100. Tysięcy momentów z życia.

T. dzwoni do mnie i pyta:
-Masz czas gadać? Co tam?
Zostawiam niedokończoną kolację i idę pogadać z nią przez 5 minut. Wracam po pół godzinie. Kolacja już dawno wystygła.Radość, dużo radości, że ją mam (T., nie kolację).

Promocja tomiku wierszy mojej znajomej. Przed budynkiem czeka na mnie E., która kolejny raz wygląda jak gwiazda. Mała sala, cała wykonana z drewnianych materiałów. E. gra tam na skrzypach dwa utwory. Jest miło. Lubię patrzeć jak gra i robi dziwne miny, jakby chciała ziewnąć, ale nie mogła.
Zachwycenie, dużo zachwycenia.

Treser podchodzi do mnie i siedzącego wciąż psa. Właśnie odprowadził czekoladowego labradora do właścicielki.
-Jeden komentarz. – odnosi się do próby grzeczności mojego psa. – Brawo!
Siapa jest szczęśliwa jak nigdy. I nie obchodzi ją już żaden labrador.
Duma, dużo dumy.

Tata prowadzi auto skupiając się na ulicy oświetlonej latarniami.
-Rozumiesz o co chodzi w tej piosence? – moje słowa brutalnie przedzierają się przez jego zasłony zamyślenia.
-Nie. – odpowiada krótko i zwięźle.
-Mhm.. – mruczę tylko.
Śmiech, dużo śmiechu. Śmieję się nawet w domu, kiedy ściągam buty.

Wchodzę do autobusu, a Mt. znowu stoi jako jedyny. Podchodzę do niego i bardzo mu współczuję, bo ja za pół kilometra będę miała miejsce, kiedy chłopak po lewej wysiądzie. Ale w końcu siadamy razem. Już któryś raz pod rząd. I rozmawiamy, albo nie. Najpierw to ja się śmiałam. Teraz również on się uśmiecha bardzo szeroko i czasem zaśmieje się bardzo szczerze.
Radosne poranki, dużo radosnych poranków.

N. kroi banany u nas w kuchni.
-Robimy sałatkę owocową z kiwi. Zrobić ci porcję bez? – pyta mnie.
-Nie, powybieram sobie.
P. patrzy zdumiona.
-Dlaczego miałaby nie jeść kiwi? – zwraca się do N.
N. patrzy na nią, trzymając nóż w ręce.
-Bo ona nie lubi kiwi. – odpowiada bez wahania.
Przyjaciele, dużo prawdziwych przyjaciół.

Festiwal Młodych Talentów. Razem z E. siedzimy na balkonie. Z góry doskonale widać scenę. Nad naszymi głowami znajduje się jedyne źródło światła, ogromny reflektor. Blask jego światła jest taki ciepły. Wszystko wokół czarne i ciche. Tylko scena i ludzie, którzy śpiewają i tańczą. Czasem bardzo delikatnie, czasem żywiołowo. A kiedy kończą, razem z E. drzemy się i głośno klaszczemy.
Talenty, dużo talentów.

Razem z T. stoimy w pięknym miejscu w mieście. Ta uliczka jest tak cudowna, że obie mamy ochotę przenieść się tu natychmiast. Tylko gromady gołębi wzbudzają podejrzenie T. Przyszłyśmy tu robić zrobić parę ujęć potrzebnych dla ludzi na wysokich stanowiskach. Wszystko, co ma wyjść pięknie okazuje się być paskudne. Jedyne dobre ujęcia to te, na których się wydurniam, śmieję, jestem sobą. Ale T. ma cierpliwość, chociaż rezygnuje z wizji dobrego, pożywnego obiadu. Później trzymam jej drożdżówkę z budyniem w dłoniach i podsuwam jej pod nos.
-Weź sobie gryza jak chcesz. – mówię z pełnymi ustami.
-Aleś ty szczodra. – odpowiada, próbując ugryźć własny obiad. Zdjęcia, dużo zdjęć.

Podziemia kina, gdzie kiedyś mieściła się restauracja. E., Ch. i ja idziemy na zaplecze przez drzwi bez klamek. Wchodzimy do pomieszczeń socjalnych, gdzie śmierdzi pająkami i środkami chemicznymi osiadłymi na wszędobylskich płytkach. E. wygląda jak anioł w swojej białej sukience do ziemi. Ale to ona pierwsza wchodzi do ciemnych pomieszczeń. Kiedy jeden magazyn przechodzi w drugi i nic już nie widać, włączam latarkę. E. znajduje ogromne rury oblepione folią aluminiową. To koniec labiryntu, dotarłyśmy do końca, ale wszystkie trzy mamy ochotę na jeszcze. Ch. przechodzi szybko obok mnie, co automatycznie sprawia, że mam ochotę krzyczeć i uciekać. Unikała tylko ściany, robiąc przeskok.
Zakamarki, dużo zakamarków.

