzymy. (Podziękujcie mi, bo dzięki temu nie musicie czytać długich wypocin na temat historii jakiegoś miejsca).
Dopiero wieczorem zrobiło się fajnie, kiedy to wyszliśmy na jakąś górkę i widzieliśmy wspaniałą panoramę Florencji.

46-1 46-2

Kilka dni później (kiedy już dostatecznie wysmażyliśmy się na plaży) pojechaliśmy za namową mamy do Loreto. Poza wielką Bazyliką z pięknym i ważnym dla chrześcijan domkiem Maryi, w którym było co zwiedzać nie robiliśmy tam nic. No może nie tak znowu do końca… Byliśmy w jakimś „mega ważnym muzeum” i wiedzieliśmy wykonaną z gipsu (i podobno też bardzo ważną- nie weźcie mnie za ignorantkę) Pietę. No cóż to było przeżycie. (Dla niewiedzących –
http://pl.wikipedia.org/wiki/Piet%C3%A0
)

Po drodze widzieliśmy piękne morze i zachód słońca w Anconie i postanowiliśmy, że pojedziemy tam następnym razem na dłuższe zwiedzanie. Myślę, że to dlatego, że na tle lazurowego morza sesja zdjęciowa wyszła bardzo ładnie. :D Przedostatniego wieczora odwiedziliśmy też Urbino (moje drugie ulubione miasto w tym państwie), które z całego serca polecam wszystkim na zwiedzanie wieczorne.

To by było na tyle co zwiedzaliśmy we Włoszech. Pominęliśmy Rzym, bo byliśmy tam już dwa bądź trzy razy. Nie odwiedziliśmy też mojego ukochanego miasta na wodzie – Wenecji, bo przez wyjazd na Węgry nie było to możliwe. Marzy nam się z mamą jeszcze Mediolan i liczymy, że za dwa lata go odwiedzimy (może nawet sobie coś tam kupimy, to by było coś, zakupy we włoskiej stolicy mody ^^).

C.d.n.

/Siwa

44. Krótko o zwyczajach Włochów, czyli dorwałam czas w wakacje. :)

Z racji, że akurat przebywam we Włoszech notka będzie (napisana na szybko przy pomocy taty) o zwyczajach Włochów.

Ni e jestem jakimś specem z tego zakresu, ale wszyscy wiemy, że Włosi bardzo dużo mówią. Nie tylko dużo mówią, ale robią to głośno i na dodatek zamaszyście gestykulują. Powiedziałabym, że mówią całym sobą. Mój tata, który płynnie mówi po włosku sam złapał nie tylko akcent, ale także zwyczaj „gadania” jak Włosi.

Na ulicach to dopiero jest anarchia. Nie dość, że wszędzie się śpieszą to nie zważają wcale na innych. Dokładnie tak, jakby na drodze byli sami. Niektórzy przy zmianie pasów na drogach szybkiego ruchu nie używają nawet kierunkowskazów. Wbrew pozorom nie wszystkie drogi są w dobrym stanie ( nie te lokalne).

Włosi nawet jedzą o określonej porze. Na przykład w niektórych restauracjach w mniejszych miasteczkach po godzinie 14:30 ciężko będzie kupić coś na obiad. To samo na pizzę idzie się zazwyczaj wieczorem. Co do jedzenia; Oni jedzą dużo i długo. Kiedyś porządny obiad, na który zostaliśmy zaproszeni przez firmę mojego taty, trwał 2 godziny (samo jedzenie, nie cała posiadówa). Przystawki, później pierwsze danie, jakieś przegryzki, drugie danie, desery itp. Nie dziwę się, ze trwa to długo i jest męczące. Na dodatek nie zdziwcie się, jeśli porcja makaronu albo spaghetti, które zamówiliście jest mała. Oni takie rzeczy traktują jak pierwsze danie, a później przechodzi się do sałatek. Pizza to nie jest nafaszerowane drożdżami i innymi spulchniaczami grube ciasto, tylko cieniutkie i kruche. Pizza to tutaj całkiem coś innego niż u nas. Jest za to bardzo pyszna i sycąca.

Zostawiając przy temacie jedzenia. Jest tutaj bardzo mało Mc’Donaldów, a KFC nie ma w ogóle. Oni nie jadają takich rzeczy. Rzadko można spotkać też kogoś z kanapką czy zwykłą bułką. Za to zamiast soków do obiadów piją wodę lub wino, jak wiadomo na lepsze trawienie.

Moja siostra uważa też, że mają bardzo niedobre papierosy. Śmierdzą strasznie, a mentolowych nie mają. Nie wiem czy to prawda i czy wszystkie tak mają, ale ona nad tym strasznie ubolewa. Nie zauważyłam tutaj tez nikogo z e-papierosem. Mało tez osób pali publicznie zwykłe. Kilka osób zdarzyło się na plaży popalać, ale rzadko osoby mijane w większych miastach w tłumie.

Podoba mi się to, jak Włosi gospodarują każde miejsce i jak pozyskują energię. Teraz prawie wszędzie na dużych polach można zobaczyć plantacje… solarów słonecznych. Niektóre są prywatne, inne zasilają pobliskie tereny, ale kilka lat temu jeszcze tego nie było. Najlepsze są te, pod którymi znajdują się miejsca parkingowe dla samochodów. Idealne rozwiązanie jak dla mnie. :D

Tutaj po obiedzie, koło 15, mówi się już „dobry wieczór’. Na dodatek wszyscy starają się być mili. Tutaj starają się ufać i dlatego zostawiają klucze w zamkach, no cóż … my nie. :D Łatwo poznać kto Polak nie tylko po skarpetkach i sandałach.

No właściwie to na razie wszystko. Jest jeszcze dużo rzeczy, o których chcę napisać, ale te zabawniejsze w kolejnej notce. Pozdrawiam wszystkich wytrwałych :D

/Siwa