M. robi dla mnie herbatę i opowiada o zbliżających się kartkówkach i sprawdzianach. W końcu siadamy na jej łóżku i śmiejemy się tak szczerze, że po chwili bolą mnie policzki od uśmiechania się. Super jest przychodzić do niej tylko na herbatę.
Wieczory, dużo zaparowanych wieczorów.

Podziemia kina. E. gra na skrzypach. Tylko dla mnie i dla K. Ta druga zahipnotyzowana jest palcami naszej koleżanki, które poruszają się tak szybko, jak maleńkie robaczki. A ja nie mogę oderwać wzroku od smyczka, który zdaje się głaskać struny.
Pasja, dużo prawdziwej pasji.

Ubrana w buty tak brudne, że nie widać już ich koloru, leginsy, na których widać odciśnięte paski błota i kurtkę, która tak bardzo śmierdzi psem, że z powodzeniem mogłaby go udawać, idę w las. Siapa ciągnie mnie w głąb lasu. 30 metrów od drogi asfaltowej. Boję się, że poślizgnę się na śniegu i co pięć minut zerkam na wszystkie strony, żeby przekonać się, że jesteśmy tu same. I jak na złość nie ma żadnego mordercy z siekierą. Tylko gałęzie trzaskają, ptaki wzbijają się w powietrze, a ostatnie jeszcze krople deszczu głośno opadają na ściółkę. Dobrze, że przynajmniej mój pies jest odważny.
Paranoje, dużo dziwnych paranoi.

Oczy już prawie zamknięte. Pocieram je zniecierpliwiona. Drażniące światło monitora wypala mi źrenice. Nogi bolą mnie po całodziennym bieganiu. Palce straciły już opuszki na rzecz twardych nakładek stukających po klawiaturze. A w myślach przewijają mi się wszystkie rolki z ostatnich trzech dni. Pełno ludzi, pełno emocji, pełno wydarzeń, pełno tajemniczych miejsc. To najlepsze co mnie ostatnio spotyka. Myślę, że spełnienie jest wtedy, kiedy kładę się do spania i myśląc o minionym dniu przywołuję najwięcej dobrych wspomnień.
To ogromne szczęście. Ogromne szczęście jest też wtedy, kiedy bez względu na sytuację i osobę, z którą przebywam śmieję się tak szczerze, że aż boli mnie brzuch. Zaczął się Wielki Post. Wszyscy się smucą, a ja zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej. Sama do siebie, sama do wspomnień, sama z siebie. Co niektórzy moi przyjaciele i znajomi chwytają ten rodzaj żartu i też się śmieją jak szaleńcy.
Śmiejmy się wszyscy. Niech ten czas będzie piękny, bo w myśl zasady Zenona z Kitionu jutro na pewno nie będzie już tak fajnie jak dzisiaj. Bo po spokoju przychodzi burza, a po dniu – noc.

jaoida

Pozdrawiam czule (dzięki A., za takie pozdrowienia)

/Siwa

96. Kolejne opakowanie po wyciągach.

Wpis w tym wyjątkowym dniu zadedykowany jest moim przyjaciołom: K. i N. Za wszystkie filmy, za to, że nawet najgorszy tydzień kończy się, kiedy przychodzicie w piątek, za wyjadanie mi jedzenia z lodówki, za Wasze otwarte ramiona, za wsparcie, za śmiech, za to, że mnie słuchacie, wspieracie i pomagacie rozwiązywać wszystkie problemy. Dziękuję, że zawsze mogę na Was liczyć. Powtórzmy ten rok jeszcze raz <3

Z każdym rokiem jest tak, jak z opakowaniami po gumkach do aparatu (tzw. wyciągiam). Aparaci i aparatki zrozumieją… Kiedy kończy się jedno opakowanie, nikt po nim nie płacze, tylko wyciąga kolejne.

Nowy rok to nowe postanowienia. Oczywiście 2016 postanowień, że schudniesz, że się będziesz uczyć… Bez sensu. Dla sprostowania; postanowienia są w porządku, chociaż  preferowałabym raczej osiągnięcia. Bez zbędnych rozczarowań. Nie widzę więc potrzeby wypisywania tego, co planuję. Za to powspominam trochę ten stary już 2015 rok. Oczywiście w skrócie, bo jakbym miała opisywać każdą historię to zajęłoby mi to przynajmniej kolejny rok. Nie mogę też wszystkim podziękować, bo na każdą osobę poświęciłabym jedną notkę. :lol:

Dlatego jeszcze raz; dzięki dwa zero jeden pięć

20151231_072618Za każdy piękny poranek, za każde słońce, za czyste niebo.

20151217_173057.jak-zmniejszyc-fotke_plZa każdą magiczną chwilę.

20151230_230134Za każdą chwilę spokoju.

20151231_072642.jak-zmniejszyc-fotke_pl20151129_143059~2.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie spełnione marzenia, i za ludzi, którzy je spełniają.
Za każdą bestię, która nie chce wyjść na zewnątrz.

20160101_143523.jak-zmniejszyc-fotke_plZa wszystkie podróże.

Snapchat-5686250883042051104Za tych prawdziwych i szalonych.

20151231_19383220151231_193632

 

 

 

 

Za M., z którą spędziłam ostatni dzień. Dzięki 2015, że przywróciłeś mi ją na nowo.

 

20151231_235204Za dobre i złe chwile. Chociaż wolałabym zapamiętać tylko te dobre.

Boże
Jeśli to czytasz
To chcę
Żebyś wiedział
Że doceniam to
Co mi dajesz.

 

Nie wiem czego Wam wszystkim życzyć. Napiszcie w komentarzach, co byście chcieli usłyszeć w ramach życzeń :)

Pozdrawiam noworocznie

/Siwa

54. Jak córka stała się „turką” – wspomnienia z Włoch. :)

Trochę mnie tu nie było, ale kto jak nie wy wiecie o pochłaniaczu czasu zwanym nauką.
Dzisiaj tak jakby jeszcze wspomnienie o Włoszech. Nie będzie to już opisywanie miast i tego, co zwiedzałam, ale, krótka anegdota o nieporozumieniach.

Rzecz działa się jednego z ostatnich wieczorów naszego pobytu w Italii. Poszliśmy w odwiedziny do znajomego mechanika. Pomógł on trochę w przeszłości mojemu tacie, wynajmował jemu i kolegom mieszkanie. Wypadałoby więc odwiedzić znajomych.
Tata był przeszczęśliwy. W końcu to tak jakby odwiedzał wujka. Gorzej z nami. Naturalnie, mama, ja i moje siostry nic nie rozumiałyśmy.
Siedząc sobie i słuchając pięknego języka włoskiego rozglądałam się po pomieszczeniu. Jak przystało na kulturalną osobę nie ziewałam, a nawet udawałam, że jestem zainteresowana tym dziwnym szwargotaniem rozmową.
Kontemplując co oznaczają kolory ścian i jakie przesłanie niesie ze sobą kształt żyrandola dostrzegłam ciekawe zdjęcie. Na fotografii widać było pana w mundurze. Zaciekawiła mnie jego postać więc wskazałam je i spytałam tatę kto to jest.
Tutaj gospodyni (żona mechanika) ożywiła się i zaczęła opowiadać, jakbym co najmniej miała wszystko zrozumieć. Wyglądało to tak. Ona gada (przepraszam, że nie „mówi”, ale to mój blog), cisza, tata tłumaczy, ja kiwam ze zrozumieniem głową, zadaję pytanie, tata tłumaczy, ona gada, cisza, tata tłumaczy… Coś w tym stylu.
W końcu wyciągnęła cięższą artylerię – album. Najpierw kilka starych zdjęć jej i mechanika. Później zdjęcia (profesjonalna sesja fotograficzna…) z pierwszej komunii świętej ich dzieci. Synek, grubasek, który teraz „przypakował” i bardzo ładna dziewczynka.

Miała na sobie specyficzny strój. Biała, długa sukienka, ale nie taka jak u nas. Bardzo skromnie z kwiatuszkiem w ręku. Na głowie miała zaś coś na kształt obrusa, albo zasłony. Wyglądało to … inaczej :D Bardzo ładnie, ale całkiem dziwnie jak dla mnie. Jeszcze nie wiedziałam, że to jej córka „komunistka”, więc spytałam:
-Córka? – nie było to do końca skierowane do niej.
Zanim tata zdążył przetłumaczyć gospodyni oburzyła się i zaczęła tłumaczyć. Nie wiedziałam co, ale zaprzeczała. Tata natomiast się śmiał.
Sęk w tym, że kobieta zrozumiała „TURKA”, co w ich języku znaczy to samo co u nas. Próbowała mi wyperswadować, że ta dziewczyna nie jest Turczynką, że była do komunii i jest jej CÓRKĄ.

Tak to właśnie jest, jak się nie zna języka. Może dojść do wielu ciekawych nieporozumień. Później oczywiście po wyjaśnieniu wszyscy się śmialiśmy. A czy Wam przydarzyło się coś podobnego? :D

P.S. Ten wpis był nawet podobny do wpisów Pani S., którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)

P.S.S. Jeśli znaleźliście w tej notce jakiś błędy, błagam napiszcie do mnie. Albo na maila, albo po prostu mnie poprawcie.

/Siwa